NavBar
nr. 5
VICTORIA, BC
Czerwiec-Wrzesień 2008
ARTYKUŁY

A. Galon - Umarł król
A więc już się zakończyło... Ostatni – pożegnalny występ..


E. Caputa - Pielgrzymka
W kwietniu minęła trzecia rocznica śmierci Polskiego Papieża...


E. Kamiński - Na pogodzie zna się każdy
Czy rzeczywiście globalne ocieplenie?...


E. Caputa - Globalne ocieplenie
Na Ziemi robi się coraz cieplej....


E. Kamiński - Grunt to serce
Od zarania ludzkości człowiek starał się upiększać


E. Caputa - Cięzarowka z dromaderem
Rozmowa z Ewą Demarczyk...


ROZMAITOŚCI
Fraszki, wierszyki, komiks...


Fotoreportaż
P jak pierogi


Wywiad z Jarką Piecuch
prezesem Stowarzyszenia Polaków w Victorii


INFORMACJE LOKALNE


Ewa Korzeniowska

Ciężarówka z żółtym dromaderem

Powoli widownia Teatru Morskiego w Gdyni zapełnia się publicznością. Pośród elegancko ubranych ludzi w średnim wieku i starszych widać trochę studentów, jest garstka nastolatków. Gwar rozmów wzbija się w gore wraz z bukietem światowej sławy zapachów. W loży obok mnie jakiś obcokrajowiec opowiada po angielsku swojej towarzyszce, ze w Warszawie najbardziej podobał mu się ‘Toilet Park’. Instrumenty milczą stojąc samotnie na czarnej scenie. Nagle zapada ciemność i cisza, po chwili na scenę spada jasny krąg światła. W jego środku, w błyszczącym chałacie, z rękoma wyciągniętymi wzdłuż ciała, prosta jak struna, stoi Ewa Demarczyk.

Ni brzydka, ni ładna, tajemnicza, ubrana w czerń pieśniarka, która w latach 60. wzbudzała zachwyt śpiewając wiersze znanych i mniej znanych poetów. To dzięki niej poezja Rilkego, Baczyńskiego, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Micińskiego, Lesmiana, Tuwima i wielu innych trafiała do polskich domów. Z pieśniarki występującej w krakowskiej ‘Piwnicy Pod Baranami’, artystka szybko stała się pierwsza dama piosenki poetyckiej w Polsce, nagradzana na krajowych i międzynarodowych festiwalach. Jej sztuka wywarła duży wpływ na ludzi mego pokolenia, kochających śpiewaną poezje Okudżawy, Dylana, Cohena.

Sylwetka tylko bardziej ciężka, ale ta sama fryzura, ten sam makijaż z silnie podkreślonymi oczami. Stoi nieruchomo. Zaczyna śpiewać Pieśń Osjana i wtedy okazuje się, ze śpiew tez jest ten sam. Publiczność zamiera, jakby zahipnotyzowana jej niezwykłym, ciągle pełnym ekspresyjnej dynamiki głosem, który, choć nie zawsze wystarcza go w najwyższych partiach, chwilami wybucha jak gejzer paraliżując siła i ekspresja. Prawie nie zmieniona jest interpretacja wykonywanych utworów, tylko jakby dojrzalsza, przepełniona jeszcze prawdziwszym bólem niespełnienia. Znany repertuar, do którego doszły dwie lub trzy mniej znane rzeczy. Publiczność najgłośniej oklaskuje pamiętne: Tomaszów, Pocałunki, Grandę Valse Brilante czy tekst Galla Anonima O narodzinach Bolesława Chrobrego. Te mniej znane, jak Piosenka o nocnym Krakowie czy Nie mogę się rozstać z mamą jakoś mniej przemawiają do słuchaczy, którzy identyfikują się z bohaterami wykonywanych przez Ewę Demarczyk piosenek, nieszczęśliwych z miłości, niespełnienia, samotności, tęsknoty i śmierci. Taki jest właśnie ton koncertu, który kończy się dwoma utworami o tematyce wojennej.

Z żalem patrzę na gasnące światła i zastanawiam się, jak dostać się do garderoby pani Demarczyk. Podobno obrażona na media artystka nie udziela wywiadów, ale łudzę się, ze uda mi się zamienić z nią parę słów. Gdy widownia pustoszeje, wbiegam za kulisy. W końcu długiego korytarza widzę grupkę ludzi. Wśród nich parę osób trzymających mikrofony ze znakami stacji radiowych, gotowych do akcji; zza uchylonych drzwi dochodzi męski glos: Pani Demarczyk nie udziela wywiadów!

Niepostrzeżenie dopycham się do drzwi, zaglądam do środka. Jakaś dziewczyna ubrana w żółtą kurtkę Radia Plus próbuje nakłonić panią Demarczyk do powiedzenia ‘paru słow. do fanów’.
- Jakich fanów!? - Denerwuje się artystka. - Proszę pani, jest pani bardzo młoda, ale powinna pani wiedzieć, ze ja nie śpiewam dla fanów, tylko dla publiczności. I dziś wszystko, co miałam do powiedzenia swej publiczności, powiedziałam podczas koncertu.

- Pani Demarczyk nie udziela wywiadów - powtarza młody człowiek słusznego wzrostu, z długimi jasnymi włosami związanymi nad karkiem w ogon.

- Jeśli nie udziela wywiadów, to może zechciałaby porozmawiać bez mikrofonu? - zaskoczona słyszę swój własny glos.

- Porozmawiać mogę - zgadza się niespodziewanie gwiazda. - Pani wejdzie - wskazuje mi krzesło.

Garderoba to zwykły pokój z lustrem i meblami jak w stołówce. Przebrana już po koncercie artystka, w grubych spodniach i kurtce narciarskiej, opatulona wełnianym szalem, trzęsąc się z zimna rozdaje autografy i dziękuje za cieple słowa. Po wyjściu ostatniego wielbiciela wchodzą jeszcze dwaj panowie z ogromnym koszem róż.

- Pani Ewo, to od sponsorów koncertu, bardzo pani dziękujemy. Obaj młodzi ludzie kłaniają się w pas całując rękę artystki.

- A ja panom nie mam, za co dziękować - mówi pani Demarczyk - i panowie dobrze wiedzą dlaczego. Żegnam panów.

Na moment zrobiło się tak cicho, ze słychać tylko mruczenie elektrycznego czajnika. Panowie sponsorzy wychodzą, a pan Paweł, kierownik grupy Ewy Demarczyk, który z bliska wcale już nie wydaje się być młodzieniaszkiem, z foliowej reklamówki, z której uprzednio wyciągnął czajnik, wyciąga słoik neski i szklane filiżanki. Przy okazji na podłogę rozwija się rolka papieru toaletowego. Po chwili pijemy gorącą kawę, palimy papierosy i gawędzimy nie zwracając uwagi na szpetne wnętrze.

- Widzi pani, jak dziś podróżuję? - Patrzy świdrując mnie na wylot brązowymi oczami. - Niech pani napisze, że Ewa Demarczyk podróżuje po Polsce ciężarówka, a ściślej mówiąc TIR-em, w którym przechowuje cały swój estradowy sprzęt.

Zaprasza, bym została do jej wyjazdu i zobaczyła to na własne oczy. Odpala papierosa od papierosa - nic dziwnego, że chwilami głosu jej nie starcza. Czas nie jest dla niej zbyt łaskawy. Dobrze o tym wie i nie pozwala się fotografować. Ale to jeszcze ciągle ta sama twarz o wyrazie głębokiej melancholii, którą pamiętam z okładek płyt, choć z odrobina agresji, której kiedyś chyba nie było w jej oczach.

- Proszę pani, oni zabrali mi teatr! - wybucha. Trzęsę się, sama nie wiem czy z emocji, czy z chłodu, przysłuchując się gwałtownej opowieści o utracie teatru.

- W tej piosence o Krakowie miałam ochotę zamiast ‘kochany Kraków’, zaśpiewać ‘okropny Kraków’. Nienawidzę tego miasta rządzonego przez kler i...

W tym miejscu zaczyna się historia Teatru Ewy Demarczyk, który jakoś nie ma szczęścia do lokali. Początkowo miął siedzibę w Krakowie przy ulicy Floriańskiej. Jednak księża, którzy odziedziczyli cala kamienice po jakiejś swojej parafiance, po wygaśnięciu umowy wynajęli lokal nowemu najemcy, którym okazał się... McDonald's.

W ramach rekompensaty pani Ewa dostała od miasta Krakowa budynek na Kazimierzu, w stanie nadającym się do rozbiórki. Gdy go wyremontowała, znalazł się właściciel byłej rudery. Odmawiała płacenia mu czynszu, gdyż remont budynku został przeprowadzony na koszt miasta, a nie właściciela. Wiosna 1999 roku prasę polska obiegła wiadomość, ze Teatr Ewy Demarczyk został wyeksmitowany z zajmowanej siedziby. Nigdzie jednak nie było wzmianki o tym, jak wyglądała eksmisja. Otóż któregoś poranka pani Demarczyk znalazła swój teatr na bruku, czyli sprzęt elektroniczny wartości kilkudziesięciu tysięcy dolarów po prostu zwalony na chodnik. Coś trzeba było z tym zrobić, wiec wynajęła wielką ciężarówkę z wielbłądem na plandece i do niej załadowała sprzęt. Odtąd ciężarówka służąca jako magazyn jest także jej środkiem lokomocji i domem z daleka od domu.

Słychać pukanie, do pokoju wsuwa się nieśmiało dziewczyna. Spod nastroszonej grzywki widać pełna niepewności twarz.

- Patrycja ! - wykrzykuje Ewa Demarczyk. Uściski. Radość powitania. Krótkie zdania o czasie minionym. Co się okazuje? Partycja to wielbicielka pieśniarki, która w czasach, gdy była nastolatka, nie tylko starała się wyglądać jak Demarczyk, to jeszcze jeździła z Wybrzeża na każdy koncert. Dziś ma dwadzieścia dwa lata i robi magisterium z biologii; prowadzi doświadczenia na myszach, do czego przyznaje się ze skrucha. Nie ma wiec niestety czasu, by jeździć na każdy koncert, no i pani Ewa nieczęsto obecnie występuje. Po chwili nasza rozmowa toczy się dalej, to znaczy głownie mówi pani Ewa. W swoim monologu dzieli się z nami opiniami na temat nowej Polski, która jest rozczarowana, tak jak wielu do niej podobnych ludzi.

Nie lubi tego, co się dzieje z językiem polskim, który ulega zubożeniu tak samo jak polska kultura zdana na łaskę i niełaskę niewybrednych sponsorów.

- Czy pani zwróciła uwagę, jak się dziś w Polsce mówi? Dawniej wszyscy się nabijali z tego, jak mówi Wałęsa. Sama liczyłam kiedyś, ile razy mówił ‘przyszlem’. Ale czy pani słyszy, jak mówią dzisiejsi politycy? I to już wcale nie zakrawa na dowcip. Marketing, ranking, consulting, lising? Wie pani, nie zniszczyli polskiego języka i kultury ani zaborcy, ani okupanci, a teraz w wolnej Polsce sami siebie zaprzepaszczamy, hołdując obcej mowie i wartościom. Jak zniszczymy to, co nasze, przestaniemy być narodem - w jej glosie słychać głęboką powagę - a staniemy się nacja. Tymczasem dzieje się tak, ze Polacy nie chcą tego, co polskie, nie chcą promować rodzimych artystów, ani ich twórczości. Dlaczego? Bo SA mało dochodowi. Ale czy ktoś kiedyś słyszał, aby prawdziwa sztuka była dochodowa!? Wie pani, było to na festiwalu piosenki aktorskiej we Wrocławiu. Zagadnął mnie Wojciech Młynarski, domagając się podziwu za to, ze wystawił w Warszawie jakiś angielski musical. Podobno lepiej niz. Anglicy. A ja się pytam, co tu podziwiać? A dlaczego nie wystawił jakiegoś polskiego musicalu? To byłby dopiero powód do pochwal, gdyby zrobił to lepiej od Anglików!

Ewa Demarczyk mówi dalej o swojej niechęci do nowego systemu, mało sprzyjającemu twórcom. Tak jak pani wielu artystów wzbraniających się przed pop-kultura żyje obecnie znacznie skromniej niz. kiedyś.

Tu przypomina mi się historia, która usłyszałam niedawno od mojego Wujka Piotrusia mieszkającego w Warszawie w pobliżu Opery Kameralnej. Widuje on ze swego okna, jak wieczorami pod rzęsiście oświetlony teatr kosztowne auta i limuzyny przywożą wytworna publiczność na koncert grany przez muzyków wystrojonych w czarne fraki. Po dwóch godzinach ekskluzywna publiczność wraca w swój ekskluzywny świat, a muzycy w dżinsach i paltocikach podszytych wiatrem biegną na najbliższy przystanek, by złapać ostatni tramwaj do swojego M3.

Ludzie nie uznający kompromisów, tacy jak Ewa Demarczyk czy wspomniani muzycy, rozczarowani są nowymi polskimi realiami i dlatego zamiast rzucić się w wir robienia pieniędzy, odizolowują się od świata i klepią biedę. Właśnie takie życie obecnie wiedzie pieśniarka.

- Wie pani, nie nadaje się do mieszkania w Krakowie, nie nadaje się do mieszkania w Polsce. Parę lat temu byłam w Ameryce, miałam tam podpisać kilka kontraktów na koncerty, ale było to zbyt trudne, gdyż Stany Zjednoczone nie SA dla mnie. Tam nie wytrzymałabym nawet paru miesięcy. Zdecydowałam się wiec wrócić do kraju, ale już będąc na pokładzie samolotu wiedziałam, ze popełniłam błąd. Uświadomiłam to sobie czytając polskie gazety, z którymi przez parę tygodni nie miałam styczności. Tak wiec należę do ludzi, którzy nie potrafią już żyć ani tu, ani tam. Może powinnam była zamieszkać w Japonii?

- Gdyby mieszkała pani za granica, to nie mogłaby pani śpiewać po polsku polskiej poezji...

- Ależ proszę pani! Przecież miłość, ból, śmierć odczuwa się tak samo w każdym języku. Właśnie uświadomiłam to sobie w Tokio, gdy po koncercie cala publiczność kląskała przez piętnaście minut i na koniec wstała, co jest podobno zupełnie niespotykanym w Japonii zjawiskiem. Śpiewałam po polsku, w większości, a jednak cos z tego do nich dotarło, cos, co ma znaczenie bardziej uniwersalne niż język, bo przecież wszyscy jesteśmy zdolni do tych samych emocji. No tak, ale nie zostałam w Japonii. Zamiast osiąść w Los Angeles albo Tokio, przeniosłam się do Wieliczki - śmieje się, zapalając kolejnego papierosa.

W Wieliczce mieszka sama w domu otoczonym ogrodem. Nie przyjmuje nie zapowiedzianych gości. Nie reaguje na pukanie do drzwi. Bywają tu tylko nieliczni, najbliżsi przyjaciele. Dużo czasu pochłania jej codzienna praca, zaś latem - jeśli nie ćwiczy - spędza czas w ogrodzie.

- Rośliny SĄ bardziej oddane niż ludzie - mówi z cieniem goryczy. - Gdy jakąś roślina słabo rośnie, to do niej przemawiam łagodnie, ale zapowiadam, ze jak się nie poprawi to ja wyrzucę z mojego ogrodu. Gdy dalej nic się nie zmienia, wykopuje uparciucha z ziemi i na jego miejsce wsadzam lepszy, grzeczniejszy kwiatek.

Ciekawe, czy z ludźmi Ewa Demarczyk postępuje podobnie? - Pomyślałam. Może, dlatego żyje samotnie, z dala od wielkomiejskich spraw, oddana ogrodowi, literaturze i pracy? Gdy dokucza jej chandra, sięga po kryminały. Ma ich pełną półkę. Czyta po kolei od pierwszego do ostatniego, aby kiedyś w przyszłości znowu powtórzyć tę rundę.

Można by tak jeszcze siedzieć i słuchać, gdyby nie pan Paweł, który przerywa rozmowę oznajmiając, że wszystko jest już spakowane i pora ruszyć w powrotna drogę. Artystka włożyła na siebie jeszcze kilka warstw cieplej odzieży i wspólnie opuściliśmy budynek Teatru Morskiego w Gdyni. Na parkingu Ewa Demarczyk wsiada do szoferki wielkiego TIR-a z żółtym dromaderem na plandece. Dla niej czasy limuzyn i splendoru należą do przeszłości.

Kontakt