nr. 24
VICTORIA, BC,
listopad 2010
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA


ARTYKUŁY

Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz-
Nie będe pisac na metry

wywiad z Henrykiem Góreckim

Ewa Caputa

Solinusem przez świat

18 października 2010 roku, bydgoski jacht pełnmorski „Solinus” wpływa do zatoki w Victorii BC. Na pomoście w „Inner Habor” czeka na załogę kilkuosobowa grupka Polaków, wśród nich Jarka Piecuch, prezeska Stowarzyszenia Polaków w Victorii „Biały Orzeł”. Z jachtu na ląd wychodzi trzyosobowa załoga w składzie: kapitan Bronisław Radliński, Roman Nowak oraz Witold Kantak. Mają za sobą 160 kilka dni na morzu. Do stolicy Brytyjskiej Kolumbii płynęli jednym ciągiem z portu Nome na Alasce, skąd wypłynęli 24 września. Większość drogi pokonywali w trudnych sztormowych warunkach. Nie odmówili, więc propozycji spędzenia nocy w hotelu, ale tylko jednej. Nie lubią zostawiać jachtu, skusiła ich jednak perspektywa kąpieli i spania w prawdziwym łóżku, które po wielu nocach spędzonych na kojach, w przesiąkniętych wilgocią śpiworach, wydaje się być luksusem. Marzą o czystych ciuchach, świeżych owocach. No i wszyscy chcą jak najszybciej skontaktować się z bliskimi w Polsce, choć tamci, via Internet i satelity mają o nich wiadomości na bieżąco.

Załoga jachtu jest w takiej grupie wiekowej, że nikt im nie miałby za złe, gdyby zamiast wypłynąć w tak trudny rejs, zostali w domu i czas spędzali w ciepłych kapciach, w wygodnym fotelu przed telewizorem, na działce lub na rybach. Ale ich wzywa morze, gdy są na lądzie myśl o żeglowaniu wierci dziurę w mózgu… muszą być pod żaglami. Żeglowali wiele razy, jednak w obecnym rejsie, dokonali osiągnięcia na miarę światową: maleńkim, słabo wyposażonym jachtem zrobili tzw. Nothwest Pasage, czyli Północno-Zachodnie Przejście z Atlantyku na Pacyfik. Mają za sobą 10 tysięcy mil morskich i przebyli szczęśliwie jeden z dwóch trudnych żeglarskich szlaków, pierwszy etap trasy, którą sobie wytyczyli w tej podróży.
- Rejs „Solinusa” przez arktyczne lody i oceany odbywa się szlakiem Polonii. Załoga we wszystkich portach, w których się jacht zatrzymuje stara się kontaktować z tamtejszą Polonią. Wszystkie te spotkania to super chwile, więc są zawsze jasnym momentem, na który czekamy zbliżając się do każdego portu, w których mamy spotkać się z rodakami. Nie znamy angielskiego, dlatego kontakty z Polonią ułatwiają nam poruszanie się na obcym terenie – mówi Bronek, kapitan jachtu, gdy siedzimy następnego dnia na pokładzie Solinusa.
- Ale oprócz tego jesteśmy ciekawi jak się żyje Polakom poza krajem. Płyniemy od 15maja … z Górek …my we trójkę – mówi Bronek - jesteśmy stalą załogą, oprócz tego pływają z nami ludzie, którzy się przysiadają na jacht gdzieś po drodze, a po ich odlocie pojawiają się inni. W Przejściu Północnym płynęli z nami Rafał i Monika, dziennikarka z Polski, która opisuje wrażenia z tego przejścia na swoim blogu.
Wspólnie mają za sobą bardzo trudny odcinek drogi i rejs pełen wrażeń: spotykali po drodze góry lodowe budzące lęk i porażające pięknem; podziwiali „seanse” zórz polarnych, i gwiazdami jarzące się niebo. Z przygód mniej fajnych to popsuty telefon satelitarny, przez który kilkanaście dni zmarudzili na Grenlandii. Telefon był im niezbędny, gdyż dzięki niemu odbierali codziennie z Polski meldunki o stanie lodu w cieśninie. Mieli też uszkodzony silnik bez którego nie dałoby się przejść przez lody. Z przepłyniętych godzin, prawie połowę ciągnął ich osiołek” – tak Bronek żartobliwie nazywa silnik.
Podczas podróży narażeni byli na różne niewygody, targały nimi wielkie fale o bezlitosnych uderzeniach wody zalewającej wszystko; groziło im zamarznięcie w lodowych przesmykach, mieli wywrotki.


- Położyło raz nas kiedyś tak strasznie i był taki moment że zastanawiałem się czy łajba wstanie czy nie wstanie… był taki moment… wstała. No więc ucieszyliśmy się jeszcze raz. Los dał nam jeszcze jedną szanse. Później na Pacyfiku północnym płynęliśmy tak, jak nam morze pozwoliło płynąć z falą, bo pchanie się pod falę jest bez sensu, więc trochę płynęliśmy zygzakiem. W połowie października, a więc sztormy… Straszny sztorm to jest coś takiego, co trudno sobie wyobrazić… Na Mazurach parę lat temu wiał tzw. Biały Szkwał. Na ocenie zawsze panuje taki niby szkwał, natomiast sztorm, to są łamiące kark podróże w górę i w dół na grzywaczach wściekłością zionących, grzywaczach wysokich jak góry.
- Na północy najgorsze było zimno, wilgotne zimno, które bólem wypełniało stawy – mówi Bronek. - Często płynęliśmy w lodowatej mgle, która przenikała do głębi ciała. Zalewały nas fale… Jak wiadomo podczas rejsu nie ma łatwo, ale przecież nikt łatwego się nie spodziewa. Jak były sztormy 8 w skali Beauforta, to wydawały nam się niespecjalnie wielkie. Często musieliśmy wychodzić na pokład w pasach asekuracyjnych żeby nie zmyła nas z pokładu siła fali. Ale też były takie momenty, że wspaniale się żeglowało, zwłaszcza, gdy prądy były odpowiednie i wiatr od rufy, bo gdy zdarzał się taki w przeciwnym kierunku.
Najniebezpieczniejsze w tej podroży dla nich i dla jachtu było przejście przez lody, Dlatego teraz konieczne jest wyciagnięciu, „Solinusa” z wody, by sprawdzić stan kadłuba po podróży pomiędzy lodami – jest to wymóg firmy ubezpieczeniowej – potrzebne są też naprawy: prostownik, wiatrak, który produkuje elektryczność, przewody... Załoga zawsze ma coś do roboty, nawet na lądzie nie do końca można odpoczywać. Zanim skończą się przygotowania w porcie, trzeba uzupełnić zapasy żywności, wodę, płyny, paliwo, znowu zaczną marzyć o tym, by jak najszybciej popłynąć dalej.
Będą płynąć teraz wzdłuż wybrzeża obu Ameryk kierując się na południe w pobliże Hornu, słynącego ze złowrogiego bezlitosnego chlastania po żaglach falami gigantami i sztormami o niespotykanej sile.
Dlaczego tam płyną? Pcha ich do przodu żądza przygód, chęć jeszcze jednego sprawdzenia siebie w warunkach ekstremalnych. Każdy z nich jest, zarażonym bakcylem morza, żeglarzem o wielkim doświadczeniu, któremu ciągle mało.
-Bo z żeglarzami to jest tak, że jak za długo są na lądzie, to wzywa ich zew morza, nie potrafią się temu oprzeć – wyjaśnia Bronek. - Z nami jest jak ze wspinaczami, którzy pokonują 8 tysiączniki, dlatego, że one istnieją; dla każdego żeglarza przejście Northwest Passage czy osiągnięcie Hornu jest tego samego rodzajem wyzwania…płynie się w morze i robi się trudne przejścia, dlatego, że one istnieją.
Ocean jest bezwzględny i trzeba mu się całkowicie podporządkować. Jest surowy i nie wybacza żadnego błędu, wymaga pewnej doskonałości postępowania. Wyczuwa każdą fuszerkę. Załoga musi być perfekcyjna i posłuszna, nie tylko kapitanowi, ale również żywiołom natury. Żeglowanie po Oceanie, to sprawdzian własnych możliwości, to zmieniające się emocje i stany, to potężny zastrzyk adrenaliny, to również lekcja wielkiej pokory wobec tego, co nieujarzmione.
W pokonywaniu trudności pomaga załodze „Solinusa” mały biały misiek, który siedzi w kabinie nawigacyjnej.
- To Misiek z Górek Zachodnich – wyjaśnia Bronek. - Nienawidzę pożegnań, ale zrobili fetę pożegnalna dla nas w Górkach i przyjechała Iwona Urbani. To córka nieżyjącego już mojego przyjaciela, Zbyszka. To był facet, który dużo żeglował i pisał, był chodzącą encyklopedią II wojny światowej na morzu… ja z nim dużo pływałem, ta Ilona, jego córka, dała mi misiaczka i tak jest z nami na szczęście. Stukam go w nos przez każdym wyjściem na pokład i wiem, że wszystko będzie o.k.

Życzymy załodze „Solinusa” pomyślnych wiatrów.
*

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji