NavBar
nr. 13
VICTORIA, BC,
październik 2009

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


Podziękowania


ARTYKUŁY

Od Redakcji


Tadeusz Cieński - Ze Wspomnień Ojca
o pierwszych dniach II Wojny Światowej


Hanna Gurr-Jazłowiecka - Obozowa Rodzina
wspomnienia


Ewa Caputa - Ojczyzna to ziemia i groby
W jesienne dni Wszystkich Świętych


Akademia
z okazji 65 rocznicy Powstania


Humor


Rozmaitości


IMPREZY

Koncert Jazzowy

Zabawa Halloweenowa


Tadeusz Cieński

Ze Wspomnień Ojca

Poniżej cytuję fragment wspomnien mojego ojca dotyczacy kampanii Wrzesniowej:

„Była niedziela 10 września. Kiedy w mgłach wstającego poranka jechałem ku Warszawie, przypuszczałem w moim optymizmie, że zastanę stolicę rozanimowaną i podnieconą, ale nie zagrożoną, że nad jej bezpieczeństwem czuwają eskadry naszych samolotów, ściągniętych z frontu dla tego celu. Przecież w czasie tego tygodnia walk, nie widziałem w powietrzu ani razu polskich lotników.

Mijaliśmy właśnie na prawo park, mając po lewej dużą przestrzeń łąk, kiedy usłyszałem nagle dobrze znany mi przenikliwy warkot motorów nadlatujących z zachodu. Przez chwilę, w mojej naiwności myślałem, że będę świadkiem bitwy powietrznej. Przypuszczałem, że nasze lotnictwo wyleci naprzeciw zbliżającej się eskadry niemieckiej.

Lecieli nisko, pragnąłem ukryć samochód przed ich wzrokiem, stanęliśmy więc pod konarami parkowych drzew tak, by nie mogli nas spostrzec. W parę chwil później rozległo się wycie pikujących ‘Stukasów’ nad pobliskim miastem Błonie i prawie równocześnie usłyszałem ogłuszający huk wybuchających w miasteczku bomb. Niebawem nadleciał tuż nad wierzchołkami drzew, pojedynczy samolot z czarnymi krzyżami i z broni pokładowej zapolował na pastuszków i bydło. Oburzający i nieludzki był ten proceder lotników niemieckich, którzy ze specjalną pasją mordowali ludność cywilną, rzucając bomby i ostrzeliwując z broni pokładowej zmasowane na drogach i miastach tłumy uciekinierów.

Nie mogłem zrozumieć gdzie podziewa się polskie lotnictwo, które nie wspomagało nas, ani nie broniło w walkach frontowych, a obecnie nie działało na przedpolu stolicy.

Ruszyliśmy w dalszą drogę, która prowadziła przez co dopiero zbombardowane Błonie. Pożary srożyły się tak w śródmieściu, jak i na peryferiach. Drogę zalegały rozbite wozy, wiele trupów leżało zwęglonych, ranni jeszcze nie opatrzeni wołali o ratunek. W oknie jakiegoś domu zobaczyłem zwłoki mężczyzny, które wisiały przez parapet okna na zewnątrz. Zginął zapewne od wybuchu bomby.

Był to najbardziej makabryczny widok osiedla, jaki widziałem w czasie Kampanii Wrześniowej. Takimi metodami prowadzili tę wojnę Niemcy, którzy nawet nie wypowiedzieli jej formalnie, lecz wszczęli ją nocnym, nie sprowokowanym napadem. Pod wrażeniem zbombardowanych Błoń, kontynuowaliśmy drogę do odległej o zaledwie 25 kilometrów Warszawy. Wśród tłoku taborów wojskowych i cywilnych dojechaliśmy już do zbombardowanych Jelonek, gdy ponownie zahuczały samoloty i na przedmieście zaczęły walić bomby. Orientując się w sytuacji i widząc, że zapełniona droga stanowi świetny cel dla lotników, poleciłem strzelcowi przy kierownicy by skręcił na drogę prowadzącą w prawo, gdzie mieliśmy lepszą szansę na uratowanie się. Po paruset metrach przejechaliśmy tor kolejowy, przy którym stał domek budnika. Droga była całkiem prosta i wchodziła w dosyć stromy wykop. Zbliżając się do tego wykopu zobaczyłem na kilkadziesiąt kroków przed nami, dwóch lub trzech żołnierzy w hełmach obok karabinu maszynowego ustawionego na drodze.

Dawali nam ręką znaki byśmy się zatrzymali. Poleciłem strzelcowi by jechał dalej. W najbliższych sekundach kiedy zbliżyliśmy się na kilkanaście kroków poznałem, że to są Niemcy. Mijając ich dosłownie o krok zauważyłem zdziwione twarze patrzące na polskich żołnierzy. W parę chwil potem otrzymaliśmy serię z karabinu maszynowego po karoserii. Nie było gdzie skręcić, droga szła prosto jak strzelił nasypem między mokradłami. Każda sekunda decydowała o naszym życiu. Zawołałem na strzelca, żeby zatrzymał wóz, a kiedy stanęliśmy, otworzyłem prawe drzwiczki wyskakując. Równocześnie popatrzyłem na prawo od siebie, gdzie stał karabin maszynowy niemiecki. Jeszcze dziś widzę błyski z jego lufy.

Jednym susem zeskoczyłem z nasypu i znalazłem się o kilkadziesiąt kroków od starej glinianki zapełnionej wodą i zarośniętej gęstym szuwarem. Było to moje jedyne schronienie w tej dramatycznej chwili. Dobiegłem doń szczęśliwie i zatoczywszy krąg skryłem się w gęstym sitowiu, tak, że nie będąc widocznym z drogi, mogłem ją obserwować, stojąc po pół cholew w wodzie.

Uratowało mnie specyficzne stanowisko karabinu maszynowego, który mógł strzelać jedynie wprost przed siebie. Z chwilą kiedy nie trafił mnie w samochodzie, ani w momencie wyskakiwania, boczne pole widzenia było przesłonięte szkarpą. Nie wiem co się stało z moim strzelcem – kierowcą. Tymczasem stałem ukryty w szuwarach z największym napięciem obserwując co się dzieje dookoła mnie. A działy się ciekawe rzeczy.

Otóż po chwili zauważyłem dwóch Niemców od tego karabinu maszynowego, którzy przystąpili do naszego samochodu trzymając broń gotową do strzału. Zostawiłem tam mój płaszcz wojskowy, futerał z lornetką, starą towarzyszką wojen i polowań i mapnik. Po chwili buchnął wysoki płomień z podpalonego samochodu, a zaraz potem Niemcy pokazali się znowu na nasypie z karabinem maszynowym i otworzyli ogień na moją gliniankę, w której zaroślach, przycupnięty do granic możliwości, oczekiwałem wyniku polowania na siebie. Niemcy słusznie sądzili, że jeżeli żyję, to muszę ukrywać się w sitowiu glinianki. Strzelali z odległości stu kilkudziesięciu kroków. Czułem się w owej chwili jak kaczka na pieniackim stawie w czasie polowania. Ratowała mnie gęstość zarośli, dająca mi pełne ukrycie. Strzelali nie widząc celu, natomiast wiedząc, że cel znajduje się na ograniczonej powierzchni stawu. Ale i tym razem strzegł mnie św. Krzysztof. Po oddaniu paru serii, zniknęli z pola widzenia.

W międzyczasie trwały naloty na Warszawę i na przedmieścia. Po pewnej chwili spostrzegłem tuż nad sobą o jakieś 4 metry, siedzącego wyrostka, w cyklistówce na głowie, obserwującego mnie. Dosyć miałem dowodów dywersji niemieckiej. Wystarczyło, by ze swego punktu obserwacyjnego dał znak Niemcom, którzy mogliby prosto z nasypu palnąć mi w łeb. Chłopiec nie przemówił do mnie ani słowa. Powziąłem ryzykowne postanowienie, ale chyba jedyne w moim arcyniebezpiecznym położeniu. Wyskoczę z mego ukrycia, przebiegnę odległość dzielącą mnie od szkarpy nad drogą, to jest nad miejsce gdzie stoją Niemcy i spróbuję z pistoletu zastrzelić ich. Wydawało mi się, że jeżeli tego natychmiast nie uczynię, w najbliższych chwilach chłopak sprowadzi Niemców, którzy mnie zabiją.

Popatrzyłem więc jeszcze na fotografie żony i dzieci, jak również na obrazek św. Krzysztofa i z wyciągniętym pistoletem w ręku wyskoczyłem z glinianki i biegiem zdążałem ku domniemanym Niemcom. W momencie, kiedy się ruszyłem, chłopak zaczął uciekać. W minutę byłem nad drogą, gotowy do strzału, ale pode mną nie było już wrogów. Leżał tam rozbity motocykl, a przy nim zwłoki mężczyzny.

Nie natrafiwszy na nieprzyjaciela, rozglądnąłem się w sytuacji i zdecydowałem pobiec do najbliższego budynku, którym okazał się domek budnika. W czasie gdy biegłem, zostałem ostrzelany, ale nie reagując zmierzałem do celu. Budyneczek był otoczony palisadą z podkładów kolejowych, a w niej była furtka. Przebiegłem przez podwórko i znalazłem się we wnętrzu. Była tam niewielka izba, z jednym podwójnym oknem o trzech wąskich szybach, zamkniętym na stałe, a na drugiej stronie było otwarte okno. W izbie znajdowała się dziewczyna, córka budnika.

Po chwili kiedy ochłonąłem z mojego ‘maratonu’ i spojrzałem przez zamknięte okno, ku memu zdumieniu zobaczyłem trzech żołnierzy niemieckich w hełmach, wchodzących na podwórko. Bez namysłu wyciągnąłem pistolet i przez podwójne szyby okienka oddałem do nich trzy strzały. Odległość wynosiła zaledwie kilka metrów. Po trzecim strzale zauważyłem, że jeden z Niemców załamał się do tyłu. W tej chwili zniknęli mi wszyscy pod ścianą domu. Nie namyślając się wiele, skoczyłem ku otwartemu oknu i wychyliwszy się, zwróciłem się w prawą stronę, spodziewając się ujrzeć wyłaniających się z za rogu domu Niemców. W tym momencie padł strzał, zostałem trafiony w prawe ramię. Szok był potworny, zdawało mi się, że bomba urwała mi rękę. Wyleciał pistolet, ręka zwisała zwrócona do wewnątrz, a rękawem puściła się wielka struga krwi.

Zdawałem sobie jeszcze sprawę, że jestem bezbronny, że Niemcy mogą wpaść do naszej izby i dobić mnie kolbami. Przekręciłem klucz w zamku drzwi utrudniając im chociaż w pewnej mierze ten zamiar. Tymczasem krew lała się strumieniem. Skonstatowałem, że kula trafiła mnie wysoko pod pachą. Poprosiłem panienkę, by odpięła mi pas koalicyjny i ściągnęła ramię powyżej rany. Kiedy to robiła z płaczem, stwierdziła że i z pleców krwawię. Lewą ręką namacałem na łopatce w mundurze otwór od kuli.

Niemcy nie dobijali się do drzwi. Widocznie mieli mnie za zabitego, sądząc z szoku jaki mną rzucił do tyłu po strzale. Mogli też sądzić, że kilku nas znajduje się wewnątrz, więc woleli się nie narażać. W każdym razie zostawili mnie w spokoju, zajęci pewnie transportem zabitego, czy też rannego kolegi.
Kiedy oddałem trzy strzały przez podwójne okno, a następnie wychyliłem się patrząc na prawo, skąd spodziewałem się zobaczyć Niemców, którzy w tym kierunku zniknęli, przebiegłe sztuki obeszły dom dookoła i kiedy ich wyglądałem z prawej strony, oni już stali za lewym rogiem. Mieli mnie wówczas na fantastyczny strzał, do pasa wychylonego przez okno, oddalonego od wylotu lufy ich karabinu nie więcej niż dwa metry. Stałem do nich na skos, bokiem na podwyższeniu, mierzyli w lewą pierś, którą byłem do nich odwrócony, a jednak nie trafili! Może działał strach, że ja w każdym momencie odwrócę się i strzelę, więc w zdenerwowanym pośpiechu źle trafili. Ponieważ kula była strzelona na ukos i z dołu poszła po linii kości ramieniowej strzaskawszy ją na bardzo dużej długości, minęła o 2 cm staw ramienia i wyszła tyłem w okolicy łopatki. Po rozbiciu kości ramienia, ręka trzymała się już jedynie na mięśniach i dlatego skręciła się ku środkowi. Szok był tak wyjątkowo silny, gdyż kula ugodziła mnie w swojej maksymalnej prędkości, zaledwie dwa metry po opuszczeniu lufy.

Tymczasem ze mną zaczęło się dziać niedobrze.

Ściśnięcie ręki pasem koalicyjnym nie dało żadnego rezultatu, gdyż zostało wykonane po rękawie munduru i koszuli. Krwotoku nie udało się opanować. Jak później lekarze stwierdzili została przestrzelona tętnica ramienia. Osłabienie następowało w szybkim bardzo tempie.
Położyłem się na tapczanie. Zacząłem sobie zdawać sprawę że umieram. Nie żałowałem życia. Przecież dobrowolnie zgłosiłem się na wojnę. Musiałem wówczas przyjąć taką ewentualność, która w tej chwili nastąpiła. Smutno mi było za żoną i dziećmi, przykra była świadomość, że umrę daleko od swoich, że nikt nie będzie znał warunków śmierci ani miejsca mego grobu. Z Bogiem byłem pojednany i wiedziałem, że umierając za Polskę spełniam swoją powinność. Zdawałem sobie dokładnie sprawę, że los mój jest nieodwołalny i że nic nie potrafi ochronić mnie przed śmiercią. Pierwszy raz w życiu stanęły mi tak wyraźnie w świadomości słowa modlitwy: ‘Módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej’.
Tak się więc przeżywa uczucia przedśmiertne. Żadne wspomnienia z życia nie przychodziły mi na myśl. Modlitwy przeplatałem myślami o rodzinie i w takim stanie straciłem przytomność.

Jak mi lekarze potem mówili, to zemdlenie uratowało mnie właśnie od śmierci przez wykrwawienie. W czasie kiedy byłem nieprzytomny, puls opadł, krew poczęła wolniej krążyć, utworzył się zbawczy dla mnie skrzep w przestrzelonej arterii ramienia.
Skoro wróciłem do siebie, nastąpiła zasadnicza zmiana w moim samopoczuciu. Odczułem żywiołowy instynkt życia. Pragnąłem ratować się za wszelką cenę. Wierzyłem, że jeżeli dostanę się do szpitala mogę zachować życie, na którym obecnie szalenie mi zależało. Poprosiłem więc panienkę, by może znalazła księdza i jakiś wehikuł, który odwiózł by mnie do szpitala. Leżałem na tapczanie, dziewczyna podawała mi wodę, krew przestała uchodzić z rękawa. Mundur cały, spodnie, buty, pokryte były skrzepłą krwią.

Po chwili zjawił się ksiądz i wyspowiadał mnie. Lecz ku mojemu zdziwieniu, zaraz potem opuścił domek, biorąc jedynie adres mojego brata Włodka we Lwowie, z prośbą, by znalazł sposób zawiadomienia go w jakim mnie widział stanie. Pozostawienie mnie samego w stanie bliskim śmierci, bez okazania żadnej troski, nie mówiąc już o opiece, jest dziwne i nie godne naśladowania. Dzielna dziewczyna w chwilę po przyprowadzeniu księdza, zatrzymała samochód z wycofującymi się policjantami i doprowadziła przed domek. Dziękując jej najserdeczniej za opiekę w najcięższych godzinach mego życia, wsiadłem do samochodu i ruszyliśmy ku Jelonkom drogą, którą jechałem w odwrotnym kierunku parę godzin przedtem.

*

Do domku budnika zaglądałem jeszcze kilkakrotnie. W czasie pierwszych odwiedzin, poczciwa dziewczyna nie mogła mnie poznać w cywilnym ubraniu. Następnie zjawiłem się z moją żoną w maju 1940 roku. Opowiadała nam wówczas, że materac na którym leżałem został spalony, tak był nasiąknięty krwią. Pokazywała nam miejsca na ścianie świeżo bielone, by zakryć czerwone plamy.

*

Dojechawszy do Jelonek, wzięliśmy kierunek na Wolę – Warszawę. Skoro mijaliśmy ostatnie domy przedmieścia, otrzymaliśmy silny obstrzał z prawej strony. Samochód zatrzymał się, kryty dużym murowanym parterowym domem, coś w rodzaju zajazdu. Opuściliśmy samochód i weszli do domu. Okazało się, że znajduje się w nim kilkunastu żołnierzy, którzy twierdzili, że skryli się tu przed nalotami. Obszedłem ostrożnie dom. Był on ostatni po prawej stronie drogi, dalej zaczynały się pola, a w odległości może 200 metrów, obszerne gospodarstwo, coś w rodzaju folwarku. Tam ulokowali się Niemcy i blokowali ruch na głównej drodze Błonie – Warszawa.

Powyciągałem z domu żołnierzy którzy uzbrojeni byli w karabiny, jak również użyłem policjantów z którymi tu dojechałem i zorganizowałem obronę, tak niezbędną w tym miejscu. Pole buraków nie wykopanych ciągnęło się od folwarku po drogę. Należało za żadną cenę nie dopuścić nieprzyjaciela, by przedostał się na drugą stronę drogi, wtedy bowiem wziąłby nas w dwa ognie i nasz dom przestałby być silnym miejscem oporu. Część żołnierzy umieściłem w oknach, innych za rogami domu, z dobrym polem widzenia i z doskonałym obstrzałem. Grube mury zajazdu dawały ochronę przed kulami nieprzyjacielskimi.

Co pewien czas obchodziłem stanowiska kontrolując żołnierzy i dodając im otuchy, gdyż przeżyli ciężkie chwile i do wojowania stracili ochotę. W pewnym momencie zauważyłem jak kilku Niemców ukrytych w burakach podczołgało się ku drodze. Kazałem otworzyć do nich intensywny ogień. Jaki był wynik strzałów nie mogłem obserwować, pozbawiony byłem moich szkieł, ale Niemcy wycofali się za mury folwarku. Od czasu do czasu przysiadałem na kamiennych stopniach przed domem. Ręka nieopatrzona, zwisała nadal, ogromne sprawiając mi cierpienia.

Droga przed domem była wymarła. Pozostawione na niej pojazdy tłoczyły się w nieładzie. Leżały trupy końskie. Jeden koń wyprzęgnięty stał tuż przede mną, kryty rogiem domu. Wtem niespodziewanie kula niemiecka trafiła biedaka, a on waląc się na mnie swoim ogromnym łbem uderzył w nieszczęsną prawą rękę, łamiąc mi ją nad napięstkiem. Co przechodziłem w tym momencie nie da się opisać.

Nasza placówka była ważna na tej magistrali prowadzącej z zachodu do Warszawy. Nie było chwilowo nikogo, kto mógłby mnie zastąpić. Poza kilkunastu żołnierzami i kilkoma policjantami, nie zjawił się ani jeden oficer. Już po nieszczęsnym wypadku z koniem nadeszła pielęgniarka z opaską czerwonego krzyża. Powiedziała, że ktoś doniósł, że przy drodze znajduje się ranny wojskowy. Ona to pierwsza opatrzyła mi ranę. O zdjęciu rękawa nie mogło być mowy, każde najmniejsze dotknięcie w okolicy ramienia i przedramienia sprawiało wściekły ból. Wielkiej ulgi doznałem kiedy poczciwa sanitariuszka ułożyła mi rękę na temblak.

Po opatrunku mogłem ponownie zająć się naszą nad wyraz ciężką sytuacją. Łączności żadnej z polskim wojskiem nie mieliśmy, wydawało mi się, że nie wiedziano na tym odcinku o naszej placówce. Tak mijały godziny. Z mego stopnia kamiennego, na którym wiele przysiadywałem, widoczne były stalowe wieże stacji radiowej w Babicach. Zbliżała się trzecia godzina, kiedy niespodziewanie zaczęły padać obok nas granaty niemieckie. Natychmiast zrozumiałem, że Niemcy z naprzeciwka, potrafili powiadomić swoją artylerię o naszej pozycji, a nie mogąc sami nic z nami wskórać, wezwali jej pomocy. Skoro granaty zaczęły padać coraz bliżej, poleciłem naszej małej załodze wycofać się do budynku, pilnując bacznie, by nieprzyjaciel z naprzeciwka nie ruszył do ataku na nas. Sam stałem u wejścia do budynku.

Wtem uderzył granat w piętrowy dom po przeciwnej stronie drogi i zanim miałem czas cofnąć się do wnętrza naszego domu, drugi uderzył tuż obok. Posypały się cegły, tynki, szyby, uniosła się chmura kurzawy, a ja uczułem równocześnie jakby silne uderzenie kamieniem w lewą pierś. Spojrzałem na to miejsce i zauważyłem na mundurze pod wstążkami dekoracji, trzy szarpane niewielkie otwory. Rozpiąłem bluzkę i na koszuli spostrzegłem krwawe plamy. Ponieważ znajdowały się na wysokości serca przeraziłem się mocno, rozsunąłem koszulę i zobaczyłem trzy ranki z których sączyła się krew. Głęboko odetchnąłem, nie odczuwałem żadnego bólu, chyba więc płuca nie zostały poważniej uszkodzone.

Podłożyłem chustkę, która w tej chwili była krwawą szmatką po poprzednich zranieniach. Choć rany, jak się to później okazało nie były groźne, ten trzeci już szok w przeciągu kilku godzin, jak również napięcie nerwów do ostateczności w wielogodzinnej walce spowodowały ogólne osłabienie. Zrozumiałem, że nie jestem zdolny do dalszej walki i omdlewałem. Postanowiłem szukać jakiejś pomocy dla siebie. Oddałem dowództwo starszemu sierżantowi policji, byłemu wojskowemu.

Z ciężkim sercem opuszczałem moich przygodnych podkomendnych. Wiedziałem, że nie mogę im się więcej przydać. Nastąpił ostateczny kres moich sił. Obowiązek żołnierski wypełniłem do końca.”

Za tę walkę ojciec został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari i drugi już raz Krzyżem Walecznych.

Napisz do Redakcji