nr. 44
VICTORIA, BC, maj 2013
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Piosenka Dobra
Na Wszystko
Teatr Polski
Vancouver
27-30 czerwca



ARTYKUŁY

Od Redakcji


Dariusz Czarkowski
Eskadra

historia

Power Romaniszyn
Dokta

polska lekarka
w Afryce

Ewa Korzeniowska -
Tkaniny Odlotowe

Andrzeja Jana i
Wróblewskiego

Władysław Widział -
Wyzysk

katastrofa
w Bangladeszu

J.C.Andersen -
Szaty Cesarza

Bajka

Helena Mniszkowna -
Trędowata

odc. 1

T. Sawa-Borysławski
Komiks

ognisko


Walter Mazur
3-maja

Dom Polski

Rozmaitości


Indeks autorów

Helena Mniszkówna


TRĘDOWATA
(wersja uaktualniona)


Dniało. Wstawał świt.
Jasna smuga na wschodzie rozszerzała się dalej i dalej. Najpierw silnie różowa bladła coraz bardziej przetykana złotem blasku słonecznego.
Powietrze rześkie po nocy błyszczące i wyczyszczone, nad łąkami wisiało mleczną mgłą, przeszywaną słonecznymi strzałami światła.
Ptaki podnosiły wrzask. Drzewa budziły się z nocnego odrętwienia szelestem majowych liści.
Pałac w Słodkowcach stał cichy błyszcząc wśród zieleni lip, za którymi się skrywał.
Gdzieś tam słychać było warkot aut, ludzie jechali już do pracy w mieście. W zabudowaniach gospodarczych pracownicy pałacu podnosili głowy ocierając z powiek resztki snów.
Mieszkańcy pałacu spali ciągle spokojnym snem. Po chwili jednak na parterze otworzyło się weneckie okno. Zasłony wydęły się porannym podmuchem muskającym włosy wyglądającej na świat Stefy.
Była w t-shorcie i spodniach od dresów z warkoczem nieco potarganym. Obudziły ją hałasy, do których nie przywykło jeszcze jej ucho.
Wiejski ranek zachwycił ją, powietrze rześkie wyrwało z nocnego odrętwienia. Zachwyciły ją krople rosy jaśniejące w trawie i na liściach, odurzył zapach kwiatów. Uśmiechnęła się do świata. Postanowiła nie wracać do łóżka, mimo wczesnej pory. Odeszła od okna. Sprawdziła swój iPhone, niestety bez zasięgu. Wyciągnęła spod łóżka sportową torbę. Wyjęła z niej buty do biegania. Ubrała się błyskawicznie. Włosy ściągnęła gumką w niesforny kok na czubku głowy. iPod przytwierdziła do pasa z kieszenią na butelkę z wodą i gotowa do biegu zajrzała do sąsiedniego pokoju. Zaciągnięte zasłony sprawiały, że panował tam półmrok, a leżąca w łóżku dziewczynka Lucia spała jak suseł. Nic wiec nie stało na przeszkodzie, by pobiec przed siebie. Wycofała się na palcach zamykając za sobą drzwi najciszej jak mogła. Na palcach przeszła przez kilka bogato urządzonych komnat do ogromnego hollu z wielkim kryształowym żyrandolem w kształcie łzy.
Niestety okazało się, że drzwi wyjściowe są jeszcze zamknięte, na dodatek zauważyła migające światełko nastawionego alarmu. Na szczęście w momencie, gdy postanowiła zawrócić do swojego pokoju i wyjść przez okno, w holu pojawił się kamerdyner. Szeroko otworzył zaspane oczy na jej widok, ale uprzejmie wyłączył alarm i otworzył zamknięte na klucz drzwi.
Po chwili wbiegła do parku. Biegła truchtem przez żwirowe alejki pomiędzy kwitnącymi właśnie narcyzami. Wciągała w płuca powietrze przesiąknięte zapachem liliowych bzów. Uśmiechała się sama do siebie na widok piękna dostarczającego czystych prostych wzruszeń.
Młodość i pierwsze poranne blaski słońca sprawiły, że każdym mięśniem czuła w sobie jakieś nieokreślone szczęście. Biegła pomiędzy kwitnącymi roślinami rozlewającymi się w barwne plamy; pachnące jak najdrozsze perfumy swiata. A może nie ma takich perfumów? Z parku wbiegła do sadu i stanęła zadziwiona na widok przystrojonych kwieciem drzew. Jabłonie w różowych chmurach, białe wiśnie jak szeregi panien młodych przestrojonych w białe suknie. Zapach, który uderzył ją siłą miodnej woni przyciągał stada pszczół uwijających się przy pracy. Nad nimi unosiły się motyle, które też chciały mieć udział w podziale kwietnego nektaru. Konkurencja – pomyślała Stefa przystając na chwilę. Przebiegła sad z lekkością motyla. Jeszcze nigdy nie biegła w tak pięknych plenerach bukolikowego krajobrazu. Z sadu wbiegła na ścieżkę wysadzaną szpalerem kwitnących krzewów na jej końcu mała bramka prowadziła do lasu. Otworzyła ją i biegnąc w mokrej trawie nagle znalazła się pośród wysokich drzew. Wyrosła w dużym mieście dziewczyna oszołomiona przyrodą, nie zauważyła wiewiórki, która niespodziewanie umknęła jej spod nóg. Przystanęła na chwilę. Widząc do okoła chmary ptaków baraszkujących na gałęziach zdjęła z uszu słuchawki, by przysłuchać się ich ćwierkaniu. Jej uwagę zwróciło monotonne stukanie, które wyraźnie dało się odróżnić w panującym wokół ptasim zgiełku. Świat leśny kipiał od rana życiem szczebiotów, nawoływań, świstów, frunięć, chrzęstu igieł, szelestu liści. Wszystko tu chrzęszczało, szumiało, huczało, brzmiało podwajane panującym w lesie echem. Zatrzymała się na chwilę, by napić się wody i wróciła do rzeczywistości, co natychmiast popsuło jej nastrój. Kształtnie wyskubane brwi zsunęły się na czole. Stefa opuszczając ramiona rzekła do siebie samej z naganą:
- Mam się, z czego cieszyć!
Pomyślała że jest już miesiąc, jak została guwernantką w Słodkowicach. Prawdziwym pałacu należcym do arystokratów.
Jak ten los dziwnie się układa! Nigdy nie przypuszczała, że będzie musiała przerwać studia i wyjechać z Warszawy. Ale stało się inaczej. Życie jej spłatało figla. Została guwernantką i choć wcale nie paliła się do takiej roboty, warunki są dobre, więc nie ma, co narzekać. Tym bardziej, że alternatywą było mieszkanie z rodzicami w Koźminie, na co zgodzić się w żadnym razie nie mogła. Lepsze to, niż siedzenie za kasą w supermarkecie z pieluchą zamiast majtek.
Była córką zamożnego biznesmena z głębi Polski. Miała dwoje młodszego rodzeństwa. Usiadła na mchu i oddała się rozmyślaniom. Rozpoczęła studia w Warszawie i po drugim roku poznała Edmunda Prądnickiego. Zakochała się w nim na zabój i wszystko przestało się liczyć: rodzice, studia. Facet całkowicie zawrócił jej w głowie. Był piękny, dojrzały, nie taki durnowaty jak chłopcy z uczelni. Wychowana w małym miasteczku Stefa była naiwna i ślepa nie rozumiejąc, że on się nią bawi tak jak to robił z wieloma dziewczynami przed nią, Może liczył trochę na majątek przyszłego teścia. Zwłaszcza, gdy zamieszkali ze sobą, rodzice zaczęli protestować. Ojciec przestał jej przysyłać pieniądze, bo ona zamiast chodzić na zajęcia całe dnie spędzała z Edmundem, przeważnie w łóżku. Wieczorem chodzili do kasyna. Edmund uwielbiał grę w ruletkę. Szczęście trwało tak długo jak była kasa. Gdy pieniądze się skończyły Edmund kazał jej zadzwonić do ojca z prośbą, by zasilił gotówką ich miłość. Ojciec Stefy stanowczo się temu sprzeciwił. Stefa mieszka z dużo starszym od siebie człowiekiem, przestała chodzić na zajęcia. Nie widział powodu, dla którego utrzymywać miał kochanka córki. Nie pomogły żadne prośby i przekonywania. Po raz pierwszy ojciec był nieugięty.
- Nie będę utrzymywał playboya, tylko, dlatego, ze moja córka świata poza nim nie widzi.

Ciąg dalszy nastąpi.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji