nr. 34
VICTORIA, BC, kwiecień 2012
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Wielkanocne Jajeczko
DOM POLSKI 15 kwietnia,
dodatkowa tura wyborów

Albo Tak Albo Nie
wystąp grupy wokalnej
DOM POLSKI 5 maja

ARTYKUŁY

Od Redakcji
życzenia Wielkanocne

ECK - KRYZYS
gabinetowy
w Polskim Domu

Edward Kaminski -
Poważamy się nawzajem

w Europie
Zbigniew J. Pasek -
Golgota

religijna panorama w LA

Józefina Konrat -
Snobistyczny bluszcz
Moda męska...

Janusz Kowalewski -
Miłpść i hazard

opowiadanie
Czesław Zysk -
Czerwone maki
pod Monte Cassino

Ewa Caputa - Święcone
tradycja święcenia pokarmów
Pascha
przepis kulinarny
Kaplica w Ugandzie
podziękowanie o.o. Franciszkanów
Rozmaitości

Indeks autorów

Janusz Kowalewski

Miłość i hazard

( opowiadanie )

Justyna ujrzała Ksawerego 15 grudnia 1954 w pokoju przyjęć swojej pracowni krawieckiej, mieszczącej się przy jednej z karłowatych uliczek polskiej dzielnicy Londynu.
Nie była Justysia, bezstronnie ciało jej analizując, pięknością, ale była ładna. Na czoło wysuwała się pierś jędrnie zadarta i usta o wargach, pełnych, zmysłowych. Reszta figury, od piersi w dół była też po – jak to mówią - ciągająca.
Duszę miała Justysia piękną bez zastrzeżeń: była religijna, otwarta, prawdomówna, nawet wylewna – jak Tamiza w godzinach przypływu. Jako panna do wzięcia miała piękne wiano, w czasach dzisiejszych równie rzadki jak słoneczny poranek w Anglii i równie bezużyteczny. Bo jaka korzyść ze słonecznego poranku w Anglii skoro wiadomo, że za chwile spadnie deszcz.
Justysia przyrzekła sobie przed ołtarzem Matki Boskiej Kozielskiej w Brompton Oratory, że swój wianek panieński odda tylko mężowi, sakramentalnie poślubionemu w tejże świątyni.
Zaradnym Justysia była dzieckiem, toteż udało jej się wianka tego ustrzec przed naturalną rodu męskiego wrogością. Udało jej się również po ukończeniu kursu krawieckiego ramach PKPR-u otworzyć skromny damski interesik krawiecki z poważnymi widokami rozwoju, bo sława jej jako „krawcowej z gustem” rosła w kole naszych polskich dam tułaczek, szanujących ojczysty zwyczaj „szycia na miarę”. Poza tym klientki bawiła jej gadatliwość: nie jednego mogły od Justyny się dowiedzieć – o swoich przyjaciółkach. Do tej to Justysi Ksawery odprowadził kiedyś panią Basię, najświeższą ofiarę swych strzelistych afektów. Szedł właśnie do White City na pieski, ale że padał deszcz, więc się nie spieszył.
W świetle stu świecówki osłoniętej zielonym abażurem, Justysia wydała mu się ładna, świeżutka. Ona, gdy spojrzała w jego wielkie jakby zdziwione oczy, skryte głęboko i tajemniczo pod czarnymi szerokimi brwiami, westchnęła tylko. O takim marzyła, taki właśnie: - subtelny, o twarzy arystokratycznej, poważny, śnił jej się, bywało nie raz, nocą - królewicz z bajki.
- Czy pani pali? - zapytał wyciągając złotą papierośnicę z monogramem i herbem: korony, krzyże i miecze w niebieskiej emalii.
Justyna aż drgnęła; tyle było dziwnej siły z metalu w tych nic nie znaczących słowach. A tak jej się zrobiło ciepło koło serca i radośnie w oczach…Nie żeby z grzesznej pokusy, ale po prostu dlatego, że taki istnieje i oddycha tym samym powietrzem. Uśmiechnęła się – rzec by można – całym ciałem i powiedziała z wrodzoną sobie prostodusznością:
- Dziękuję. Nie piję, nie palę i to trzecie …też nie.
Ksawery jeszcze szerzej otworzył swoje marzycielskie oczy dziecka i powiedział:
– A gdzież się to takie kwiaty chowają, że my nic o nich nie wiemy? W dzisiejszych czasach kobiety tak piękne, tak szczere i tak niezepsute to doprawdy unikat…
Justysia wprost piła te magiczne słowa, ten „niski ton jego męskiego organu głosowego”, jakby powiedziała Mniszkówna. Zdało jej się, że to anioł zstąpił do jej interesu krawieckiego. Babcia Bovery mogłaby jej coś nie coś o takich aniołach opowiedzieć.
– Czasy są dzisiaj rzeczywiście nie bardzo – przyznała Justysia z entuzjazmem (Pani Basi zdawało się, że na nią spojrzała.), ale ja jestem, jak mówią tutejsze kobiety „old fashioned”. A przeszłam, trzeba panu wiedzieć, Rosję, gdzie zostałam sierotą w podobno niebezpiecznym wieku lat czternastu; potem wojsko, gdzie było dużo różnych mężczyzn, a ja byłam junaczką. A dziś mam już 27 lat. Pojutrze moje urodziny… wyprawiam właśnie party. Basię już prosiłam …z mężem. A teraz proszę pana. Przyjdzie pan?
Pani Basia sypała iskry gniewu oczami, a uśmiechała się – do Ksawerego – ustami w sposób, który mówił wyraźnie: „Widzisz, jaka to idiotka”. Ksawery natomiast z całą powagą i wytwornością skłonił się Justysi na znak, że przyjmuje zaproszenie. Wytworni panowie w takich wypadkach tylko się kłaniają i nic nie mówią – a jednocześnie myślał:
„27 lat… 27. Ja mam o 13 lat i 6 miesięcy więcej. 13 i pół to połowa 27. Rok mamy 54 – dwa razy po 27… A idiotka jest słodka, rozmarzająca. Zobaczymy”.
Spojrzał w okna – już nie padało. Pożegnał się elegancko i wyszedł. Pozostała po nim lekka smuga lawendy i czaru.
Po jego wyjściu, pani Basia rozbierała się do przymiarki i mrużąc oczy i szeleszcząc jedwabiami powiedziała:
– Najgorszy materiał na męża, jaki sobie można na tej wyspie wyobrazić: namiętny gracz, w pełnym sensie tego słowa, hochsztapler i naciągacz, - koledzy nazywają go „nabieralissimus” – nie chce pracować uczciwie na kawałek tego tułaczego chleba.
Justyna podała jej czerwoną, jak płomień suknię. Pomogła włożyć przez głowę. Zapięła na plecach szpilkami, Basia kilka razy syknęła, bo ją Justyna ukuła – nie wiadomo: czy ręce jej drżały, czy chciała Basię ukarać za te poniekąd bluźniercze słowa o królewiczu z bajki. Uklękła i podpinała u dołu cyrkiel sukni: odeszła potem kawałek i mrużąc oczy patrzyła z daleka. Wreszcie zapytała z tą logiką, jaką stwarza matematyka prostodusznej uczciwości:
– To dlaczego się z nim zadajesz?
– Bo ja jestem mężatką – odpowiedziała Basia chełpliwie z tą szczerością, która jest punktem zepsucia, i z tym brakiem logiki, jaką wytwarza namiętność.
– Nie rozumiem powiedziała Justysia, klękając i poprawiając cyrkiel z lewej strony.
– Chce go naprawić, sprowadzając na dobrą drogę…
– Ja myślę, że jemu potrzebna jest żona, ale własna - to by go najlepiej sprowadziło na drogę cnoty. Przydałaby mu się jakaś religijna, a cnotliwa panienka.
– O, na pewno by mu się przydała – powiedziała Basia, patrząc z góry na, trzeba przyznać, śliczne złote włosy Justysi – ale nie jako żona.

Ksawery tymczasem, porwany natchnieniem obstawiał biegi piesków na White City, na podstawie wszelkich kombinacji dwójki i siódemki. W pierwszym biegu postawił po prostu na dwójkę – wygrał. W drugim – na piątkę (siedem minus dwa); w trzecim – na trójkę (siedem plus dwa przez numer biegu); w czwartym na szóstkę (dwójka plus numer biegu). Wygrywał. Stawiał coraz więcej. Wygrywał. Wygrał tego wieczoru 216 funtów, obliczył, że to dokładnie osiem razy 27. Justyna zatem, przyniosła mu szczęście. Myślał o niej z rozrzewnieniem. Nazajutrz posłał jej kwiaty.
Basia próbowała wybić mu Justynę z głowy – że idiotka, gadatliwa, bigotka, ale Ksaweremu już w krew Justysia weszła, bo szczęście – wierzył w to – w grze mu przyniosła.
Urodziny wyprawiła Justysia wystawne. Był i tort od Dakowskiego i zakąski, przyrządzone artystycznie przez Justysię, i dwa dzbany koktajlu – mieszanina ginu i dubonneta. Pomarda z kapką koniaku dla wzmocnienia. Na „gorące” miał być bigos, cudo, które Justysia warzyła już od tygodnia.
Przy zakąskach Ksawery próbował ręcznych i kolankowych manewrów, które spotkały się z roziskrzonym wzrokiem Justysi. Wyczytać można było w jej spojrzeniu rozmarzenie i oburzenie, zachętę i protest. Po zakąskach ofiarował się, że pójdzie z Justysią do kuchenki po „gorące”, ale gdy ręce jego, długopalce, arystokratyczne dłonie, straciły kierunek i zaczęły szukać gorącego nie na piecyku gazowym, dostał fest kuksańca pod żebra, wraz z wyjaśnieniem:
– To, to ja mam dla męża, proszę pana, a co dla gości, to w garnku na fajerce.
Ksawery pomyślał błyskawicznie: „Dlaczego by nie? Niebrzydka, przyniosła mu szczęście na pieskach, ma pracownię, „dziewica.”
– A chciałaby pani mnie za męża?
Justyna spoważniała i ostro spojrzała mu w oczy.
– Pan tylko na lipę, czy poważnie?
– Jak najbardziej.
– Co „…jak najbardziej”?
– Poważnie.
– Dobrze…
Sięgnął po gorące usta. Odepchnęła go, wyczuł, że drży. Powiedziała:
– Ale musi się pan zgodzić na moje warunki.
– Zgadzam się…
Zdawało mu się, że ogarnęło go w tej chwili to coś, co ludzie nazywają miłością: roztkliwienie. Bo rzeczywiście wzruszająca była ta 27-mio letnia dziewica, stawiająca jemu, Ksaweremu warunki, gdy dotąd każda kobieta poddawała się bezwarunkowo.
– Zaraz – mówiła Justyna wciąż tym samym drżącym, ale poważnym głosem, – niech pan wysłucha i na każdy warunek przysięgnie. Po pierwsze: Rzuci pan grę!
– No…
– Co „no”?
– Niech pan przysięga.
– Ależ gra da nam majątek.
– Tra-la-la. Majątek da tylko uczciwa praca.
Ksawery się roześmiał. – A ja tak mówię i takie jest moje przekonanie – tupnęła – Przysięga pan?
– Ale co ja będę robił bez gry?
– Ja znajdę panu robotę.
– Przysięgam.
– Po drugie, że zaczniemy robić majątek, pracować oboje uczciwie i wytrwale.
– W dzień i w nocy – spróbował żartować.
– W dzień i w nocy – powtórzyła poważnie. – No…
– Przysięgam.
– Po czwarte, że ślub weźmiemy w Brompton Oratory przed ołtarzem Matki Boskiej Kozielskiej.
– Mieszkając w Anglii możemy wziąć ślub cywilny… Ja cię kocham, ale wiesz, może się rozmyślisz, a wtedy rozwód…
– Żadnych takich. Ja na wiarę z nikim żyć nie żyłam i nie żyję.
– Przysięgam.
– No to możemy się pocałować.
Gdy Ksawery poczuł gorąco jej suchych warg, drżenie ciała, uścisk rąk na szyi, był przekonany, że przysięgi dotrzyma, że chce dotrzymać z całego serca i że wreszcie pokochał i, że miłość naprawdę, jak piszą zwariowani poeci i jak wierzą ludzie, z których dotąd drwił, jest cudem i może tworzyć cuda.
Do kuchni weszła pani Basia. Strzeliła gniewnie oczkami i powiedziała:
– Była dziewica, nie ma dziewicy… A tam goście czekają na gorące.
Kochankowie nie spiesząc się, jak nie spieszą się nigdy ludzie mający czyste sumienie, zwolnili się wzajemnie z uścisku, a Ksawery, któremu Basia w ostatnich czasach dobrze dokuczyła, powiedział nie bez zadowolenia:
– Oto moja narzeczona i przyszła żona.
Basia chciała przynajmniej taką korzyść mieć ze swojej klęski, by od niej pierwszej towarzystwo dowiedziało się niebywałej nowiny. Pobiegła do pokoju. Ogłosiła. Goście zeszli się do kuchni i zaczęli obściskiwać parę narzeczonych.
Dzień ślubu był dla Justysi dniem dodatkowego jeszcze szczęścia: przekonała się, że ludzie ją lubią. Dostała masę podarunków. W Brompton Oratory zjawił się spory tłumek klientek, znajomych, koleżanek. Było też sporo kolegów pana młodego. Zakładali się, jak długo uzdrowiony będzie zdrów. Nikt nie wierzył żeby było trwałe.
– Miłość jest jak maszyna, która potrafi zmienić brudną szmatę w czysty papier – wywodził filozof Edzio w kręgu złotej młodzieży tułaczej, – ale nie ma takiego białego papieru, który by nie wrócił do stanu wyjściowego, – pod presją maszyny życia… Życie, moi drodzy, to bardzo brudząca rzecz.
– Nie tyle życie, co demon, którego mamy w sobie – pouczał Prezes, popijając tzw. „prezesównę” – Gracz musi grać, pijak - pić, dusiciel - dusić.
– Jeszcze dobrze – powiedział spoza bufetu pan Zygmunt – jeśli dane ciało ma w sobie parkę demonów. Wtedy jednego można wypędzić drugim na czas jakiś. Na przykład pijaństwo – rozpustą, dusicielstwo – hazardem.
– A ja wierzę w cudowne działanie miłości – powiedziała pewna dama, której mężów i kochanków liczono już nie na sztuki, ale na grupy. – Miłość jest jak ten cudowny eliksir, którego poszukiwali średniowieczni alchemicy.
– Szukali, szukali aż nie znaleźli – powiedział Edzio, poczym rozmowa zeszła na sztukę: zaczęto mówić o rozwodzie w pewnej rodzinie literacko-teatralnej.
Para świeżych oblubieńców syciła się mocnym miodem swej czystej i - dla każdego, na odmienny sposób, - pierwszej miłości. Wciąż tej miłości mieli mało i chłeptali ją zachłannie. We wszystkim odczuwali rozkosz. Ksawery z radością nawet chodził do fabryki. Praca paliła mu się w rękach, jak mówią. Zarabiał – akordem – do 20 funtów tygodniowo. Prawie wszystkie pieniądze oddawał żonie – ach, jak żony to lubią – nawet jeśli słodkie, i religijne, i kochające.
Justysia kochała, a kochała. Łączyła ciało bachantki – i to ciało poddane długoletnim postom – z żarliwą duszą misjonarki. Oblubieniec zaś wnosił do łoża długoletnie doświadczenie i smakoszostwo. Połączenia takie dają zawsze ciekawe efekty.
Oblubienica tak bez reszty żyła tymi sprawami, tak całkowicie, że z wrodzoną sobie szczerością, opowiadała o tym, co było dla niej pieśnią nad pieśniami, wszystkim klientkom. Dzięki temu zastęp jej klientek zwiększył się. Nie ma bowiem, na emigracji literatury, która by tak wzruszała, bawiła, o rumieniec przyprawiała, jak opowiadania Justysi na temat jej małżeńskiego wniebowzięcia.
Fabryczka, w której pracował Ksawery, - nawiasem mówiąc była to polska fabryczka, wytwarzająca artykuły jeszcze nie zmonopolizowane i dzięki temu dobrze prosperująca – mieściła się niedaleko stadionu White City.
W pierwszych tygodniach swego miodowego miesiąca, który trwał, co najmniej pół roku, Ksawery przechodził pod murami stadionu z dumnie podniesionym czołem i pogardliwym uśmiechem: oto zwyciężył w sobie nałóg, a ludzie mówią, że to trudna sprawa. Prawda, Justysia mu pomagała, Justysia jego szczęście i skarb. I łza mu oko zwilżała.
Jednak sprawa, pozornie tak prosta, zaczęła się komplikować. Gdy raz i drugi i dziesiąty znalazł się w tłumie, sunącym lunatycznie jednolitą strugą ku wejściom, w tłumie, z którego emanował dreszcz hazardu, Ksawery przekonał się, że jego dusza na ten dreszczyk nie zobojętniała. Gdy zza murów słyszał czasem szum, pomruk, wrzask – przy finiszu – wtulał uszy w kołnierz i przechodził na drugą stronę. Ale coraz rzadziej. Coraz mocniej ciągnęło go „na tamtą stronę”. Uczucia jego zrozumie tylko ten, kto przeżył ten psi mus.
Aż przyszedł dzień, który przyjść musiał, jak prąd elektryczny przechodzi po przewodniku: Ksawery pewnego letniego wieczoru po wypłacie wstąpił na jeden bieg. Popatrzeć i odejść. To już siedem miesięcy, jak był tu ostatni raz. Gdy znalazł się znowu w ośrodku tego gwaru, gdy zobaczył psie nogi, śmigające po szarym torze w pogoni za białym majakiem elektrycznego zająca, tablice, zegar pokazujący „ciśnienie” stawek, dozorców w białych doktorskich fartuchach – postawił. I przegrał. Postawił znowu i znowu przegrał. Przegrał całą tygodniówkę. Było to dziwne – przecież grał na te szczęśliwe niegdyś kombinacje dwójki z siódemką.
Zdążył jeszcze pójść do Ogniska, gdzie gromadka przyjaciół przywitała go hucznie. Wziął na bok tego i owego, opowiedział, że znalazł się z żoną w chwilowych trudnościach – ona w siódmym miesiącu ciąży... Któż mógł się oprzeć czarowi dawnego „nabieralissimusa”. Uzbierał tygodniówkę, nieszczęście zażegnał. Przysiągł sobie, że już nigdy więcej. Oddał Justysi, która błagała go na wszystko, by się nie zamęczał tymi „overtajmami”. Mają przed sobą jeszcze życie. Cóż, że dziecko przyjdzie na świat? Ona ma przecież zaledwie 28 lat…
– 28! – wykrzyknął i uderzył się w czoło.
– Cóż ty tak... Nie wiedziałeś? – pyta Justysia przestraszona.
Uspokoił ją. Pocałował.
„Ach ty durniu, – mówił do siebie, – jasne żeś przegrał: zapomniałeś, że twoje szczęście związane jest z jej wiekiem, który się przecież zmienia. Trzeba było grać na kombinację dwójki i ósemki.”
Następnym razem tak właśnie grał – bo poszedł, by sprawdzić słuszność swej teorii. Ale nie sprawdził: przegrał. Czy to znaczy, że Justyna przestała być jego szczęściem? Poszedł znowu żeby sprawdzić. Przegrał.
Potem przegrywał już co tydzień, z rzadka wygrywając. Stopniowo wrócił do zawodu „nabieralissimusa” i do związanego z nim zawodu uwodziciela. Przestał również pracować – zawód uwodziciela wymaga czasu i odpowiedniej troski o własne ciało. Justysi powiedział, że fabrykę zlikwidowano.
Justysia uwikłana w tzw. tragedię biologiczną kobiety, w proces macierzyństwa, nie widziała długi czas tego wszystkiego, może dlatego, że nie chciała w tym okresie widzieć rzeczy zbyt strasznej. Instynkt ją bronił przed bólem widzenia. Ale wreszcie musiała spojrzeć: zbyt wiele miała przyjaciółek. Przyjaciele są po to – to ich najświętszy obowiązek – by zmarłemu zamknąć oczy, a żyjącemu jak najszerzej je otwierać.
Długo milczała, długo ważyła w sobie decyzje i postanowienia - ciężkie jak garb, święte jak obowiązek. Wreszcie postanowiła - z tą samą niezłomnością, jak postanawiała wszystko w swym życiu. Tego wieczoru Ksawery - jak zwykle od pewnego czasu - długo nie wracał, ( coraz częściej w ogóle na noc nie przychodził, tłumacząc się „biznesami”, które „nawiązuje”). Justyna nakarmiła chłopaka, ułożyła go w zakratowanym łóżeczku, całowała go długo i płakała. Potem spakowała w mężowskie walizki i inne paczki, mężowską garderobę i drobiazgi toaletowe, ustawiła to w ciemnym przedpokoju i czekała.
Przyszedł. Troskliwie zdziwił się, że jeszcze nie śpi. Chciał pocałować, - cuchnął winem, - uchyliła się i powiedziała:
– Chciałabym… musimy załatwić sprawy zasadniczo… proszę siadać.
Usiadł zaniepokojony.
– Nie moglibyśmy odłożyć?...Jestem trochę zmęczony.
– To się dobrze składa, bo ja też - powiedziała wzgardliwie i po pauzie dodała: – tobą Ksawciu jestem zmęczona… My z tobą rok już w małżeństwie, prawda?
Wiesz, jaką mnie wziąłeś: czystą, nieskalaną. A ja wzięłam - drania.
– Justysiu! Te wyrażenia! Czyż licują z godnością twojego macierzyńskiego stanu?
– A to, co Ksawery robi licuje z godnością ojca? Nie, nie licuje. I dlatego mój syn ojca mieć nie będzie…
– Justysiu, co ty mówisz? Jak mam to rozumieć?
– Prosto, odejdziesz od nas.
– Ależ Justysiu…Przypuścimy, że może trochę pobłądziłem, ale wiesz, jak było dotąd, ja się zmieniłem. Teraz mam napięte biznesy…Daj mi szansę…
– Już raz dałam. Wszystko dałam… I we wszystko uwierzyłam. Przysiągłeś te cztery warunki, a dotrzymałeś tylko jeden – ślub przed ołtarzem Matki Boskiej Kozielskiej…
– Czyż chcesz złamać ten święty ślub?
Zawahała się. Wreszcie podniosła głowę. W oczach miała te same błyski zdecydowania, co na początku.
– Łamać nie będę. Za mąż drugi raz nie pójdę. Ale dla dobra dziecka, żeby nie miało złego przykładu, z krzywoprzysiężcą, z gamblerem, z takim…cudzołóżcą żyć nie mogę i nie będę. Bóg osądzi mój krok. Intencje moje są najczystsze.
– Nieprawda; masz kochanka i on cię namówił do tego!
Roześmiała się gorzko.
– Tak mam kochanka – powiedziała. – Śpi tam – wskazała pokój dziecka. – To całe moje teraz kochanie ziemskie.
– Ale zastanów się, co ja właściwie takiego zrobiłem? Jakąż zbrodnię popełniłem?
– Pan przysięgał, przysięgał uroczyście, że nie będzie grał, że będzie uczciwie pracował, i że nie będzie kłamał, zdradzał. A nie dotrzymał pan tej przysięgi. To zbrodnia. To fałsz.
– Słuchaj, ty jesteś istota czysta, nieskalana, religijna. Jako taka nie możesz zrozumieć… Ja, nie dlatego, że chciałem, że rozmyślnie… W najgłębszych głębiach duszy ludzkiej siedzą demony. Taki demon działa za ciebie…
– Tere-fere-kuku, na te demony nabieraj rożne swoje dziwki. Człowiek ma swoją wolę. A nie ma i na demony zwala, znaczy nic już z niego nie będzie.
– Za surowo sądzisz ludzi. Bezlitośnie. To nie jest religijnie. Chrystus wybacza nawet mordercom. Twoja miłość mnie uleczy, jak już raz przecież uleczyła. Nie zabieraj dziecku ojca.
– E tam! Dużo cię to dziecko dotąd obchodziło. Ja już wiem, z jakiego gatunku ojców ty jesteś. Im wcześniej dziecko takiego ojca, taki wzór, utraci, tym lepiej. Moja miłość nic już tutaj nie poradzi. Jeśli od pierwszego razu się nie udało, jeśli nie zmartwychwstałeś ostatecznie i na trwałe wtedy, to już nie powstaniesz. Ja głupia byłam wtedy, że ci uwierzyłam. Z gamblerami jest tak, jak pisała jedna w „Empire News” – przez trzydzieści lat go nawracała, zdrowie straciła, majątek straciła i nic nie pomogło. To już koniec. Zdecydowane. Moja propozycja jest taka: daję ci sto funtów na pierwsze kroki na własnym, a ty teraz, natychmiast zabierasz graty i jedziesz sobie dokąd chcesz.
– Justysiu, czy ty rozumiesz, na co się ważysz?
– Na usunięcie łobuza z życia mojego syna.
– Słuchaj… Mam drobne długi – około sto funtów...Jeśli mi je dasz, długi zwrócę. Pójdę znowu do pracy.
– Aha, a potem znowu do piesków, do kart, do dziwek. Nie, tak dobrze nie będzie. Dam sto funtów, ale podpiszesz, że zrzekasz się praw do dziecka i do mnie.
– Nie! Nigdy! Nie zrobisz ze mnie szmaty! – wołał patetycznie – Nie sprzedam swojego dziecka za sto funtów!
– Jak chcesz. Wiecej nie dam. A podam sprawę rozwodową o edaltry i kruelty - nie bój się, świadków mam… O, mam - to będziesz musiał płacić ty…
Przyjrzał się jej bacznie. Wyczytał kamienną nieustępliwość taką samą, jaka paliła się w jej oczach, gdy mówiła, że wianek ma tylko dla męża, bo tak przysięgła.
„Skąd w niej tyle tej siły i tej kamiennej pewności siebie? Religia pewnie daje jej to oparcie. Nic się z nią nie wskóra. Jedyna rzecz: to zrobić wielkie pieniądze, poprawić się, dać dowód czynem, a wtedy…”
– Dobrze – przekonałaś mnie. Dla dziecka trzeba to zrobić – żeby odejść…
– Czekiem czy w banknotach?
– Czekiem.. No trudno daj.
– Nie, tak od razu „daj”. Najpierw proszę napisać zobowiązanie, potem zawołać taksówkę i wynieść rzeczy.
– Nie pozwolisz mi pozostać do rana?
– Nie.
Zrobił jak kazała. Wychodząc chciał ją pocałować. Odwróciła się. Teraz go znienawidziła, co więcej: pogardzała nim naprawdę. Bo gdyby się nie zgodził, gdyby walczył, gdyby okazał prawdziwą skruchę, może by mu jeszcze wybaczyła.
Gdy przebrzmiały kroki na schodach, gdy za oknami parsknął motor taksówki, Justyna spadła z krzesła jakby pękła jakaś podpórka, która ją dotąd, jak martwą podtrzymywała. Płakała. Zakwiliło dziecko. Zerwała się, otarła łzy, wzięła dziecko na ręce i w pyszczek otwarty na kształt rybiego, wsunęła koniuszek piersi.
Ksawery siedział w pokoju hotelowym i z uwagą analizował numer czeku. Cyfry wydawały mu się niesłychanie ciekawe – same jedynki, dwójki i zera. Wyjął z kieszeni żółta kopertę z formularzami polowymi, którą machinalnie zabrał z domu. I jakby w natchnieniu zaczął wypełniać – kombinując, mnożąc, dodając, dzieląc odejmując…
W trzy dni potem wygrał 5785 funtów.
Następny dzień był dniem rocznicy ich ślubu. Postanowił złożyć jej w podarunku ten czek. Ale przed samymi drzwiami się zatrzymał. Olśniła go inna myśl: A gdyby pojechać do Monte Carlo i u stop jej złożyć nie głupie pięć, ale sto tysięcy?
Pojechał.
Wrócił do Londynu – na koszt kasyna. Zaopiekowała się nim miłosiernie pani Basia.

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji