nr. 18
VICTORIA, BC,
marzec 2010
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Ewa Caputa - W zawieszeniu
Dom Polski po walnym zebraniu

Ewa Caputa

GALA

Pamiętam wielką falę radości, gdy w Sapporo nikomu nieznany Wojciech Fortuna wyskakał dla Polski złoty medal. Wszyscy w Polsce uznawali go za bohatera, jego nazwisko miesiącami nie schodziło z ust kibiców w PRL. Potem długo nic się nie działo. Wiadomo, Polska nie jest silna w zimowych sportach. Tym większa była radość w Vancouver z powodu wielu medali, jakie w tym roku zdobyli polscy zawodnicy. Polonia szalała. W Polsce ludzie organizowali przyjęcia wokół telewizorów, gdy startowali nasi. Olimpijczycy polscy spisali się na medal, a właściwie na sześć medali, a więc było sześć powodów do radości. Tym bardziej wspaniałym pomysłem wydawała się być gala organizowana dla polskich olimpijczyków przez Polonię w Vancouver. Plany uroczystości, sponsorowanej między innymi przez polski konsulat w Vancouver, powstawały przez długi czas. Kiedyś w ubiegłym roku mówiło się nawet, że i nasz zespół z Victorii będzie na tej imprezie występować. Miała to być uroczysta gala z udziałem olimpijczyków i Polonii. Koncert, a potem bankiet.

Gdy jesienią pojawiły się zapowiedzi tej imprezy, wśród znajomych rozpoczął się ruch. Nawet, jeśli ktoś się na ten koncert nie wybierał, to i tak o nim mówił. Olimpijczycy będą specjalnymi gośćmi, więc będzie się można otrzeć o wielki swiat polskiego sportu i Małysza będzie można zobaczyć na żywo. Od początku wiadomo było, że Justyny Kowalczyk na koncercie być nie może – następnego dnia biegnąć miała na 30 km. (Pobiegła po złoto), ale wszyscy inni….

Im bliżej koncertu, tym bardziej rosło podniecenie. Któregoś dnia, prezes Stowarzyszenia zaproponowała by moja skromna osoba, w imieniu Poloni z Victorii pojechała na te imprezę. Z ochotą się zgodziłam.

W wielkim podnieceniu jechałam do Vancouver na ten koncert, który odbywał się w „Chan Center” - sali koncertowej Uniwersytetu Brytyjskiej Kolumbii. Gościem Honorowym przyjęcia była mistrzyni olimpijska, trzykrotna złota medalistka w lekkiej atletyce, pani Irena Szewińska. Na koncert przybyli: Ambasador RP w Kanadzie Zenon Kosiniak-Komysz, Konsul Generalny RP w Vancouver Krzysztof Czapla z małżonką, Poseł na Sejm RP, Wojciech Ziemniak, liczni sponsorzy oraz miejscowa i przyjezdna Polonia. Okazja więc była nie lada. Miałam robić zdjęcia i wywiady. Jakąś plakietkę dla prasy miałam dostać. Nic z tego. Miejsce miałam dość z boku, ze słabym widokiem na scenę. Plakietki nie dostałam. Robiłam zdjęcia jakimś polskim sportowcom, ale kto to był, nie wiedziałam. Rozpoznałam tylko panią Irenę Szewińską. Nikt nam sportowców nie przedstawił, a zaczepiać ludzi i pytać o nazwiska jakoś głupio było. Tym bardziej, że w holu panował okropny ścisk i warunki do rozmów żadne.

No, ale koncert się odbył i jak powiedział mi jego scenarzysta, pan Jerzy „Bułeczka” Kopczyński, impreza miała charakter „dla każdego coś miłego”. Wystąpiło na nim gościnnie kilku artystów przyjezdnych wraz z lokalnymi gwiazdami. Niestety dla, organizatorów koncertu, a ściśle dla ludzi Teatru Popularnego z Vancouver, Polonia kończy się na Vancouver. Na prowincji, w tym wypadku na wyspie, to tylko amatorzy. A my tu prawdziwie dobrą konferansjerkę mamy i śpiewaków i niezłą skrzypaczkę… no i oczywiście wspaniały zespół. Może dla olimpijczyków byłoby ich występy ciekawsze, niż przeterminowany import ze starego kraju lub kanadyjska „Tina Tuner look alike”, która była straszna.

Były jednak i udane momenty w tej imprezie. Jacek Wójcicki, znany pewnie olimpijczykom z polskich estrad śpiewał żywiołowo i z temperamentem. Pięknie grała na flecie Anna Półtora, wspaniały popis muzyki fortepianowej dała też Katarzyna Musiał. Najbardziej dynamicznym przedstawieniem były tańce zespołu „Polonez”. Zabawne były występy „Kabaretu pod Bańką”. Ich skecze pokazujące scenki z życia emigrantów i dotyczące nieporozumień językowych wzbudzały salwy śmiechu. Koncert był bardzo długi, bo trwał trzy godziny z hakiem. Wielką jego atrakcją była oczywiście polska olimpijska biegaczka, Irena Szewińska. Dostęp do niej był utrudniony, bo oblegało ją masę fanów. W przerwie był tak wielki ścisk w teatralnym holu, że trudno się było się odnaleźć. Drugą część koncertu, która jeśli o wykonawców chodzi, była podobna do pierwszej, oglądałam jednym okiem, bo już spać mi się chciało.

A gdy koncert się wreszcie skończył były krótkie brawa i podziękowania. Po czym całe eleganckie towarzystwo „ruszyło na bufet”. Kto pierwszy ten lepszy. Jeden przez drugiego. Na oślep. Na wytworne kreacje polaly się płyny. Ktoś komuś nastapił na nogę. Komuś ostryga wyslizgnęla się z muszli wprost do dekoltu jednej pani. Pomimo deszczu, wyszłam na zewnątrz. Przez szklaną ścianę zobaczyłam dziesiątki rąk równocześnie wyciągających się do półmisków i dziesiątki zachłannych twarzy.

A miał to być uroczysty bankiet...

Przejdź dalej:

Napisz do Redakcji