nr. 22
VICTORIA, BC,
lato 2010
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA



ARTYKUŁY

Od Redakcji


Śmierć księdza Skorupki
w 90 rocznicę Cudu Nad Wisłą


NEONY
na festiwalu w Jarocinie



List czytelniczki
o artykule Biały Kruk

Ludwik Wilczyński

POLISH HIMALAYAN BOOM 

Żyjemy w czasach pop climbingu,
i podobnie jak w pop kulturze, duże pieniądze daje duża liczba klientów. Dzisiejsze wspinanie dostosowane jest, więc do możliwości satysfakcjonującej liczby nabywców adrenaliny. Przeważnie jest to alpinizm ułatwiony lub akrobacje pod dachem, albo nieopodal parkingu. W kwestii motywacji są to jednak wciąż „wertykalne marzenia”. Ich realizacja wymaga wielu wyrzeczeń, dziś głównie o charakterze treningowo-dietetycznym, ale wciąż są to marzenia bliskie lub przynajmniej zrozumiałe dla wspinaczy wszystkich pokoleń. Powstał wspaniały masowy sport – wspinanie sportowe, który na całym świecie przyciąga największą ilość młodych ludzi. Nic dziwnego, że można w Polsce usłyszeć pytanie:


- Kukuczka? A co on prowadził w O.S.?

W czasach, kiedy wiele zespołów bierze w ściany fotografa-profesjonalistę, aby przejście mogło zaistnieć w mediach, warto przypomnieć niedawną wreszcie historię polskiego boomu himalajskiego, który dzisiaj, jak sądzę, nie mógłby się zdarzyć nawet w Polsce. Warto też przypomnieć tę historię dla sporej na całym świecie grupy wspaniałych wspinaczy – mistrzów przestrzeni, których motywacja i styl dokonań nawiązuje do początków alpinizmu. Bohaterowie polskiego himalajskiego boomu, to właśnie mistrzowie przestrzeni, których droga do alpinizmu w sensie indywidualnym nie różni się znacząco od drogi ich rówieśników na całym świecie. Natomiast ilość dokonań w dość krótkim czasie i w niewielkim środowisku wspinaczkowym nizinnego kraju, to już są okoliczności warte wyjaśnienia.

Opowiadając tę historię nie mam zamiaru sugerować wyjątkowych walorów polskich wspinaczy tamtych lat. To byli młodzi ludzie niczym nie różniący się od swoich rówieśników w innych krajach, często dysponujący zupełnie średnimi możliwościami technicznymi. Jak do tego doszło, że znaleźli się w czołówce? W jaki sposób tyle wypraw wyruszyło z kraju, w którym poziom życia i swobody obywatelskie były niewiele wyższe niż to, co składało się na życie ówczesnych pracowników tych wypraw, tragarzy, kucharzy, sirdarów? W czasach popclimbingu ta historia, to bardzo dziwna bajka.


Boom nie spadł z nieba.

Moje pokolenie wchodziło w góry pod koniec lat 60. i na początku lat 70. z poczuciem dużych możliwości polskich wspinaczy. To zasługa poprzednich generacji, które wbrew przygnębiającym okolicznościom tamtych czasów brały udział w sportowym nurcie alpinizmu lat 50. i 60. Realia tamtych lat, to dziwna mieszanina entuzjazmu, biedy, poczucia zniewolenia, ale i socjalnego bezpieczeństwa na najniższym zresztą poziomie. Represje stalinizmu nie dotknęły mojej generacji, ani nawet generacji lat 60. To, co działo się dokoła, przepojone było śmiertelną, dającą się kroić na kawałki nudą.


Realność męczącego snu,
to aura tamtych lat. Dla młodego człowieka w okresie buntu ważniejszym pytaniem od „socjalizm, czy kapitalizm?”, było dręczące pytanie „dlaczego tak nudno i głupio?” Pierwsze wspinaczki, to było odkrycie niezwykłej ilości darmowego towaru, który nazywa się wolność.
To odkrycie jest udziałem każdego debiutanta, ale o ile silniejsze było w rzeczywistości tamtych czasów, w której obszarów swobodnej kreacji było niewiele. Wstrząs, olśnienie i dystans do „socjalistycznej” rzeczywistości, to pierwsze alpinistyczne zdobycze. Dla mnie, jako młodego wspinacza, relacje z rozwiązania przez Polaków problemu centralnego filara Freney, czy poprowadzenia nowej drogi na Filarze Narożnym Mont Blanc, to były wieści z innego świata. To dawało nadzieję na realizację najbardziej szalonych wertykalnych marzeń.


Związek Radziecki i Alpy
W tamtych latach, poza naszymi Tatrami, dwa ośrodki szczególnie przykuwały naszą uwagę. Ze względu na dostępność i cenę były to góry wysokie Związku Radzieckiego i Alpy, jako najważniejsza sportowa arena ówczesnego alpinizmu.
Wyjazdy w Kaukaz uchodziły za sprawdzian możliwości młodych, wybijających się wspinaczy. Mieliśmy wiele kontaktów z radzieckim alpinizmem. Pamiętam bardzo ambiwalentne odczucia od podziwu do ironii wynikające z widocznych gołym okiem ograniczeń tego środowiska. Podziw dla klasy i wytrzymałości większości czołowych sowieckich wspinaczy mieszał się z poczuciem absurdu w kontakcie z biurokracją alpinistycznego współzawodnictwa. Wspaniałe środowisko, pełne gigantów wielko- ścianowego alpinizmu, spętane było niedorzecznymi przepisami pochodzącymi w prostej linii od komunistycznych procedur z innych dziedzin życia. Sympatia do pojedynczych ludzi i niechęć do systemu. To był najczęstszy stosunek do kraju „wielkiego brata”.

Dzięki bogu, nasi rodzice,
nauczyciele i poprzednie generacje wspinaczy lokowali swoje sympatie i aspiracje w kręgu zachodniej kultury. Alpy i Dolomity pachniały nam wolnością, pobyty w Kaukazie i Pamirze oprócz wspaniałych gór miały coś z posmaku zwiedzania jednostki wojskowej lub więzienia. Zawsze występował element zadowolenia, że przyjechało się na chwilę.
Byłem tam kilka razy i bardzo charakterystyczne było „znikanie” poznanych sympatycznych ludzi, którzy po dwóch, trzech rozmowach zaczynali nas unikać. Tylko kilku przyznało się, że postawiono im warunek: „jeśli niekontrolowane kontakty z cudzoziemcami, to wynocha z bazy alpinistycznej”. Dla mieszkańca normalnego kraju może się to wydawać niemożliwe, ale zwyczajna rozmowa oznaczała niekontrolowane kontakty, a niekontrolowane kontakty oznaczały zagrożenie dla socjalizmu. W rzeczywistości przebywając w Alpach, czy Dolomitach, z tamtejszymi wspinaczami mieliśmy może jeszcze mniej wspólnego, ale reglamentowanie kontaktów międzyludzkich budziło niechęć.
To, co wydarzyło się w polskim himalaizmie w latach 70. i 80., to nie tylko wynik korzystnego splotu okoliczności i zwyczajnej sportowej rywalizacji, ale również w sensie kulturowym i społecznym, konsekwencja niespełnionych lub tylko częściowo spełnionych polskich aspiracji w XX wieku .


Tradycja i aspiracje
lokowały nas w kręgu kultury europejskiej. Smutne realia podzielonego i zacofanego kraju spychały nas na margines Europy. Krótki okres niepodległości między wojnami światowymi odbudował polskie nadzieje. Niestety, zaraz potem II wojna światowa i okres pod wpływami sowieckimi znowu zepchnął Polaków w cywilizacyjny niebyt. Jak trudno jednak wykorzenić tradycję i społeczne tęsknoty przekonali się rządzący Polską komuniści.
Nasza odporność na polityczną i moralną opresję, połączona z historyczną niechęcią do jakiejkolwiek, nawet własnej silnej władzy, dawała w czasach niepodległości skutki opłakane, w czasach obcych okupacji zaś, była podstawą walki o przetrwanie narodu.
W naszym kraju, przez ostatnie 400 lat niewiele się udawało zarówno w sensie pozytywnym jak i negatywnym. Nie udał się również socjalizm. Powstała jego polska wersja, dużo łagodniejsza od sowieckich wzorów. Wrodzona towarzyskość i umiejętność demontażu każdego reżimu pozwalała społeczeństwu jako tako funkcjonować w każdych warunkach, przechowując tradycje i wartości niepodległego narodu.
Dla każdego z nas szkoła średnia i studia, to był kontakt z nauczycielami i naukowcami wykształconymi jeszcze przed II wojną światową. Kończyłem Uniwersytet im. M. Kopernika w Toruniu, utworzony po wojnie. Trzon kadry stanowili naukowcy Uniwersytetu im. Stefana Batorego z Wilna na Litwie. Litwa kiedyś z Królestwem Polskim skonfederowana, przed II wojną leżąca częściowo na naszym terytorium, stała się radziecką republiką i duża część polskich elit, które ocalały od obu okupantów, mogła wyjechać do Polski. Tak stało się również z inteligencją ukraińskiego Lwowa. Jak na rzeczywistość przełomu lat 40. i 50. był to cud. Powiew zachodniej kultury dotarł do nas ze wschodu!


Ochronny parasol
1 października 1971 zostałem pochwycony na terenie Słowacji w czasie podejścia pod jedną z tatrzańskich ścian. Moim partnerem był Tadeusz Piotrowski (K2 Kukuczka, Piotrowski płd. ściana). Uciekliśmy słowackiemu patrolowi granicznemu ale pochwycono nas po raz drugi w Polsce. Strzelanina (na szczęście tylko ostrzegawcza), areszt, postępowanie sądowe i zawiadomienie uczelni o haniebnym postępku. Wzywa mnie dziekan wydziału humanistycznego prof. Cimochowski, wybitny językoznawca, również z litewskiego Wilna. Siedzę stremowany w jego gabinecie. Wiem, że mogę zostać skreślony z listy studentów. Dziekan najpierw wypytuje aby zorientować się o co chodzi. Chce się upewnić, czy nie próbowałem uciekać bezsensownie z jednego więzienia do drugiego. Uspokoił się, gdy powiedziałem, że chodziło o nową drogę na tatrzańskiej ścianie. Trochę go zdziwiło określenie „nowa droga” ale najwyraźniej ten absurdalny powód był o wiele lepszy niż ucieczka do socjalistycznej Czechosłowacji. Zapadło kłopotliwe milczenie.
– Proszę wstać! – powiedział Dziekan
Wstaliśmy obaj. Chwila ciszy.
– Udzielam Panu nagany ustnej.


My młodzi czuliśmy ochronny parasol trzymany nad nami przez pokolenia pamiętające „normalne życie”. Chronili nas przed szaleństwami władzy stając wobec trudnych moralnych wyborów. Dystansując się od decyzji władz nie tylko chronili wartości ale również podkopywali w młodych umysłach zaufanie do jakiejkolwiek władzy. W efekcie powstawał niepisany kodeks wymagań i oczekiwań istniejący obok oficjalnych standardów, zrozumiały dla dużej części młodzieży akceptującej tradycyjne wartości i aspiracje.
Klub Wysokogórski w niewielkim mieście Toruniu założyli wileńscy profesorowie Czeżowski i Passendorfer. Pierwsze lata powojenne pozwalały na kontynuację „przedwojennych” organizacji i idei, jednakże począwszy od roku 1949 nic nie było proste. Ideologiczne akrobacje dla osiągnięcia prostych celów były na porządku dziennym. Pokolenia ludzi zmęczonych wojną i często po straszliwych przejściach w niemieckiej lub sowieckiej maszynerii do mielenia ludzi, jeszcze raz wzięły udział w walce o tożsamość.


Ideologiczny i mentalny survival,
z różnym natężeniem trwał do upadku Związku Radzieckiego. Nie mam tutaj na myśli tysięcy bohaterów, którzy zostali zamordowani przez organa „bezpieczeństwa”. Mówię o ludziach, którzy próbowali przetrwać biorąc udział w ówczesnej rzeczywistości. Najczęściej nie była to walka wprost. To było przemycanie normalnych wartości i idei w zwariowanym świecie „realnego socjalizmu”, bez utraty stanowisk i środków do życia. We wspinaczkowym światku wszyscy dokładnie wiedzieli co jest obowiązkową dekoracją a co stanowi istotę i wartość, którą trzeba przenieść przez lata największego absurdu – lata 50.


Taternictwo było „przedwojenne”,
a wszystko co „przedwojenne”, a więc pochodzące z niepodległej Polski, w smutnej rzeczywistości sowietyzacji i zwykłej biedy, miało posmak lepszego życia. Było częścią europejskich aspiracji przekazanych nam przez poprzednie pokolenia, wbrew schematom „realnego socjalizmu”. A realny to on był! Połowa społeczeństwa w pocie czoła odrealniała rzeczywistość przy pomocy wódki. Nam wspinaczom dane były Tatry, czyli


„największa klatka do latania”
jak je nazywaliśmy w kręgu przyjaciół. Oprócz więc wszystkich elementów składających się zwykle na motywację do uprawiania alpinizmu, poczucie wolności w sensie dosłownym i nawet politycznym, nadawało niezwykły smak temu wyborowi. Pasowałoby tu w innym oczywiście kontekście zdanie Petera Crofta: „How can this much fun not cost anything and not be illegal?” Obawa że wspinanie może być zdelegalizowane towarzyszyła mi zresztą od początku. Głodowanie w Tatrach, czy w Alpach w porównaniu do szarzyzny krajowej rzeczywistości, było dla nas wyższą formą istnienia.

***


5.00 rano, lata 60. Dwaj młodzi ludzie zbliżają się do otoczonego wielkimi skalnymi ścianami górskiego stawu. Mają długie kije i przywiązane do nich podziurawione menażki. Wchodzą na pomost i rozglądając się czujnie zaczynają pracę. Przy pomocy menażek szybko wyciągają na pomost duże ilości mułu z dna stawu. Kiedy kupa robi się spora, zaczyna się płukanie. Z czarnego błota pobłyskują tu i ówdzie drobne monety. Kiedy kończą w jednej z menażek leży całkiem spora kupka bilonu. Spłukują pomost i omijając łukiem pobliskie schronisko wracają do namiotu.
Staw, to Morskie Oko, popularne miejsce tatrzańskich pielgrzymek Polaków. Monety wrzucają spacerowicze „aby tu jeszcze wrócić”


Wieczór. Ci sami młodzi wspinacze, zarośnięty „Dziadek” i piszący te słowa, wchodzą do schroniska. Zdejmują plecaki i siadają przy stoliku. Ta sama kupka bilonu pojawia się na stole. Pokancerowanymi od skały łapami ustawiają monety w słupki a z nich układają zajmujące pół blatu serce...
Jest problem. Łowienie monet jest niepisanym przywilejem pracowników schroniska, bilon jest pożółkły, więc wiadomo skąd. Jeśli nie zjemy wymarzonego górskiego sznycla z ziemniakami, to będzie cios. Nasze morale w bliskim sąsiedztwie kuchni przestaje istnieć.


– Pani Eluuuu!
Dorodna góralka staje przy stoliku.
– Pani Elu, to dla pani.
Kelnerka Ela uśmiecha się błyskając srebrnymi zębami.
– No, wezmę od was te pieniądze. – mówi zgarniając w fartuch ułożone z monet serce .
Dziadek szybko odzyskuje godność i mówi,
– Dwa górskie pani Elu!
Patrzymy na siebie z ulgą. Miły gwar schroniska, miłe odgłosy z kuchni. Pięknie jest w górach. Z daleka jak dobra wróżka nadpływa pani Ela trzymając wysoko tacę z górskimi. Zaczynamy jeść. Nagle, co to? Dziadek odkłada sztućce i jak panisko woła.
– Pani Elu! Proszę tutaj!
We troje pochylamy się nad sznyclem. Na surówce siedzi pająk. Góralka przytomnieje pierwsza.
– Tak? Biorę od was te brudne pieniądze a pan, panie Dziadku robi mi kawały?
Łapie talerz i szybkim krokiem oddala się w stronę kuchni. Dziadek przechodzi kolejną metamorfozę. W jednej chwili traci całą odzyskaną wraz ze sznyclem godność i biegnąc pokornym truchtem woła:
– Pani Eluuu, niech będzie z pająkiem!

C.d.n.

Następny artykuł tu:

Napisz do Redakcji