nr. 32
VICTORIA, BC,
styczeń 2012
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Zabawa Welentynkowa
11 luty


ARTYKUŁY

Ewa Korzeniowska -
Ojciec ludu małorosłego
2012 Rokiem
Janusza Korczaka

Ewa Caputa -
Łeb Hydry

antysemityzm

Paweł Romaniszyn -
Vandalism strictly
condemned

Ewa Caputa -
Siema!!!
Wielka Orkiestra
Świątecznej Pomocy
w Vancouver

Magdalena Hen -
Bałkany
Dyskretny urok
stereotypów

Ludwik Wilczyński -
Himalajski Boom cz.5

o polskich sukcesach
w Himalajach

ECK -
80 milionów
Nowa książka

Wielka Orkiestra
Świątecznej pomocy

fotoreportaż

Rozmaitości


Index autorów

Ewa Caputa

Siema!!!

Vancouver zrasza mżawka, gdy w niedzielne popołudnie idę ulicą East Brodway. Robi się już ciemnawo. Przez ulice przemykają szybko ludzie z parasolami. Z daleka dostrzegam staroświecki neon teatru. Rio Theatre to kultowy dziś kinoteatr wybudowany w 1938 roku, odnowiony ostatnio, ale utrzymany w dawnym stylu. Dziś, 8 stycznia gości imprezę organizowana przez Polaków z Vancouver. Przy wejściu grupa ludzi. Po polsku zapraszają mnie do środka. Ktoś natychmiast przykleja mi do kurtki czerwone serduszko. Kolorystyka wnętrza współgra z czerwienią panujących tu serc i serduszek. W dniu dzisiejszym w całym świecie dla Polaków jest ono symbolem wspólnoty celu. Jak w wielu miejscach na kuli ziemskiej, za chwile zacznie tu grać finałowy koncert 20 edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Trwają ostatnie przygotowania. Wolontariusze ustalają kolejny raz plan działania. Rozdają puszki. Pytam kogoś o szefa tej imprezy. Ktoś przedstawia mi Rafała Czekało; dyrektorka artystyczna programu, Ewa Nylor gdzieś biega. Od Rafała dowiaduję się, że w Vancouver WOŚP gra z przerwami od 1994 roku.

– Skąd ten pomysł – pytam.
– Zainspirował mnie poznany w Polsce, Jerzy Owsiak – mówi Rafał. – W tym roku gramy, tak jak oni w Polsce, na pompy insulinowe dla kobiet ciężarnych oraz by ratować życie w wcześniaków. Chętnie włączamy się w ten cel. Pracuje nas duża grupa ludzi. Bez nich nie dałoby się takiej imprezy zorganizować. Niektórzy z nich pracują ze mną od początku. Bez nich nic bym nie zrobił. Pogadaj z nimi. Porozglądaj się. Może w przyszłym roku u was zagracie.
Rozglądam się ciekawie. Wiem, że ludzie z identyfikatorami to wolontariusze. Większość to młodzież. W rękach trzymają puszki takie same jak we wszystkich miejscach na świecie, gdzie 8 stycznia gra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy.
Stajemy wszyscy do kamery! Na zewnątrz! Na moje jakieś trzydzieści osób ustawiło się w grupę. „Pozdrawiamy z Vancouver. Siema!!!”. Krzyczymy kilkakrotnie, nie zważając, że na nas kapie. Podobno w Polsce nas będą oglądać, choć u nich teraz noc. Wracamy do środka.
Zaglądam do sali teatralnej, na scenie ćwiczy zespół. Wracam do mikroskopijnego holu, w którym jest jednak miejsce na kilka stoisk. Jedno z polskimi towarami. Jest trochej płyt, książki, czapki z orzełkiem. Panie stojące przy innym stoliku zapraszają mnie na barszczyk. Pycha.

– Są jeszcze pyszne pierogi – zachęca pani Elżbieta, jedna z trzech pań odpowiedzialnych za przekąski. Podają je na małych talerzykach, podgrzewają w kuchence mikrofalowej.
– Co was skłoniło by wziąć udział w tej imprezie? – pytam.
– Dobre serce. Zawsze garniemy się do pracy społecznej, jeśli jest dobry cel.
Zaczynają się schodzić ludzie. Młodzi przeważnie, albo tacy w średnim wieku. Oblegają stoisko z polonikami. Przy ścianie stoi dwóch panów z identyfikatorami. Jeden z nich to konferansjer dzisiejszej imprezy, Edward Dornia, dla znajomych Edi. To on „dyrygował” pierwszą orkiestrą, która zagrała w Vancouver przed dwudziestu laty.
– Na razie wygląda jak zwykle – mówi Edi, – czyli patrzymy, czas minął. Już jesteśmy spóźnieni. Tłumów jeszcze nie ma, ale powoli ludzie dochodzą. Niektórzy przyjdą tylko na koncert, bo film „Przystanek Woodstok, który za chwile zaczynamy wyświetlać, już widzieli.
A kto gra na koncercie? Czy sami Polacy?
Nie tylko, grają też zespoły, które mają koneksje z Polakami, grupy polsko-kanadyjskie, albo całkowicie nie polskie.
– Czyli promujecie przez to polskich i kanadyjskich muzyków zapraszając ich na taka imprezę.
– To też, ale przede wszystkim to nasza impreza łączy dziś Polaków z Vancouver z krajem, gdzie w dniu dzisiejszym wielomilionowe rzesze Polaków i Polek i dorosłych i dzieci, i policji, i wojska i, pielęgniarek i innych wyszły na ulicę, by popierać ten cel, jakim jest zbieranie pieniążków dla nowonarodzonych dzieci i kobiet chorych na cukrzycę. My też zbieramy i na pewno nie będą to miliony, ale zawsze mała cegiełkę z Vancouver się dołoży z serca. Z potrzeby serca pracują tu wszyscy.

– Najważniejsze to pomóc – mówi student, Staszek Jarecki, który zbiera pieniądze do puszki i pod koniec imprezy musi tę puszkę rozliczyć.
– Dlaczego się w to zaangażowałeś? Całą niedzielę sobie zawaliłeś. Mógłbyś grać w piłkę, albo się uczyć. Ale to tylko jeden dzień, a przygotowania do niego trwały znacznie dłużej.
– Przygotowania do finału trwały mniej więcej dwa miesiące. Spotykaliśmy się co tydzień, by omawiać sprawy organizacyjne. Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. Nie szkoda nam czasu. Wielka orkiestra gra już dwudziesty raz i mamy nadzieję, że przy naszej pomocy zagra jeszcze przynajmniej ze dwadzieścia i jeden razy.

Przy stole, na którym piętrzą się czerwone torby wypchane po brzegi, stoją Wiktor i Karolina, którzy odpowiedzialni są odpowiedzialni są za loterię. Torby z polskimi towarami są nagrodami w loterii. Obok Kasia, koordynatora pisze jakąś notatkę – na chwilę przerywa pracę.
– Gram już chyba trzeci raz. Uważam, że potrzebne jest udzielać się i pracować na rzecz społeczności polskiej. Dobre doświadczenie. Dobrze wygląda w papierach. Ale oprócz tego jest to dobra zabawa i pieniądze idą na bardzo potrzebny cel.

Zaczyna się koncert. I tu niespodzianka. Rozpoznaję na scenie znajome osoby. Jako pierwsza gra na gorąco złożona kapela z Victorii w międzynarodowym składzie: Małgorzata Dzbik – skrzypce, Witek Szczurek – gitara, Janusz Pawlak – akordeon, Marek Warchałowski – perkusja i Slav Alexandrov – gitara basowa. Grają „Pod papugami”. Ciekawe liryczne wykonanie nadaje świeżości temu kawałkowi. Muzycy grali razem przez kilkanaście godzin, a brzmią jakby grali od miesięcy. Publiczność jest zadowolona. Każdy muzyk gra swoją solówkę. Grają dynamicznie. Przy „Adrenalinie” zaczynają się tańce pod sceną. Małgorzata z łatwością nawiązuje kontakt z publicznością
– Małgosiu! Jesteś lepsza niż ta cała Doda! – Krzyczy ktoś z widowni.
Podobają się. Skrzypaczka dostaje bukiet róż na urodziny. Publiczność śpiewa jej „Sto lat”. Niezwykły występ. Odświeżająca propozycja. Po nich polsko-kanadyjski band gra solidnego rocka.
Wielki finał świątecznego grania się rozkręca i mimo, że na zewnątrz mży zimna mżawka, temperatura w Teatrze Rio się podnosi. Muzyka jest różnorodna gatunkowo, ale przyjmowana z aplauzem. Dla mnie gwiazdą wieczoru jest Józia Przystupa, kilkunastoletnia dziewczynka ucharakteryzowana na warszawskiego andrusa śpiewa z aktorską interpretacją „Balladę o Pani Wiśniewskiej”. Jest bardzo utalentowana. Na gitarze akompaniuje jej mama.
Pierwszą część kończy pierwsze losowanie. Ludzie z widowni odbierają nagrody.

Niestety nie mogę zostać na dalszych części koncertu, ani na finale. Musze zdążyć na ostatni prom. Siema! Do przyszłego roku.

Notabene podczas grania finału zebrano $2644.30

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji