nr. 22
VICTORIA, BC,
lipiec 2010
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA



ARTYKUŁY

Od Redakcji


Śmierć księdza Skorupki
w 90 rocznicę Cudu Nad Wisłą


NEONY
na festiwalu w Jarocinie



List czytelniczki
o artykule Biały Kruk

List czytelniczki

W nawiązaniu do artykułu
"Biały Kruk"

Artykuł „Biały Kruk” w numerze czerwcowym Stron przeczytałam z pewnym wzruszeniem.  Przywiódł mi bowiem bardzo dawne wspomnienia, wywołane wzmianką, iż „książka ta została wydana przez wydawnictwo Książnica Polska w Glasgow”.

Jakże dobrze znałam tę książnicę! Prowadzili ją państwo Harasowscy (o ile pamięć mnie po tylu latach nie zawodzi), z wielkim nakładem pracy i starania – niezmiernie cenna placówka, w jednej z uboższych dzielnic miasta. We frontowym pokoiku mieściła się księgarnia – chodziłyśmy tam z Mamą kupować polskie książki w latach czterdzistych w czasie wojny i jakiś czas po. Losy wojenne rzuciły naszą rodzinę do Szkocji, właśnie do Glasgow – i tam to przez szereg lat korzystałam z dobrodziejstw polskiego szkolnictwa na uchodźstwie, o którym pisze Pani Ewa Caputa.

Rząd Polski na Uchodźctwie w Londynie ogromnie dbał o to, by młodzież, której wojna przerwała naukę w Polsce mogła dalej kontynuować ją zagranicą. Młodych wojskowych t.zw. „z censusem”, to znaczy już po maturze, którzy dostatecznie opanowali już język angielski – polskie Dwództwo Wojskowe oficjalnie odkomenderowywało na studia wyższe, pokrywjąc koszta i wypłacając regularne comiesięczne skromne stypendium. (Tak np. ukończył studia pianistyczne w Royal Academy of Music mój mąż, Lucjan Galon). Podobne stypendium otrzymywała młodzież cywilna, która ukończyła szkoły brytyjskie i zdała egzaminy wstępne do miejscowych uniwersytetów i wyższych uczelni brytyjskich (jak na przykład ja). Wszystko to oczywiście było w porozumieniu i współpracy z rządem brytyjskim. Na poziomie szkoły średniej założone zostały szkoły polskie w różnych miejscowościach – stacjonarne, z pełnym internatem; pamiętam jedną taką, dla dziewcząt, w Szkocji, w Castle Douglas, w zamku miejscowego lorda, który na czas wojny wspaniałomyślnie przekazał swój dom na ten cel. Natomiast dla młodzieży, która uczęszczała do szkół angielskich organizowane były Szkoły Sobotnie – właśnie tak, jak tu w Kanadize.

Ale różniły się od kanadyjskich w olbrzymim stopniu.

Po pierwsze – młodzież tam uczęszczająca nie zdążyła zatracić kontaktu z językiem wywiezionym z Polski, więc nie było w ogóle kwestii mozolnej nauki samego języka polskiego, tylko dalsze jego rozwijanie, z systematycznym wzbogacaniem znajomości gramatyki, stylistyki i literatury polskiej. Prócz tego były lekcje historii Polski i geografii Polski. A ponadto – lekcje prowadzone były przez... byłych wykładowców uniwersyteckich!

I jezcze jedna różnica między moją sobotnią szkołą w Glasgow a naszą biedną szkółką sobotnią w Victorii, gdzie dzieci siłą trzeba ciągnąć – to to, że myśmy się do naszej szkoły garnęli z zapałem! To było coś, na co czekało się gorąco przez cały tydzień!

Ale cóż, czasy były inne, inna całkiem sytuacja, więc i inna mentalność...

Tym niemniej – nie zmienia to w najmniejszym stopniu słuszności i wagi tego wszystkiego, do czego nawołuje artykuł Pani Ewy Caputy. W dzisiejszych warunkach, po obaleniu reżimu komunistycznego i odzyskaniu niepodległości Kraju – jasne, że dawne pobudki – tęsknota i marzenia o powrocie do wolnej Ojczyzny – nie mają już zastosowania i należą do historii... Ma jednak nadal zastosowanie dążenie do podtrzymywania kontaktu z piękną i cenną kulturą ojczystą, a ponadto – pojawily się nowe, całkiem inne i praktyczne motywacje, by warto było, żeby młodzież polonijna znała język polski. Mianowicie: szerokie możliwości pracy w Polsce lub w przedsiębiorstwach wspołpracujących z Polską; a także – niebagatelna gratka: możność studiów uniwersyteckich w Polsce, które nadal, jak w PRL’u, są bezpłatne!

Toteż ze wszech miar należy dbać o to, by nasza młodzież i dzieci nie zatracały kontaktu z kulturą ojczystą i systematycznie podtrzymywały i rozwijały wiedzę o Polsce i znajomość języka polskiego. By w miarę możności w domu mówić po polsku (od tego tyle zależy!) i podtrzymywać polskość (nie tylko w aspekcie pierogów i bigosu!), a w każdym razie – by regularnie posyłać dzieci i młodzież starszą do polonijmej szkoły.

Do tego oczywiście trzeba, żeby szkoły sobotnie były na odpowiednim poziomie, stosownie do umiejętności i wieku, czyli z podziałem na osobne grupy; i by oprócz samej nauki języka oferowały także programy frapujące, uczące spraw ciekawych i ważnych, a mogących zainteresować słuchaczy.

W świetle wypowiedzi Pana Konsula Czapli wszystko wskazuje na to, że przy jego pomocy Szkola nasza może liczyć także na finansowe wsparcie, które ułatwi osiągnięcie tych celów. A zatem nabierzmy nowego rozpędu, działajmy! I cieszmy się, że mamy obecnie takiego Konsula Generalnego w Vancouver, który tak serdecznie troszczy się o Polonię i tak energicznie prowadzi szeroko zakrojoną akcję wspierania polonijnego szkolnictwa i szerzenia kultury polskiej na naszym terenie!

Anna Galon

Przejdź dalej:

Napisz do Redakcji