nr. 25
VICTORIA, BC,
grudzień 2010
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA


ARTYKUŁY

Ewa Caputa -
Wigilia w Domu Polskim

J. I. Kraszewski

Amerykańska Wilia



Było to w wigilię Bożego Narodzenia (1777), tego narodowego święta, o którym żaden Polak nie zapomina.
Pułaski ze swoim odziałem stał naówczas w Trenton, małym miasteczku, które od Pensylwanii dzielił tylko most, rzucony przez rzekę, amerykański most owych czasów: budowla z ogromnych kloców drewna, chwiejąca się, pełna szczerb, a pomimo to przeskakująca przeszło tysiąc stóp szerokiej wody.
Nadchodzące dni świąteczne poddały Karolowi, adiutantowi Pułaskiego, myśl urządzenia polskiej wilii. Taił się z tym na początku, ale na ostatek musiał zwierzyć się towarzyszowi Pułaskiego, Maciejowi, bo bez jego pomocy wykonać to się nie dawało.
– Panie Macieju – rzekł – mam do was prośbę, gdybyście mi trochę pomóc chcieli, zrobilibyśmy cos, co spodziewam się, miłego Generałowi.
– Z duszy, serca, wszak wiesz, że dla niego dałbym się w kawałki posiekać; tylko mów.
– Jutro Wigilia Bożego Narodzenia. Ja wszystko urządzę: mam już zamówione ryby morskie, jaja żółwie. Murzyn nasz ugotuje. Będzie to piąte przez dziesiąte, ale zjemy po polsku, na sianie i przy gwiazdach… Kraj nam się przypomni.
– A niech ci Bóg płaci. Myśl złota,…ale skądże ty opłatka weźmiesz? Ale bez opłatka, co to będzie za wigilia. Nie ma wilii bez niego, to darmo. Na próżno łamali głowę… Zgodzono się jednak bądź, co bądź zastawić wieczerzę z ryb na sianie, a w kącie snop polski…
Snop… Miły Boże! …Skąd tu wziąć w Ameryce snop polskiego zboża? Gdzie żyto, pszenica, jęczmień, owies, wszystko aż do lnu i tataraki?... Bo w snopie na wigilie nic nie powinno brakować.
A im tego wszystkiego potrzeba było, by polską macierz przypomniało…
Maciej Rogowski nie śmiał się spytać, skąd się wezmą pieniądze na tę ucztę, wiedział, bowiem, że żaden ich nie miał.
Karol miał od ojca zegarek złoty z łańcuchem, długo oszczędzał go, wahał się, żałował, ale dla wodza ukochanego można było poskąpić ofiary? Poszedł i sprzedał go po cichu. Z tego grosza miała się wilia odprawić.
Szło tylko o opłatek.
Wszystko się dawało albo czymś zastąpić, lub ominąć, ale niedostatek opłatka był niewynagrodzony. On jeden starczyłby za wszystko… On mógłby być wilia całą, bez niego wieczerza na sianie tą uroczystą ucztą nazywać się nie mogła.
Już Karol rozmyślał o upieczeniu opłatka, gdy dowiedział się, że w niedalekiej osadzie mieszkał ksiądz, Francuz, który tam w kapliczce mszę dla szczuplej liczby katolików odprawiał.

*

Karol siadł na koń, aby pobiec do księdza. Już minął ostatnie domki osadników, gdy na drodze zjechał się z obcym, widocznie podróżującym mężczyzną. Rysy jego niepiękne, ale miłe i łagodne, miały w sobie coś tak polskiego, ze Karol uderzony i strojem i twarzą natychmiast konia powstrzymał. Podróżny siedział na koniu objuczony i miał przewodnika. Wszystkich już w okolicy znal Karol, ten widocznie był gościem z daleka.
Przyłożył rękę do czapki, podróżny odezwał się po angielsku:
– Czy znajdę w Trenton brygadiera Pułaskiego? Pan pewnie należysz do jego oddziału; lękam się by nie był na wyprawie jakiej.
Karol po wymowie pytającego poznał cudzoziemca, serce mu uderzyło do tego człowieka i sam nie wiedział jak wyrwało mu się słowo polskie.
– A Polak! Brat! – Zawołał ochoczo podróżny, obaj skoczyli z konia, by przywitać się jak bracia rodzeni.
– Jadę od granic Kanady – rzekł podróżny – umyślnie tu do was, do Pułaskiego, którego poznać pragnąłem. Nazywam się Tadeusz Kościuszko…
– O słyszeliśmy już o was! Jakże Generał rad wam będzie! Ja jestem adiutantem Generała, nazywam się Karol Pluta.
– Ach nie wiesz – przerwał rozrzewniony Kościuszko, co to jest po latach postu posłyszeć mowę swoją, zobaczyć brata…
Spotkanie w kraju najbliższego przyjaciela nie uczyniłoby na nich takiego wrażenia, jak to zetknięcie się niespodziewane dwóch nieznajomych, ale krwią i duchem braci… Stali dość długo ściskając dłonie nie mogąc się na siebie napatrzeć.
Tak owa wilia Bożego Narodzenia stała się podwójnie dniem uroczystym. Pułaski był szczęśliwy z przybycia ziomka, którego nie wiedział jak przyjmować i ugaszczać. Całą resztę dnia tego spędzili jakby w gorączce mówiąc o kraju, dziejach konfederacji, o starych i nowych prawach.
– Słuchaj mój Rogowski – rzekł Pułaski wieczorem odwiódłszy go na stronę – nasz święty ojcowski obyczaj gościa pobożnie przyjmować…a jeszcze taki gość. Nasz. Polak. Sprzedaj, co chcesz, zastaw, pożycz, ale trzeba żeby wiedział żeśmy mu radzi.
– Panie generale – rzekł Rogowski – proszę być spokojnym, ja z Karolem obmyślimy środki… jakoś to będzie…tylko, co się tyczy jutra, to post i wilia.
– wilia, a prawda – rzekł smutnie Pułaski.
Cała noc prawie przeszła na gawędzie przerywanej i wiązanej na nowo. Rozchodzono się i, pożegnawszy, wracano znów. Mówili o Polsce, nagadać się nie mogli. Każdy z nich był rodem z innego kąta szerokiej ziemi polskiej, ale uczucia i wspomnienia ich łączyły. Kościuszko Litwin z Brzeskiego, długo żył w Warszawie i na Mazurach, znał dwór, króla, Czartoryskich i wielu znakomitszych ludzi owego wieku.
Rogowski namówił z łatwością i Kościuszkę, aby się z obiadem do gwiazd wstrzymali i zmienili go zwyczajem polskim na wieczerzę. Obaj przyklasnęli tej myśli. Dzień zszedł szybko, poszli oglądać okolicę, potem wróciwszy nic nie zobaczyli, bo mówili o Wiśle i Bugu.
Nareszcie przyszedł wieczór…Karol już tylko oczekiwał na ukazanie się gwiazd…był w gotowości.
Serce mu biło, jak swawolnemu studentowi, który zamierza spłatać figla… wbiegł do ogródka, po którym przechadzali się wodzowie, i uśmiechając się rzekł do Pułaskiego:
– Panie Generale, wieczerza na stole.
– A wieczerza, tak – podchwycił gospodarz – żartuj zdrów, co mi to za wieczerza w Ameryce. Nie polska to nasza, owa wigilia braterska, uczta święta, ale… Co Bóg dał…chodźmy.
Ujął pod rękę Kościuszkę, zmierzał jak zwykle na górę. Karol mu wskazał drzwi na dole.
– To tu – rzekł.
– Tu? – Spytał Pułaski. – Cóż to jest?
– Tak nam wypadło – odpowiedział Karol.
Wtem murzyn otworzył drzwi.
Salka przedstawiała widok niezwyczajny i niespodziewany. Naga izba ubrała się świątecznie: ściany zawieszone były zielonymi gałęziami jodły i cisów. Stół świecił rzęsisto, okryty białym obrusem, pod którym siana domyśleć się można było. W kącie stał ogromny snop zboża, jeśli nie gatunkiem, to formą przypominający nasze godło pracy rolniczej.
Pułaski jak olśniony stanął w progu, zobaczył naprzód na talerzu opłatki, odwrócił się, więc do Karola i ze łzami w oczach porwał go za szyję całując.
– Poczciwy kochany przyjacielu! – Zawołał rozrzewniony – chyba twe złote serce dokazać tego mogło.
Drżącą ręką chwycił opłatek i podał go pierwszemu Kościuszce.
– Gdy w Polsce rozłamiesz go kiedyś z braćmi, przypomnij sobie mnie i Trenton – rzekł cicho.
Milczący, uroczyście jak w świątyni z myślą do Boga wzniesioną, łamali się tułacze chlebem życia, a w myślach serca biegły tam, gdzie do nich także biły piersi stęsknione rodziny, braci, przyjaciół.
Przyjaciele rozweselonym czołem zasiedli do stołu. Niestety murzyn barszczu z uszkami zrobić nie umiał, zastępowała go polewka. Inne potrawy, jeśli nie miały smaku naszych, przypominały je przynajmniej z pozoru; Murzyn ów, czego nie mógł dobrze wyrozumieć, w to kładł jak najwięcej pieprzu, który w jego przekonaniu zdolny był zastąpić wszystko i omylić podniebienie.
Ryby wszakże z szafranem, po żydowsku, z pasatami i smażoną palmową kapustą wybornie się udały.
Biesiadnicy pozostali długo w noc przy tym stole, pito niewiele, powoli, ale mówiono dużo.

*

Późno już ktoś przypomniał obyczaj wigilii naszej wyciągania spod obrusa siana; miało to podobno znaczenie, iż kto najdłuższa trawę wysunął, u tego najpiękniejszy len miał obrodzić.
– ciągnijmy, więc – dodał, śmiejąc się Pułaski – i będziemy sobie z roślin tego świata prorokowali o żniwie.
W tym sianie amerykańskim były, prawdę rzekłszy przeróżne rośliny, nie wszystkie do trawiastej rodziny należące. Każdy rękę włożył pod obrus, a co pochwycił, wyciągnął i podniósł do góry.
Pułaskiemu dostał się kwiat jakiś nieznany, zeschły już, na którego łodydze parę listków zeschniętych zostało.
Rogowski dobył kiść bardzo długą, na końcu jej grono nasion przypominało nasza hreczkę.
Karol wyciągnął łodygę zieloną, z kwiatami nie zupełnie jeszcze zwiędłymi.
A pan Tadeusz zdziwił się znajdując ucięta gałązkę o liściach laurowych.
Śmiali się wszyscy niewiele do tych wróżb przywiązując znaczenia, a pan Pułaski rzekł:
– Wam laury, panie Tadeuszu. Daj Bóg żebyś je zbierał. Mnie się dostało coś zeschłego, czarnego, jak ja…bez życia… taką może pamięć po sobie zostawię.
Wstali wszyscy.
Jeszcze raz ścisnęły się dłonie, ucałowały usta i każdy poszedł nie zasnąć, ale myślą polecieć ku domowi.

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji