NavBar
nr. 17
VICTORIA, BC,
2010

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Ewa Caputa - Trzy Miłości
z okazji Walentynek

skoro jest tak źle?
reportaż z wakacji w Polsce

Ewa Caputa - Śladami Chopina
w 200 rocznice urodzin kompozytora


OLIMPIADA
Vancouver 2010

Rozmaitości


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Mały Memoriał
Zawody narciarskie dla dzieci

Galowy koncert w Vancouver
Polonia Polskim Olimpijczykom

Ewa Korzeniowska

Śladami Chopina

W 200 rocznicę urodzin

Pomnik Fryderyka siedzącego pod rosochatą wierzbą w Warszawskich Łazienkach jest mi dobrze znany z ilustracji, a jednak rzeźba widziana „na żywo w otoczeniu parku, sprawia, że przez moje ciało przebiegają ciarki wzruszenia. Pod działaniem „kompleksu emigranta odwiedzającego stary kraj, postanawiam odszukać ścieżki, którymi niegdyś chadzał kompozytor i odwiedzić miejsca, w których młody Chopin bawił się i uczył, komponował i grywał swoje pierwsze utwory. Wiem, że istnieją one do dzisiaj Warszawie i w niewielkiej wsi Żelazowa Wola, położonej w pobliżu Sochaczewa, 60 km na zachód od stolicy.

Chopin umarł w Paryżu 17 października, 1849 roku i tam również na cmentarzu Pere – Lachaise znajduje się jego grób, ale serce wielkiego Polaka wróciło do kraju. Przemyciła je w specjalnej szkatule siostra kompozytora Ludwika. Urna z sercem Chopina spoczywa w jednym z filarów w kościele Św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, pod pamiątkową tablicą z napisem „Fryderykowi Chopinowi – rodacy. Stoję przed nim w zadumie, która przerywa młoda istota z rulonem pod pachą, w powiewnej sukience i stopach obutych w ciężkie Duck Marteny. Dziewczyna składa pod tablicą bukiecik bratków i zapala znicz. Bukiet niknie w kobiercu innych wiązanek. Odurzona wonią kwiatów, świec i chłodem wiekowych murów wychodzę na zalaną słońcem i pełną gwaru ulicę.

Tak jak za czasów Chopina, Krakowskie Przedmieście to ulica, gdzie historia splatając się z teraźniejszością rozbrzmiewa wielojęzycznym gwarem. Wśród kolorowego tłumu przechodzę obok zabytkowych pałaców i kamienic będących obecnie siedzibami sędziwych, narodowych instytucji, i podziwiając po drodze liczne zabytki i pomniki dochodzę do Kościoła Wizytek o pięknej, barokowej fasadzie. To właśnie tutaj, we wnętrzu tej sławnej warszawskiej świątyni, rozbrzmiewały organy, na których młody Fryderyk grywał podczas niedzielnych mszy. Po krętych schodach wspinam się na galerię, by popatrzeć z bliska na zabytkowy instrument. Z tej wysokości w całej pełni widać wnętrze kościoła ze srebrną amboną w kształcie targanego wiatrami żaglowca. Ciekawe czy Fryderyk lubił na nią patrzeć? Czy podziwiał stare malowidła w złoconych ramach i igrające promyki słońca wpadające do ciemnego wnętrza przez barwne witrażowe okna? A może tak bardzo pochłaniała go muzyka, iż nie dostrzegał piękna materialno-duchowych przedmiotów?

Mieszkanie państwa Chopinów mieściło się na Krakowskim Przedmieściu na terenie obecnego Uniwersytetu Warszawskiego, w lewym skrzydle, na drugim piętrze Pałacu Kazimierzowskiego. Mikołaj Chopin, ojciec kompozytora był nauczycielem francuskiego. Po roku rodzina przeniosła się do nowego mieszkania również przy Krakowskim Przedmieściu, w Pałacu Czartoryskich. Na drugim piętrze obecnej Akademii Sztuk Pięknych, na Krakowskim Przedmieściu pod numerem 5, gdzie znajdowało się mieszkanie Chopinów, zrekonstruowano przed kilkunastu laty należący do rodziny salonik.

W czasach Chopina skromny pokój o dwóch francuskich oknach i prostym ceglanym kominku parę razy w tygodniu wypełniał się tłumem przyjaciół i wielbicieli młodego obdarzonego geniuszem artysty, który grywał dla zebranych gości prawykonania swoich kompozycji. To właśnie tutaj, w pokoju zarzuconym książkami i papierem nutowym, Fryderyk wykonał swoje pierwsze koncerty F minor i E minor. W wiszącym nad kominkiem kryształowym lustrze w ciężkiej złoconej ramie, odbija się wnętrze pokoju, w którym oglądać można pozostałe po kompozytorze pamiątki, jego portrety, nuty. Zbiory są skromne, gdyż niewiele prywatnych przedmiotów należących do kompozytora przetrwało burzliwe czasy. Patrzę przez okno na warszawskie dachy; to krajobraz, na który patrzył Fryderyk z ostatniego swego w Warszawie mieszkania, zanim 2 listopada 1830 roku, na zawsze stąd wyjechał.
Widok z okna, kościoły, uniwersytet i ulica ze ścieżkami wydeptanymi przez Fryderyka przybliżają mi jego postać, ale w poszukiwaniu klucza do jego duszy udaję się na mazowiecką wieś, której koloryt Chopin przetworzył na dźwięki.

W drodze do Żelazowej Woli zachwycam się melodią malowniczo-nostalgicznego krajobrazu. Przed mymi oczyma roztaczają się seledynowe pola, szmaragdowe łąki otoczone ciemnymi lasami. Gdzie niegdzie przerywa je srebrna nitka rzeki lub piaszczysta droga wyznaczona rzędami rosochatych wierzb i smukłych topoli. Mijam przydrożne kapliczki i wioski, w których kryją się wstydliwie w kwitnących krzakach bzu drewniane chałupy kryte słomiana strzechą i bocianie gniazda na przydrożnych słupach.

Nic dziwnego, ze ojciec Fryderyka, syn francuskiego kołodzieja, Mikołaj Chopin, który mając 16 lat wyemigrował do Polski w 1787 roku, całym sercem pokochał tę ziemię. Ba, nawet czuł się z nią tak związany, że nauczył się jej języka i posługiwał się nim, na co dzień. Mikołaj pracował jako nauczyciel francuskiego majątku hrabiego Fryderyka Skarbka w Szafralni. Tam poznał swoją przyszłą żonę, Tekę, Justynę Krzyżanowską. Wkrótce po przyjściu na świat Ludwiki, państwo Chopinowie przenieśli się do Żelazowej Woli, gdzie w 1810 roku urodził się Fryderyk, jako drugi z czwórki dzieci Chopinów. Jesienią tego samego roku rodzina przeniosła się do Warszawy, gdzie Mikołaj otrzymał posadę nauczyciela w Liceum Warszawskim. Fryderyk miał wówczas 6 miesięcy, niewiele pewnie pamiętał z tego okresu, ale parę razy wracał na wieś, gdzie spędzał letnie wakacje. Właściwie, okolice Żelazowej Woli i Szaflarni były jedyna polską wsią, jaką kompozytor miał okazję poznać.


Na brzegu parku pod korona starego kasztana stoi biały dworek o gontowym ganku wspierającym się na dwóch kolumnach. We wnętrzu dworku skromnie urządzone pokoje w amfiladzie: salon, jadalnia, pokój muzyczny, gabinet, sypialnia. Meble przeważnie klasycystyczne, dywany, kilimy, ciekawy XIX wieczny piec kaflowy. Na ścianach rodzinne portrety pędzli najlepszych polskich mistrzów wiszą na przemian z talerzami z miśnieńskiej porcelany i innymi rodzinnymi pamiątkami. Kilka oryginalnych partytur oglądać można w oszklonej szafce z okresu Księstwa Warszawskiego. W narożnym pokoju, który należał do Justyny, znajduje się sypialniana alkowa. Na ścianie marmurowa tabliczka z napisem: W tym miejscu 22 lutego 1810 roku urodził się Fryderyk Chopin. Po drugiej stronie wnęki, oprawiona w złocone ramki, wisi kopia rejestru chrztu podająca jako datę urodzenia 22 lutego, podczas, gdy Chopin i jego rodzina podawali zwykle datę urodzin kompozytora 1 marca. Okno w alkowie przybrane jest w biały muślinowy welon. Światło słoneczne, sącząc się przez tę pajęczą tkaninę, rzuca barwne plamy na orientalny dywan na drewnianej podłodze. Pustą wnękę wypełnia ogromny bukiet polnych kwiatów stojących w marmurowej wazie.



W rogu muzycznego pokoju pomiędzy oknami stoi skrzydło fortepianu będącego podarunkiem od Ignacego Paderewskiego dla muzeum w Żelazowej Woli. Koncerty chopinowskie, które odbywają się tutaj każdego dnia, od późnej wiosny do jesieni, stanowią atrakcje dla zwiedzających i nadają temu miejscu dodatkowego uroku. Tym bardziej, że często wykonawcą koncertu bywa jakiś znakomity pianista, często laureat któregoś z Chopinowskich Konkursów, które co pięć lat odbywają się w Warszawie. Niestety nie mam szczęścia, gdyż koncert w dniu mojej wizyty odtwarzany jest z taśmy.
Łatwo zgubić drogę w meandrach wonnego parku, w którym ze wszystkich zakamarków sączy się muzyka i ta z taśmy i ta, którą budzi się do życia przyroda. Puste ścieżki wiodą do sekretnych miejsc i zakamarków. Pośród drzew, z różnych części świata, odkrywam kilka okazów cedrów i sosny kanadyjskiej.

W ciągu krótkich miesięcy jakie młody Frycek, jak go nazywała rodzina, spędził w Szaflarni i Żelazowej Woli, cieszył się i fascynował życiem wsi i jej mieszkańców. Patrzył w zachwycie na wiejskie obrazki. Z zapartym tchem obserwował życie i obyczaje zwierząt i ludzi: bójki parobków, wieśniaków pracujących w polu, żniwiarzy, pastuszków na łąkach gnających gęsi lub krowy, wiejskie dziewczyny jak bukiety polnych kwiatów wędrujących boso piaszczystą drogą do kościoła. Uwielbiał słuchać opowieści i pieśni ludowych o miłości i żalu, o radościach i smutkach. Tych piszczanych przez młode dziewczyny i tych wyjąkiwanych przez stare kobiety lub wydzieranych przez pijaków wracających nocą z karczmy, nawet zawodzeń dziadów proszalnych. Dwukrotnie, podczas pobytu na wsi, Fryderyk brał udział w dożynkach, podczas których tańczył z wieśniakami do świtania przy akompaniamencie wiejskiej kapeli wygrywającej skoczne oberki, mazurki i pełne melancholii kujawiaki. Ich melodie wrosły mu w duszę jak krajobrazy. Wchłonął w siebie ich brzmienie i z dala od kraju przetworzył w swoją własna muzykę.
W odległym zakątku parku stoi pomnik: odlany w brązie Chopin pogrążony w głębokiej zadumie. Pomnikowy profil artysty, odcinający się ostro na płaszczyźnie mazowieckiego błękitu, ma w sobie wyraziste piękno. Ręce i sylwetka odzwierciedlają jakąś bezbronną niemoc, podczas gdy twarz wyraża duchowa tężyznę.

Gdy stoję podziwiając pomnik, obok mnie pojawiają się dwaj mężczyźni: starszy japoński turysta z przewodnikiem. Przez moment Japończyk zajęty jest strzelaniem migawką aparatu fotograficznego, po czym odwraca się w moim kierunku i odzywa się po angielsku:

- Hello. Nice sculpture but I like the one in Łazienki better, especially after being here. I’m glad I came to visit this place. Now I understand why Chopin sits under a weeping willow there. It is a symbol of this land and his music. - Potwierdzam jego słowa. Wymieniamy uśmiech porozumienia.

Fryderyk wyjechał ze swej nieistniejącej politycznie ojczyzny mając 20lat. Nigdy już nie wrócił do Warszawy, ani do Żelazowej Woli, choć miejsca te z pewnością nosił głęboko w sercu, były one inspiracją jego muzyki, której rozumienie zaczyna się w miejscu, gdzie zatrzymuje się intelekt, ale tak jak Japończyk, by to zrozumieć musiałam tutaj przyjechać.

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji