nr. 22
VICTORIA, BC,
lato 2010
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA



ARTYKUŁY

Od Redakcji


Śmierć księdza Skorupki
w 90 rocznicę Cudu Nad Wisłą


NEONY
na festiwalu w Jarocinie



List czytelniczki
o artykule Biały Kruk

Piotr Choynowski

Śmierć księdza Ignacego Skorupki

W 90 rocznicę "Cudu Nad Wisłą"

W roku 1920 z gimnazjum Łebkowskiego w Warszawie ruszyły do armii ochotniczej dwie najstarsze klasy w komplecie. Jakże nie miały ruszyć? Toć połowa z nich to harcerze, a w dodatku za prefekta szkoły mieli Księdza Skorupkę. Któżby tam śmiał prefektowi w oczy spojrzeć, gdyby nie szedł. Dla Ks. Skorupki – poza zbawieniem – Ojczyzna była wszystkim. A i dla nich. Dość, że na pierwszą wieść o ochotnikach, dyżurny Mrozowiski, z ósmej, podczas pauzy, huknął pięścią w katedrę:
– Panowie! Idziemy! Dureń tylko zostanie!
Durnia nie było w klasie. Poszli wszyscy. Do 236 Ochotniczego Pułku Piechoty.

Ćwiczono ich zaledwie ze trzy tygodnie, bo dłużej się nie dało. Dostali wtedy szkołę! Boże mocny! Wychudli, sczernieli, a każda żyłka bolała ze zmęczenia. Dużą w tym czasie pociechą dla nich była stała obecność ks. Skorupki. Młody prefekt ledwie się ze mszą i co pilniejszymi sprawami uwinął, zaraz biegł do koszar. Pogodny, a pełen świętego zapału, był dla nich jak ukochany starszy brat. Umacniał ducha, interesy swoich chłopców załatwiał, paczki i listy z miasta i do miasta naszał chętnie. Nieraz za własny ciężko zarobiony grosz kupował czekolady na dwa plutony. A przede wszystkim, ani na chwilę nie zwątpił o polskim zwycięstwie. Mimo najgorszych wieści, śmiał się tylko i żartował z Moskwy dobrodusznie:
– Udało się wieprzowi własnego ucha sięgnąć – mawiał pogardliwie – bo i cóż ci Moskale? Znam ich dobrze, bom jeden rok pośród nich spędził, ratując naszych uchodźców podczas wielkiej wojny. Chłopy ciemne, pijane i głupie. Batem ich pędza, to i lezą. A trafią na wypoczęte wojsko, to staną. A tu już pułków ochotniczych bez liku. Poznańskie z pomocą idzie, cały kraj, jak jeden obóz. I dotychczas Moskwa tylko liczbą bierze. A cóż jest liczba wobec ducha? Nie dadzą wam rady chłopcy. Nie!
– Pewnie, że nie dadzą – odezwał się poważnie znany żartowniś, Zakrzewski – Wziąć choćby takiego Stasia Wrzoska. Karabin mu się o pięty obija, bagnetem się podpiera jak laską, a niech chuchnie to trzech chłopa wywróci. Żołnierz jak się patrzy.
Roześmiali się wszyscy, roześmiał się ks. Ignacy. Bo Staś Wrzosek, najmłodszy z siódmej klasy, rzeczywiście drobniutki był i szczupły jak dziecko. Czupurny za to i w bójkach waleczny jak żaden. Zaczerwienił się teraz ze złości, ale odrzekł spokojnie:
– Głupiś Zakrzewski. Właśnie Ciąglowicz i ja, to żelazna brygada. Mnie żadna kula nie trafi, bo nie ma w co. A w Ciąglewicza można walić bez skutku, jak w poduszki. Nie bójcie się nic! My was poprowadzimy do zwycięstwa!
Znowu śmiali się chłopcy. Grubas Ciąglewicz nie rzekł nic, jako flegmatyk. Może też nie zdążył, bo nagle pojawił się sierżant Wójcik i wrzasnął wielkim głosem:
– Alarm chłopcy! Alarm! Wystąp w rynsztunku i z bronią.
Zerwali się równo ze świstem. Jak za straszliwą umową witała słońce z dwóch stron kanonada. Rosyjskie działa waliły gdzieś spod Radzymina, polskie z poligonu w Rembertowie. W powietrzu stanął jednostajny huk i łomot. Gotując się na spieszny alarm, chłopcy nie widzieli przecież pękających szrapneli ani granatnych wybuchów. Artyleria tłukła ponad głowami wojsk, do sobie tylko znanych celów. Parząc wargi gorącą kawą i pojadając spiesznie ogromne pajdy chleba, spostrzegli z radością, że w nocy nadeszły do Ząbków nowe odziały wojsk. Po obu stronach plantu kolei stały bataliony w oczekiwaniu, z bronią u nogi, w błyszczących chełmach szturmowych. Na komendę sformowali kolumnę i oni. Zjawił się ks. Skorupka i udzielił im absolucji ”In articulo mortus”. Nadjechał generał Haler i przemówił krótko do wojsk. I oto szereg za szeregiem, batalion za batalionem jęły znikać w otaczających lasach i zagajnikach.
Drużynowy Mrozowiski z ósmej, dziś w randze plutonowego, choć bardzo w tej chwili zajęty, dostrzegł przecie po kilku krokach, idącego obok siebie prefekta. Ksiądz podwinął nieco sutannę, a w ręku miał brewiarz i hebanowy krzyżyk ze srebrną Męką Pańską. Mrozowski zdziwił się tęgo.
– A ksiądz dokąd? – zapytał
– Z wami. I ja się przydam – rzekł prefekt nie odrywając oczu od książki.
Mrozowisk spojrzał jeszcze na krzyżyk i na kolbę swego karabinu, ale nic nie powiedział. Nie odezwał się ani słowem nikt z całego plutonu, choć dziwili się wszyscy. Ksiądz miał na twarzy powagę i zatopiony był w modłach. Szli tak szeroką drogą leśną może z pół godziny. Mimo bezustannego grzmotu armat, nie działo się właściwie nic. Nie celowano do nich, nie widzieli nieprzyjaciela. Szli jak na wycieczkę harcerską, tylko, że z bronią. W szeregach znowu już słychać półgłośne żarty i wesołe zaczepki. Koleżka Ziętkiewicz natrząsał się z koleżki Sznajdra, który nawet i w lecie nasza koszulę wełnianą w obawie kataru. Teraz w sierpniowym upale i pod ciężarem rynsztunku pot lał się zeń jak z cebra…
Doszli już prawie do skraju lasu, gdy nagle ponad ich głowami rozległ się jakiś piekielny ryk, czy chichot. Zadarłszy w górę głowy, ujrzeli na błękitnym niebie pomarańczowy błysk i obłoczek białego dymu. I znowu chichot, błysk i obłoczek. Szrapnele. Białe dymy stały już chmurami w powietrzu jak gołębie. Układały się gdzieś w prawo od nich, nad lasem. Zaraz rozległy się komendy.
– Stój! Ładuj broń!
Żarty urwały się od razu. Szczęknęły zamki karabinów i kolumna najeżyła się bagnetami.
– W tyralierę!
Jak długie sznury pocisków, rozsypały się po obu stronach drogi łańcuchy strzelców. Ksiądz Skorupka od chwili już schował brewiarz i stanął za drugim plutonem.
– Naprzód! Marsz!
Wybuchy szrapneli zbliżały się coraz bardziej. Łańcuchy ruszyły równym krokiem z bronią w ręce. Wyszły z lasu w rzadki niewysoki zagajnik. Jak na dłoni mieli teraz zabudowania wsi Ossowa.
Zaraz też rozległ się stamtąd suchy trzask salw karabinowych. Kule gwizdały górą i odbijały się z pluskiem o sosny opuszczonego przed chwilą lasu. Chłopcy pobledli z wrażenia.
Głowy schylały się samo przez się, ruchem mimowolnym i śmiesznym.
Raz po raz rozbiegały po batalionie groźne okrzyki:
– Odstęp trzymaj! Odstęp!
Szli znowu chwilę, która wydawała się bez końca. Kule nie robiły im szkody. Lecz oto przestrzeń przed nimi rozdarł nieznośny terkot:
Trrrrrr! Trrrrrr! Trrrrr! – Jakieś gniewne warczenie i plucie. To karabin maszynowy. Jeden i drugi. I nagle Ziętkiewicz, na środku łańcucha, zakręcił się na pięcie jak fryga i runął. Szeregi zbladły jeszcze bardziej, twarze stały się szare i złe. Ale już znowu padł ktoś na bok z jękiem, a z drugiego łańcucha rozległ się przeraźliwy wrzask. Żołnierze jakby zawahali się chwilę. Sąsiedzi jęli tracić odstęp, cisnąc się jak najdalej od miejsc, gdzie padli zabici i ranni. Wróciła im przytomność nowa komenda:
– Padnij! Celownik tysiąc! Pal!
Łańcuchy padły na ziemię, jak kosą ścięte. Chłopcy strzelali z pasją i bezładnie do niewidzialnego wroga. Mierzyli w budynki i w każdy między budynkami odstęp. Maszynki zamilkły teraz jak trafione. Odpowiadał tylko rzadki ogień karabinowy. Poderwano ich z ziemi znowu:
– Biegiem! Marsz! Odstęp trzymaj!

Rzucili się naprzód i od razu też dobiegł ich straszliwy terkot. Dał kozła jeden z szeregu, drugi, trzeci… Znowu padli i znowu się poderwali… Powtarzało się ciągle to: „padnij” i „biegiem marsz”! Przebytą drogę znaczyli coraz cięższymi stratami.
Ks. Skorupka został w tyle od dłuższej już chwili: od czasu, gdy padł w serce trafiony Ziętkiewicz. Ksiądz Skorupka zamknął mu niewidzące już oczy własnoręcznie, a potem przyłączył się do pułkowego lekarza, pomagał dźwigać rannych sanitariuszom i udzielał ostatniej pociechy konającym. On to przykładał hebanowy krzyżyk do sinych warg facecjonisty Zakrzewskiego, on ocierał zimny pot z czoła koleżki Sznajdra. (Nie pomogla wełniana koszulka…)
W pewnej chwili usłyszał nie dalekie, a straszliwe od Ossowa wrzaski. Skończył modlitwę za konającego, uniósł głowę i zobaczył, że z zabudowań, biegiem ruszyło rosyjskie mrowie, wprost na batalion. Maszynki zamilkły na dobre. Kontratak. „No teraz dobrze dostaną” – myślał ksiądz o Moskwie, przyłożywszy dłoń do czoła, aby lepiej widzieć. Lecz nagle, oderwał rekę i podniósł się z ziemi. Na jego przystojnej twarzy odbił się gniew i zdumienie. „Co takiego? Co się dzieje?” – nie mógł zrozumieć z początku.
– Naprzód! Chłopcy! Naprzód!
Poderwali się, co prawda, z ziemi i poszli, ale nie naprzód, tylko w tył. Uciekają. Przerazili się wrzasku i moskiewskich bagnetów. Uciekają! Ucieka cały pierwszy łańcuch, ucieka i drugi. Trzeci chwieje się już w oczach…
Ks. Skorupka uniósł sutannę ręką i bez chwili namysłu, rzucił się naprzeciwko panice.
– Stój! Chłopcy! Stój! – krzyknął.
Kilku minęło go z przerażonymi oczyma. Lecz zdążył już wstrzymać za połę małego Wrzoska.
– Stój! Tchórzu! Stójcie chłopcy! Zatrzymuj innych, Wrzosek!
Stanęło już kilku na raz. Nadbiegł wolno i plutonowy Mrozowski. Zatrzymał się zaraz. Coś gadał, że zginęli wszyscy oficerowie. Był wściekły. Zawracał uciekinierów za kołnierz, a i razów kolbą nie żałował. Stanęli już wszyscy. Wracali nawet ci, co najdalej odbiegli. Kilku bez broni.
– W tyralierę! Chłopcy! Padnij! Pal! Komenderował prefekt. Padli i huknęli nagle ze wszystkich luf. A strzelał już trzeci łańcuch i czwarty i piąty. Trach, trach, trach – szła salwa za salwą. Moskwa urwała wrzask i zawahała się widocznie. Gęsto skupieni do ataku, kładli się pokotem od niedalekich strzałów. Trach, trach, trach – waliły nowe salwy. Moskale stanęli i przywarowali do ziemi, na rozkaz widać. Jęli odstrzeliwać się niezdarnie.
Ksiądz Skorupka nie dał opamiętać się swoim chłopcom. Wyszedłszy przed łańcuchy, wzniósł do góry hebanowy krzyżyk, zanim przebrzmiała pierwsza salwa leżącej teraz Moskwy.
– Śpiewaj „Serdeczna Matko” i naprzód marsz!
Z pieśnią na ustach ruszyła tyraliera do ostatniego ataku. Ksiądz na przedzie bezbronny, z krzyżem w ręce, z rozognioną twarzą. Biegli za nim nie dbając o padających kolegów. Miast niedawnej trwogi ogarnął ich szał walki. Mijali prefekta w tęgich skokach, byle prędzej do Moskali dopaść. Pierwsze ich szeregi rzuciły nagle broń i uniosły ręce do góry. Reszta padła w tył w panicznym strachu. A z lasu, od strony Ząbków rozwijała już swoje szeregi Dywizja Litewsko-Białoruska…
Warszawa była ocalona.
Lecz ksiądz Ignacy Skorupka nie widział już tych triumfów. Leżał sobie na polu cichy i spokojny z hebanowym krzyżykiem w wyciągniętej ręce. Dosięgła go wraża kula i krwią zbroczyła kapłańską suknię. Porzucił zwycięzców na zawsze i wrócił do tych chłopców, co wcześniej odeń padli, by zapewnić im wieczystą już opiekę. Nie tak wiele był od nich starszy. Miał lat dwadzieścia siedem.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji