nr. 23
VICTORIA, BC,
pażdziernik 2010
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Od Redakcji

Maria Dąbrowska

Marcin Kozera

Marcin łobuzował się i uczył na przemian, ale pod spodem wesołego życia nurtowały go wciąż pytania wcale nie łatwe do odpowiedzi. Gniewał się na to.
- Dlaczego – mówił sobie – u wszystkich jest tak zwyczajnie, każdy wie od początku, a ja się muszę męczyć.
Raz na lekcji geografii, rano w angielskiej szkole, siedział i nie uważał pogrążony w tych właśnie myślach.
Nie wiedział wcale, że wyjaśnienie wszystkich tych pytań sunie właśnie ku niemu i co minuta jest bliżej.
Nadeszło w chwili, gdy nauczyciel zaczął mówić: z Niemcami graniczy tu Rosja, a tu Austria. Kiedyś była tu Polska, ale teraz już dawno jej nie ma.
Nie wiadomo, jakim sposobem Marcin, który nie uważał usłyszał dobrze te słowa. Było tak, jakby każde z nich uderzało go prosto w serce. Jak gdyby było mówione do nikogo na świecie, tylko do niego samego, do Marcina Kozery.
Aha! Więc to tak. On się waha i nie wie czy jest Anglikiem, czy Polakiem, on się tak męczy, a inni powiadają, że nie ma po prostu Polski. Jak to? Nie ma tego, co w jego sercu wznieca od całych miesięcy taką burzę?
Poczuł, że został wyzwany i trzeba natychmiast odpowiedzieć. To jest ostatnia chwila.
Wszystkie słowa, które mówiła pani, wszystkie marzenia ojca wkroczyły nagle do jego serca i zakołysały nim, jak dzwonem na trwogę.
Już wiedział, co znaczy: „bądź dzielnym człowiekiem”. Już wiedział, co znaczy, kiedy kraj jest w niewoli. Nie ma wtedy przyjaciół? Ma takich, co mówią: a teraz Polski już nie ma. To znaczy, że jego dzieci wolą się stroić w cudze pióra.
Słowa nauczyciela były ostatnią kroplą, padającą w serce Marcina już dawno przepełnione. Kropla padła, serce wystąpiło z brzegów, tak jak rzeka na wiosnę. Zatrwożony i drżący wstał i znowu usiadł, owładnięty tchórzostwem. Bał się szalenie.
Lecz przezwyciężył się, wstał po raz drugi.
Rzekł głośno:
- Polska jest, proszę pana, ja jestem Polakiem.
Te słowa były tak dobitne, że wszyscy koledzy odwrócili się w stronę Marcina; naturalnie możecie się domyśleć, że byli radzi niespodziewanej przerwie.
Nauczyciel został zaskoczony i milczał.
Wtedy Marcin powtórzył głośniej:
- Ja jestem Polak, proszę pana, czy pan nie słyszy?
- Słyszę. Nie podnoś głosu, mój chłopcze. Nigdy tego nie mówiłeś.
Nie wiem nawet czy umiesz po polsku.
Marcin spąsowiał.
- Uczę się, odparł z niejakim trudem. Ale po chwili pchnięty niepokonaną siła zaczął mówić:
- Zresztą, to tym bardziej świadczy, ze Polska jest, jeżeli przyznają się do niej tacy, jak ja. Ja nie umiem dobrze po polsku i mogę być Anglikiem. Anglikiem kocham Anglie. Ale mój ojciec jest Polakiem i ja nie opuszczam Polski w nieszczęściu. I nawet wrócę do niej. A ona będzie potem wolna i potężna jak Anglia – i ja będę miał prawo pysznic się nią. Ja ją kocham! Kocham!
Całą tę rzecz Marcin powiedział jednym tchem, jak w natchnieniu. Nie wiedział skąd mu się wzięło. Nauczyciel milczał i chłopcy jakoś nie hałasowali.
Zdawało się, że Marcin odwinął poły jakiegoś płaszcza i ukazał im się nagle w całej swej krasie po raz pierwszy, tak, iż zostali olśnieni.
Dopiero po chwili nauczyciel rzekł:
- Dziękuję ci. Usiądź. Jesteś dzielnym człowiekiem.
I zwrócił się do klasy:
- Chłopcy! Naród, który ma takich synów, zasługuje w każdym razie na szacunek. Chłopcy! Trzy okrzyki dla Marcina Kozery i za pomyślność jego ojczyzny.
I chłopcy krzyczeli trzy razy: heep! heep! heep! Hurra!


***

Fragment opowiadania Marii Dąbrowskiej pt. „Marcin Kozera” mówiącego o nauce dzieci polskich w Londynie i o odkrywaniu w sobie polskości przez głównego bohatera, urodzonego w Anglii Marcina Kozerę.

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji