nr. 45
VICTORIA, BC, lipiec 2013
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Konsulat RP
w Vancouver
przenosi się



ARTYKUŁY

Irena Lompart
Żegnaj Szkoło

fotoreportaż

Power Romaniszyn
Polonica

w Afryce

Ewa Korzeniowska -
Wrocławska Moderna

Architektura

Bożena Ulewicz
W krainie El Greco

reportaż

Ostrygi
przepis

Helena Mniszkowna -
Trędowata

odc. 2


Walter Mazur
Sprawozdanie

Dom Polski

Rozmaitości


Indeks autorów

Helena Mniszkówna


TRĘDOWATA
(wersja uaktualniona cz.2)


W piękne barwy wybrańca córki nie wierzył, tym bardziej, że wiedział coś o ojcu narzeczonego – był on człowiekiem ze starych układów, co nie przynosiło mu chwały. Łudził się, że cała ta miłość Stefci przejdzie, gdy przejrzy na oczy. Miała przecież, mimo swej naiwności i idealizmu, zdrowy instynkt. Więc z niepokojem wyczekiwał zakończenia sielanki. Przeczucia go nie zawiodły.
Wkrótce dotarły do niego wieści, że ktoś, najprawdopodobniej Edward albo jego ojciec, zaczął węszyć wokół jego firmy i ewentualnych pieniędzy, jakie mogła by otrzymać Stefcia od ojca po ślubie. Gdy okazało się jednak, że ojciec jej nic nie da, poza tym, co już dostała, uczucia narzeczonego ochłodły. Edward był w nieustających kłopotach finansowych. Stefcia, a właściwie pieniądze jej ojca wydawały mu się świetnym rozwiązaniem problemów pieniężnych, ale jak się okazało, że tatuś jej nic nie da, to pełen czułości kochanek zmienił się w zimnego drania. Raz nawet, by spłacić długi zaciągnięte w kasynie, zabawił się w sutenera próbując odstąpić Stefcię za pieniądze swemu koledze. Mimo tego nadal brnął w tę miłość. W końcu doszło do próby oświadczyn, podczas których bez żenady zapytał o wysokość posagu, jaką teść miałby wypłacać młodej parze. To pytanie zniweczyło wszystko. Pan Rudecki nie przyjął oświadczyn. Zadowolony był ze swej nieomylności. Stefcia – mimo zmian, jakie zaszły w Edwardzie, nadal była w nim naiwnie zakochana, i mimo wszystko wierzyła w szlachetność jego uczuć. Było tak aż do momentu, gdy okazało się, że jej ukochany jest nie tylko draniem, ale też niewiernym wyrachowanym egoistą próżnie wpatrzonym w siebie. Jego brutalna natura dążąca jedynie do własnego wygodnego życia zdumiała Stefcię i walnęła bólem miedzy oczy, gdy zobaczyła ukochanego w telewizji, w objęciach młodej popularnej w salonach Warszawki celebrytki, Pięknej Rity. Poczuła wtedy, że traci grunt pod nogami. Ukochany wydał jej się krwiożerczą rośliną, która wabiąc pięknem łapie w swoje szpony owady i pożera je w miłosnej pieszczocie. Czuła się na obrzeżu tego kielicha. Już, już miało ją to zgubić, ale ojciec ją ocalił wywożąc z Warszawy. Skończyły się dla niej imprezy w nocnych klubach, picie, narkotyki, szybkie samochody, szybkie życie, w które wpadało się spiralnie, no i skończyło się marzenie o życiu, z pięknym jak młody bóg, Edwardem.
Myśląc o tym wszystkim zatrzymała się. Po chwili pochłonięta myślami siedziała na pieńku z dłońmi pod kolanami.
To prawdziwy zawód miłosny jak z taniego romansu. Ale czuła ból w sercu, w ustach gorycz zawodu. Przestała ufać ludziom, straciła wiarę w ich dobre intencje. Wydawało jej się, że przeżywa życiową tragedię. Nic równie strasznego nie mogło jej już spotkać. Czuła, że nie chce jej się bez niego żyć. Połknęła środki nasenne. Ledwo ją odratowali. Ojciec załatwił jej zwolnienie z psychiatrycznego szpitala, dokąd zwykle trafiają niedoszli samobójcy. Warunkiem była zmiana otoczenia i rozpoczęcie pracy. Palił ją wstyd i żal. Tworzyła w myślach barwne obrazy. Chciała uciec jak najdalej. Śniła o dalekich miejscach. Schowała się w świat fantazji, jakby całkiem nieobecna poruszała się w sferze własnych wyobrażeń. Z letargu wyrwał ją ojciec. Dzięki swoim koneksjom trafił do kilku rodzin z tak zwanego „towarzystwa”, które poszukiwały guwernantek, bo uznał, że taka staromodna metoda terapeutyczna przyniesie najlepsze efekty w przywróceniu Stefci życiowej równowagi. W kilku domach Stefcia okazała się za ładna i panie domu czuły się zagrożone jej urodą. W końcu trafili do baronowej Elzonowskiej, malarki, która ujęta delikatną urodą Stefci, tak trochę staroświecką jak jej imię, postanowiła ją zatrudnić jako towarzyszkę dla swej córki. Pani baronowa, która swego tytułu używała raczej żartobliwie, obawiała się jednak, że Stefcia będzie się w jej domu nudzić. W pałacu mieszka tylko ona z córeczką, jej podstarzały ojciec i emeryt rezydent, dawny nauczyciel jej brata. Stefci to jednak bardzo odpowiadało. Po warszawskich szaleństwach potrzebowała spokoju. Trochę przerażał ją ten pałac na odludziu prawie, ale było też coś pociągającego w myśli, że oto przenosi się na jakiś czas w inny świat, o istnieniu, którego miała niewielkie pojęcie. Nie przypuszczała, że gdzieś w Polsce mieszkają tacy ludzie z poprzednich epok. Może nie całkiem staromodni.
Pana Rudeckiego niepokoiło trochę arystokratyczne pochodzenie baronowej. Arystokracji nie chciał dla córki, wiedząc, że guwernantki rozmaicie w ich domach bywają traktowane. Trochę się bał, by w tym wielkopańskim pałacu ktoś Stefci nie skrzywdził, nie obraził.
Ale też wiedział, że ta prawdziwa rodowa arystokracja i jej potomkowie, to ludzie nadzwyczajnie uprzejmi i grzeczni dla wszystkich. Tym się różnią od nowobogackich parweniuszy. Nazwisko baronowej uspokajało pana Rudeckiego. Co prawda jest artystką, ale widać w niej duszę, no i bardzo jest sympatyczna.
Swą podopieczną poznała Stefcia jeszcze tego samego dnia, gdy przyjęto ją do pracy. Lucia była 16 letnią dziewczynką drobną i wydelikaconą. Miała jasne długie włosy i niebieskie oczy, zupełnie niepodobna do matki. Jakoś zgodziły się te dwie dziewczyny i szybko zaprzyjaźniły.
Stefcia przerwała swe rozmyślania. Wstała z pieńka i pobiegła w głąb lasu.
- Czy ja tu wytrwam do końca? Oj wątpię. – Szepnęła do siebie. Miłość do Edwarda Prątnickiego błyskotliwa i wątła jak motyl żyjąca krótko, zgasła. Niepokoiło ją teraz coś innego. Wszyscy byli tu dla niej bardzo dobrzy, szczególnie stary dziadek Luci, pan Maciej Michorowski, typ przedwojennego magnata, ale miły typ. Okazywał jej wiele serca nazywając Stenią. Mówił, że takie spieszczenie jej imienia przypomina mu dobre przedwojenne czasy młodości. Stefcia nie wiedziała, jaki to rodzaj wspomnień, ale czuła dla starca wdzięczność za sympatię i ojcowską dobroć. Nie lubiła jego wnuka, właściciela Słodkowic, młodego Waldemara Michorowskiego. Mieszkał on o 5 kilometrów od Słodkowic, w Grębowiczach i w Słodkowicach bywał często. Nie ominął nigdy sposobności, aby się z nią nie drażnić zuchwale. Ile razy on przyjeżdżał, Stefcia wpadała w najgorszy czarny humor, złośliwe jego zaczepki zbywając milczeniem lub gniewem.
- Ten mnie zmusi do opuszczenia Slodkowic – myślała z żalem.
Stefcia słysząc o nim same pochwały, zdziwiła się. - Więc tylko dla mnie jest taki nieprzyjemny?... Przypomina Prątnickiego, ale po zdemaskowaniu.
Ten się nie krępuje, nie udaje idealnego, brutalność swej natury odkrywa jawnie. A co lepsze: czy świat złudzeń, czy świat marzeń, czy świat rzeczywistości? To wszystko jak kwiat o cudownej barwie i czarownej woni.
Barwa – to marzenie
Woń – to złudzenie.
Rzeczywistość – to prosta łodyga i szara ziemia, z jakiej wyrasta.
Młody Michorowski jest właśnie łodygą bez upiększeń.
Stefcia biegła w lesie, unosząc się własnymi myślami.

Ciąg dalszy nastąpi.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji