nr. 27
VICTORIA, BC,
marzec 2011
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA


ARTYKUŁY

Edward Kamiński -
Tak cię widzą
jak cię słyszą

Edward Kamiński

Tak cię widzą jak cię słyszą

Mit o schamieniu języka

Sądząc po czasach, kiedy Jego Miłość Król klął jak chudopachołek, nasz język ojczysty nieco się wygładził. Sądząc jednak po ostatnim 20-leciu chamiejemy na potęgę w mowie, w piśmie i uczynkach. Jak jest naprawdę, a co jest mitem?

Drzewiej, czyli tak dawno, że i najstarsi nie pamiętają, powiadano: Poznać pana po cholewach. Obecnie za przyczyną popularnych „adidasów” trudno w tłumie dostrzec pretendujących do wyższej rangi. Stare porzekadło zastąpiło bliższe naszym czasom: Tak cię widzą jak cię słyszą. Inaczej mówiąc poznać personę po jego elokwencji. Sęk w tym, że władających polszczyzną bez wspomagania sobie grubym słowem – jak na lekarstwo.
Zaniepokojenie wzrastającym schamieniem obyczajów w mowie, piśmie i uczynkach zatacza coraz szersze kręgi. Socjolodzy doszukują się przyczyn zjawiska w wprost proporcjonalnej zależności między agresją słowną i wulgaryzacją języka a przemocą fizyczną i wulgarnością zachowań. Istotnie, starcia polskich kół rządowych z opozycją doprowadziły do podziału społeczeństwa i wywołały ogólną agresję.

Na początku ubiegłego roku biskupi katoliccy wystąpili z apelem o ochronę języka ojczystego. W liście pasterskim odczytanym w kościołach stwierdzono, że polszczyzna chamieje. Wystarczy posłuchać jak przechodnie na ulicach gwarzą. Od przekleństw roi się do tego stopnia, że na pięć słów, dwa to ordynarne wulgaryzmy. Bez żenady rzuca się „mięsem” wszędzie, w dużych miastach i zapadłych dziurach, w miejscach publicznych, w szkołach, uczelniach, w pracy i galeriach sztuki. Uszy więdną od polemik w Sejmie. Do prasy codziennej, wdziera się już język brukowców i ćwierć inteligentów, operujących podstawowym zasobem, nie więcej niż 1500 słów. Ubogim słownictwem włada wiele bohaterów modnych programów radia i telewizji. Apel biskupów zastanawia, dlaczego w tak ważkiej odezwie zabrakło uwag o własnym podwórku Kościoła. Nie bez grzechu pozostają tam kazania, media kościelne, pedagogika katechetów w szkołach. W takiej to oto scenerii, nie mogąc się poprawnie wysłowić „perorują” politycy, kaleczy mowę ojczystą młodzież – pokolenia przyszłości kraju.

Truizmem jest, że język wiernie odbija życie kraju, odzwierciedla historię, kulturę, obyczajowość. Znany z licznych wydań językoznawczych, Witold Paweł Cienkowski stwierdza, że w języku pozostają ślady – na tysiące lat – stosunków politycznych i społecznych, kultury, przekonań, życia codziennego. Istnieje ścisły związek języka z kulturą i rozwojem umysłowym człowieka. W tym świetle mówienie o postępującym schamieniu języka i obyczajów sugeruje, że nasz język dotąd pełen dystynkcji stacza się ku dołowi. Wystarczy jednak poszperać nieco w naszej odległej historii, by przekonać się, że owe staczanie się to jeszcze jeden mit polski. Schamienie obyczajów, a więc i języka istniało tak dawno, jak pamięć historyczna sięga.
Szlachecki nakaz dobrych manier w obejściu, życie towarzyskie Polski XVI – XVIII wieku wymagał ogłady językowej, kultury wyrażania. Nawet spowiadano się z klątw i bluźnierstw. Była jednak duża rozbieżność między wymaganiami a praktyką. Krewki i nieopanowany szlachcic, nawykły do obrzucania grubym słowem poddanych mu ludzi niższego stanu, często zapominał się wśród sobie równych. Najlepiej wychowani bluzgali wyzwiskami, co bynajmniej ich nie kompromitowało.

Według niektórych cudzoziemców, w karczemnym słownictwie przewyższaliśmy inne nacje. Fryzeryjczyk Ulrych von Werdum np. pisał w XVII wieku:, „Co do klątw i przysiąg używa naród ten wstrętnych i bluźnierczych wyrażeń, że włosy na głowie stawają”. Jeżeli nawet przesadził, bo i w innych krajach przeklinano niezgorzej, to jednak różne przekazy z tamtych czasów świadczą, że bluzgano wówczas częściej i wymyślniej niż obecnie. Moglibyśmy nieco się poduczyć. Wiarygodnym źródłem są księgi sądowe. Zanotowano tam np. życzenia przeciwników w sporze stron: „aby sto tysięcy diabłów zjadł, aby go trafił kaduk, (czyli epilepsja). Pani Sułkowska, szlachcianka spod Rawy życzyła Janowi Kazimierzowi: „Żeby pioruny na niego z jasnego nieba trzaskały, żeby go ziemia pożarła, żeby go pierwsza kula nie ominęła”. Poddanych, często ludzi niższego statusu socjalnego, lżono: „bydłem, wieprzami, chamami”. Księgi sądowe np. miasta Uniejowa z 1681 roku odnotowały jak szlachcic Kazimierz Konarzewski lżył jakąś mieszczankę – „ty kurwo bestia, wynoś kurwo co masz w domu, bo cię spalę”.

Zasób obelg był nader pokaźny. Typowe rodzime przekleństwa to były zwroty: „pal go sześć, daj go katu”, różne odmiany diabłów i biesów. Z zapożyczonych z innych stron Europy – „psia krew, psia jucha”. Najczęstsze, bardzo obraźliwe było wytknięcie komuś złego prowadzenia się mamusi i nieślubnego pochodzenia, zwrotem “skurwy syn”, a w nieco łagodniejszej wersji „taki syn i pogański syn”. Nazywano to „łajaniem od matki”. Odpowiednikiem szczególnie wulgarnych obecnie słów był „kiep”. Oznaczał tyle, co dzisiejsze genitalia, a w przenośni określał tępaka, głupca i prostaka. Podobnie jak i dziś panowało wyzwisko „kurwa” z tym, że obrzucano nim zarówno kobiety jak i mężczyzn. Łagodniejszą formą była „murwa”. Kobiety lżono też słowami “wytartus, małpa”.

Szlachecki dwór był dla poddanego chłopa szkołą kultury, ale też i chamstwa, w zależności od obyczajów pana, jego osobistych zalet czy przywar. Z języka pana najłatwiej przyswajał sobie bardziej zrozumiałe dla niego najgorsze przekleństwa. Nie przebierał, więc podobnych klątwach zarówno chłop jak i szlachcic. Ba! Sam jego Królewska Miłość wyrażał się podle. Król jednak to najwyższy autorytet. Skoro władzę miał od Boga, musi miał takowe przyzwolenie. A to, że klął jak pospolity chudopachołek widać w swej królewskiej łaskawości chciał być bliżej swego ludu. Pamiętnikarz Stanisław Oświęcim z Kunowy zanotował jak to król Jan Kazimierz, zirytowany „brzydko wszystkich łajał, karczemne słowa z ust królewskich wypuszczając i od matki łżąc”. Folgował sobie w ciężkich klątwach król Władysław IV. Nawet słynący z osobistej kultury, mecenas sztuki, król Stanisław August czasami puszczał wulgarne wiązki. Jędrzej Kitowicz podaje o nim: „Jak był w konwersacjach publicznych łagodny, tak był pasjonat w osobności domowej; klął diabłami bez liczby, lżył słowami karczemnymi, jak by chłop prosty lepiej nie potrafił”.

Wybitna postać Polski XVI wieku, sekretarz królewski, poeta Jan Kochanowski, w opublikowanym „Psałterzu Dawidów” pisał: „Język szkodliwiej miecza siecze”. Przeszło wiek później krytycznie o plugawym języku pisał dworzanin Jana III Sobieskiego, senator, marszałek Sejmu pisarz i filozof Andrzej Maksymilian Fredro: „Ptaka po pierzu, wilka po sierści, a z mowy człowieka poznasz”.

Szlachcic pod jednym tylko względem był przekonanym demokratą – czuł się równy królowi. Skoro władca sobie pozwalał na plugawe słowa, on też chciał mu dorównać. Przeto nawet osoby znaczne urzędem i pochodzeniem nie krępowały się zbytnio wulgarnym językiem. W czasie obrad Sejmu tak godna postać jak biskup wileński wypominał mamusię jednemu z posłów. Słynny hetman Stefan Czarnecki w obozie żołnierskim rzucał “skurwysynami”. Od ciężkich klątw nie stronił członek potężnego rodu magnackiego, uznany pisarz, polityk i mecenas sztuki książę Herakliusz Lubomirski. Bluzgał plugawym słowem pisarz i poeta dworski Jan Andrzej Morsztyn.

Nieprzystojnie było obelżywe wyrażać się kobietom, zwłaszcza pannom. Reguły towarzyskie nakazywały reagować im wstydem, szczególnie, gdy brzydkie wyrazy dotyczyły sfery seksualnej. Jednak nie krępowały się zbytnio w gronie „samych swoich”. Zdarzało się, że i paniom wyższego stanu wyrywały się szpetne słowa, niby w nagłym afekcie, w zapomnieniu.
Tak, więc od Jego Miłości Pana Króla, wielmożów, po ostatniego hetkę pętelkę z szlachty szaraczkowej i prostego chłopa, wszyscy klęli siarczyście. Porównując wulgaryzmy językowe w dawnej Polsce – można rzec - nie dorównujemy tamtym czasom. Oby tylko nie zakrzyknąć – hulaj dusza, piekła nie ma, ani postępującego schamienia. Bracia i siostry nie krępujta się! Żeby jednak odpowiedzieć na pytanie, dlaczego jest tak źle, skoro jest lepiej, spójrzmy na ostatnie 20 –lecie. Nie da się zaprzeczyć, że w tym okresie zrobiliśmy znaczne postępy w schamieniu obyczajów w mowie, piśmie i uczynkach. Dlaczego właśnie teraz po odzyskaniu pełnej niezależności i powrotu do kręgu kultury państw zjednoczonej Europy? Nie od rzeczy będzie dodać - od dawien dawna wydawało nam się, że do tego kręgu należymy.

„Technika u nas bolszaja, no kultury niet” – to jedno z popularniejszych powiedzonek, zapożyczonych od wschodniego brata po zakończeniu wojny w 1945 roku, chociaż i techniki też nie było. To, co zaczęło dopiero raczkować za Pierwszej Rzeczpospolitej legło w gruzach. Polska Ludowa odziedziczyła po latach 1939 - 1945 cały balast zniszczeń, zacofania i skutków eksterminacji warstw wykształconych, polskiej inteligencji, przez obu okupantów. Pozostały w spadku masy, w znacznej mierze z językiem, obyczajami uwarunkowanymi niskim standardem życia, kultury i podstawowej edukacji. Istniały, więc idealne warunki do plenienia się wulgaryzmów i schamienia obyczajów. W narzuconej nam doktrynie ”dyktatury proletariatu” utarło się nawet pogardliwe „inteligencik” w stosunku do tych, którzy nierozważnie wychylali się nieco ponad ogólny „ciemnogród”. Jednak, do pewnego stopnia, nowa ideologia stanęła na przeszkodzie rozpowszechnianiu się chamstwa. Tak zwana „moralność socjalistyczna” nie dopuszczała plugawych wyrażeń w środkach propagandy, w prasie, radiu, telewizji i życiu publicznym. Oficjalnie było poprawnie. Przy masowym napływie sił roboczych do miasta, co się działo i mówiło w hotelach robotniczych, na licznych budowach, moralność socjalistyczna, ani normalna, nie mogła opanować.
Dla przykładu obrazek z rusztowań powstającego bloku mieszkalnego:

- Majster woła: Mietek k…. podaj wapno !
- Przechodząca obok oburzona kobieta z dzieckiem: Jak się pan wyraża, dzieci słyszą!
- Majster: Najmocniej panią przepraszam, tak mi się wyrwało. Mietek k…. podaj wapienko!

Prawdopodobnie tylko raz ścisła cenzura polityczna i obyczajowa nie zadziałała. Podczas manifestacji ulicznej w sierpniu 1956 roku w Sopocie, w trakcie odbywającego się tam Festiwalu Muzyki Jazzowej szokował publiczność transparent z hasłem DUPA, manifestujący przemiany w środowisku młodzieżowym. „Dyktatura ciemniaków” w czasie „odwilży” w 1956 roku chwilowo nie dostrzegała zagrożenia od strony tej tylnej części ciała. Kilka miesięcy później dupa nabrała znów znaczenia politycznego i cenzura wykreślała ją z kabaretowych tekstów studenckich.

20 lat temu uwolniliśmy się od „najszczęśliwszego z ustrojów na świecie”. Przeskoczyliśmy z socjalistycznej gospodarki planowej do wolnego rynku kapitalizmu konsumpcyjnego. Wszystko jest na sprzedaż. Sęk w tym, że w zdemokratyzowanej komunikacji społecznej towarem są zarówno informacja jak i wytwory dóbr kultury. Aby sprzedać dochodowe reklamy, język mediów zniżył się do poziomu odbiorcy rozpowszechniając wulgaryzmy. Wobec tak „oficjalnego” przyzwolenia, plugawy język przestał być wstydliwy, opanował dialog ulicy. Środki przekazu informacji – prasa, radio i TV - wolne od cenzury wydobyły z ukrycia okaleczony język mas z niedostatkiem kultury uwarunkowanej niskim standardem życia i edukacji.

Według badań międzynarodowych UNESCO aż 77 procent Polaków nie radzi sobie z zasadami języka polskiego. Jedną z przyczyn jest zanik nawyku czytania prasy i książek. Ostatnie badania z roku 2009 wykazały, że 62 proc. Polaków nie miało przez rok kontaktu z żadną książką. Czytelnictwo zmniejszyło się we wszystkich warstwach społeczeństwa. Wyjątkiem są mieszkańcy największych miast gdzie zanotowano 3 proc. wzrost w okresie lat 2006 – 2008 r. Największy spadek czytelnictwa zauważono wśród mężczyzn w małych miastach i wśród nastolatków. W niskim czytelnictwie nie jesteśmy odosobnieni na świecie. Podobno były prezydent Busz mówił, że od czytania to on ma żonę.
Czytanie dobrej literatury jest warunkiem przetrwania i rozwoju dobrej polszczyzny. Konieczne jest większe wsparcie finansowe instytucji i placówek kulturalnych. Inwestowanie w kulturę i naukę leży w żywotnym interesie Państwa, na równi z budową dróg i całej infrastruktury. Obkładanie podatkiem branży prasowej i wydawniczej, jak stragany z pietruszką, mija się z racją stanu rządu.

Osobna kategoria to użytkownicy Internetu. Internet, który do niedawna wydawał się wspierać czytelnictwo, dziś je zastępuje. Wskazuje na to aż 18 proc. spadek czytelnictwa wśród internautów. Co gorzej, coraz ich więcej przekazuje Internetem własne komentarze do aktualnych wystąpień polityków i wydarzeń. Im bardziej prymitywny półanalfabeta, tym większy mistrz w rzucaniu obelżywości; tym groźniejszy, że w mgnieniu oka łączy się z milionami odbiorców. Większość tekstów naszpikowana bezprzykładnym chamstwem słownictwa nie nadaje się do zacytowania.

Dużym zagrożeniem dla polszczyzny wydaje się obecny język młodzieżowy wspierany w TV bujnym rozwojem muzycznej liryki rockowej i rapu. Pleniącą się nowomowę można porównać ze słownikiem złodziejskim i więziennym dla wtajemniczonych. yraz buntu nastolatków przeciw całemu światu jest zjawiskiem oczywistym od dawna. Niepokoi natomiast prymitywizm językowy; powszechność slangu grozi utrwaleniem, w mowie potocznej.

Spoko! W razie co, nie wiem jak i gdzie co raja mnie. Master – blaster, full wypas, wyczes na maksa i wyrąbisty wynik. Puszczasz esemesa i odpływasz na chwilę. Czy w ogóle da się zagrać taki sztos jak w trasie.

O mowo polska, mowo ojczysta! „Młodzi nie gęsi, swój język mają”. A to tylko mała próbka tego, co zdołałem zapamiętać.
Nawet Kościół nawołujący do ochrony języka ojczystego ma „krzyż pański” w pracy z młodzieżą. W Polsce jest około 33,5 tyś. katechetów. Oni to na lekcjach religii, zasypywani pytaniami obrywają za wszystkie potknięcia kościoła obecnie i w dalekiej przeszłości. Gdy młodzież naciera czują się bezradni w odpowiedziach. Kościół nie odszedł jeszcze od straszenia piekłem, co przekłada się na niski poziom studiów teologicznych. Niektórzy katecheci próbują porozumieć się z młodzieżą przyswajając sobie ich slang. Skrajny tego przykład podał w ubiegłym roku tygodnik „Polityka”. Dominikan Marek Kosacz na lekcjach religii głosił, że „Jezus jest zajebisty” i miast programu proponował – pogadajmy o życiu. Młodzież uwielbiała go, ale już nie uczy. Zwierzchnictwo nie doceniło eksperymentu.
Na edukację językową składają się nie tylko sążniste artykuły i reportaże. Przykłady niechlujstwa i nieporadności językowej dostarczają, na co dzień reklama i ogłoszenia prasowe. Co można myśleć np. o takich ogłoszeniach wybranych z wielu?:
Do sprzedania antyczne biurko dla kobiety z grubymi nogami i dużymi szufladami. ( To, że antyczne biurka są zwykle bardzo ciężkie, to nie powód by damskie grube nogi miały go podpierać, natomiast „kobiety z dużymi szufladami” jest zbyt dwuznaczne.)
My nie drzemy Twoich ubrań w pralce. My to robimy ręcznie. (Na jedno wychodzi i jeszcze do tego trzeba zapłacić.)

Specjalność dnia: indyk 15 zł. Wołowina 12 zł. Dzieci 10 zł. (A wszyscy twierdzą, że dzieci w budżecie rodzinnym kosztują najwięcej.)

Wdowa z dziećmi w wieku szkolnym zatrudni kogoś do prac domowych i pomocy w rozwoju rodziny. (Panowie chętni do rozwoju rodziny preferują ogłoszenia ze zdjęciem wdowy.)

Niektóre kraje, jak np. Francja ochronę języka uregulowała prawnie. Nie wolno tam używać wyrazów obcego pochodzenia w języku urzędowym. Regulowanie przepisów językowych przy pomocy ustaw wydaje się nieskuteczne, a nawet w wielu wypadkach niepożądane. Należy zwalczać zaśmiecanie języka obcymi naleciałościami mądrą polityką propagowania czystości mowy. Natomiast zbytni puryzm językowy nie ma sensu w terminologii, przeważnie angielskiej, w dziedzinie komputerowej, lotnictwie, w ważnych dziedzinach łączności międzynarodowej. Język nieustannie dostosowuje się do coraz szybszych zmian społecznych. Corocznie przyjmuje nowe pojęcia i nazwy związane z postępem technologicznym. Podobnie puryzm językowy ma ograniczone możliwości ingerencji w języku potocznym. Język literacki natomiast chroniony zbyt rygorystycznie staje się z czasem mniej zrozumiały dla szerokiego kręgu czytelników. Trylogia Sienkiewicza, która zachwycała kilka pokoleń, obecnie młodym wydaje się archaiczna. Czytają niechętnie przymuszeni programami szkolnymi. Jeżeli komuś nie trafia to do przekonania niech sięgnie do staropolszczyzny średnich wieków. Aby odczytać oryginalne teksty biblii już dzisiaj trzeba studiów tego języka, a przecież miała być zrozumiała i dla analfabetów. Problemy językowe są bardziej skomplikowane niż może się to wydawać. Drogą do poprawy języka jest podniesienie poziomu kultury społeczeństwa poprzez edukację i lepsze standardy życia. Na to potrzeba czasu. Ani szkolnictwo, instytucje kulturalne, finanse Państwa, ani klasa polityczna kraju nie wydają się przygotowane, by stawić czoło tym wezwaniom. Zwłaszcza ta ostatnia skacze sobie do gardła w bezproduktywnych, szkodliwych dla kraju pyskówkach posługując się językiem, od którego uszy więdną. Wielu posłów do Sejmu miele językiem nie przykładając wagi do słów. Dla przykładu, niekontrolowaną paplaniną dużą popularność w parlamencie zdobyła sobie posłanka Nelly Rokita. W którymś z wywiadów dla mediów powiedziała m.in., (jeszcze przed tragiczną katastrofą w Smoleńsku, że prezydent Lech Kaczyński) „ma największy organ”. Dziś już nikt nie pamięta, kontekstu wypowiedzi, ale wielu zapamiętało niefortunne przejęzyczenie, podchwycone przez prasę brukową. Osoby obdarzone poczuciem humoru i kulturą osobistą skwitowały to uśmiechem. Dla gawiedzi to była okazja do szyderstwa. Pozornie śmieszne, ale kraj, w którym nie poważa się własnego, demokratycznie wybranego prezydenta, nie budzi też szacunku wśród innych nacji, a na tym punkcie my, Polacy jesteśmy szczególnie uczuleni.

„Jest to cnota nad cnotami – mówi nasze, stare przysłowie – trzymaj język za zębami”, zwłaszcza jak nie masz nic do powiedzenia.

* * *

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji