nr. 52
VICTORIA, BC,
KWIECIEŃ 2014
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Wielkanocne
Jajeczko
Dom Polski
27 kwietnia

Opiekun
Polskiego Domu
Poszukiwany


ARTYKUŁY

Od Redakcji

ks. P. Szczur -
O prawie

do miłości

ks. M. Szwej -
Zmartwychwstał
Pan

Wielkanoc

Szymon Włodarski-
Fenomen

emigracji

Józef Han -
Dulębianka
DZIENNIK
ciąg dalszy (3)

Lidia Mongard -
Wczsne zioła

koper
i szczypiorek

M. Sławiński
Stół wielkanocny

Radziwiłła

E. Caputa -
Świąteczne
wypieki
fotoreportaż

E. Caputa
Do zobaczenia!
z Januszem
Pawlakiem

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 6

Rozmaitości


Indeks autorów

Józef Hen

DZIENNIKA ciąg dalszy (3)

X

Pani Justyna Kawalec przesłała mi kopie recenzyjek z „Boya” i „Pingpongisty”. Dużo w nich śmiecia. Jak się okazuje, książka nie łatwa do zrozumienia, nawet, kiedy spojrzenie jest przychylne. Młodym recenzentom brak doświadczenia życiowego i wiedzy. Któryś pisze o Mike’u, że wrócił z Ameryki ocalony Żyd, czyli nie doczytał albo nie zrozumiał, bo przecież to on, Aryjczyk, usiłował uratować swojego partnera Żyda. Recenzentka z „Lampy”, podziwiając zresztą opis „minety” (jej wyrażenie), którą robi Mike’owi prostytutka („nikt by tak opisać nie potrafił!”), jednocześnie o romansie „starców” (za takich uważa osoby w średnim wieku), doktora Wiernika i nauczycielki Maryjki, wykrzykuje: „zgroza!” Przykre i nieprawdziwe jest to, co twierdzi, że pisząc „Pingpongistę”, wyzwalałem się od „przeżytej traumy”, jaką było noszenie munduru oficera do końca stalinizmu. Nigdy by mi to nie przyszło na myśl. Żadnej „traumy” nie było, bo nigdy niczemu nie służyłem. Robiłem swoje: pisałem. Mundur, (który zresztą rzadko zakładałem) to była tylko posada. Do pewnego momentu praca w tygodniku ilustrowanym, wydawanym przez wojsko, była najprostszym sposobem utrzymania się. Nie mieliśmy mieszkania, stosunków, przyjaciół, mebli. Kiedy zdecydowałem się na to, by wreszcie wojsko opuścić, nie bardzo chcieli na to pozwolić, bo uważali - może nie całkiem bezpodstawnie - że jestem utalentowany. Zmienił się redaktor tygodnika, przyszedł z listem od Rokossowskiego pułkownik N. (ten sam, który w Sumach, jeszcze jako porucznik, nie chciał mnie przyjąć do redakcji gazety, patrz: Najpiękniejsze lata ) – i natychmiast wyrzucił.
„Nie tłumacz się!” - pouczał mnie kiedyś Irek Iredyński. Ten wiedział, jak ustawiać oponenta. Ale ja wiem, że tłumaczenie się kusi, że język obraca się, jakby był samodzielny. Myślisz: „nie mów, to niemądre”, a ty mówisz, brniesz dalej - sobie na szkodę. I tak można palnąć głupstwo, wiedząc, że to głupstwo. Bo język tego chciał. „S ł o w o t o w y d z i e l i n a” - do takiego poglądu doszedł Boy-lekarz. I tu pytanie pod adresem głuchoniemych. Ich język – obserwuję to na placu Trzech Krzyży – to komunikacja czasem wesoła, ale czy można w języku migowym palnąć głupstwo? Czy słowa na migi to też „wydzielina”? Zapewne, wygłupić się można w każdy sposób, ale w języku migowym chyba trudniej.

X

W Klubie Księgarza, i to o siódmej wieczór, na spotkaniu promocyjnym Ludwika Stommy. Wprowadza KTT. Czyta Krystyna Czubówna. „Poziom” zapewniony. Z siedzącymi za mną paniami wspominamy tygodnik „Świat”, pani Dzitka w nim pracowała w pracowni graficznej, do której reporterzy się wymykali, żeby popatrzeć na piękne kobiety. Kiedy to było? Liczymy. 55 lat temu! Ona wspomina ostatniego sekretarza redakcji, Stanisława Ostrowskiego. Wymówiono mu pracę w „Żołnierzu Polskim” – no, co pan chce? Z dowództwa AK i hrabia! „Świat” go przytulił, chyba dzięki Koźniewskiemu, który był z nim zaprzyjaźniony. Nie wiedziałem, że Staszek był hrabią. Zresztą, chyba on sam nie zanadto się tym przejmował. Był czarnowłosy, śniady, z kresowym orlim nosem – jak Grzymała – Siedlecki – ten nos narażał go na zainteresowanie szmalcowników, opowiadał mi, pamiętam, jak go taki zaczepił, chciał mu zajrzeć w bramie do spodni, Staszek nie wdawał się w dyskusję, zapłacił, „miałem przy sobie pełno broni, rozumiesz, bezpieczniej było nie poddać się oględzinom”. Jak na akowca – i hrabiego na dodatek – Staszek szybko przekonał się do nowego ustroju, w pewnym okresie całkiem szczerze, wydał cienki tomik wierszy poświęconych budownictwu socjalistycznemu, niestety marnych, Matuch omawiając kilka takich zbiorków wykpił jakąś szczególnie niezręczną metaforę, Staszek słuchał tego czerwony na twarzy. Zdaje się, że poemaciki dla dzieci pisywał całkiem zgrabne, miały sporo wdzięku. Kiedy został w tygodniku sekretarzem (przedtem pracował jako grafik, łamał numer), domagał się czasem ode mnie jakiejś prozy, „jest świąteczny numer, daj nam coś”, toteż w „Świecie” poszedł „Bokser i śmierć”, poszły „Autobusy jak żółwie” i wreszcie cały „Kwiecień”, w odcinkach, z rysunkami pięknookiej Basi Baranowskiej, żony (wtedy) Adolfa Rudnickiego. (Nigdy nie przestała go wielbić, także po rozstaniu, mawiała do mnie: „Prawda, że Adolf jest genialny?”). Staszek, bezdzietny, trzymał w szufladzie biurka zabawne zdjęcie mojego synka i czasem na nie popatrywał.

X

Konstancin. O północy - telefon. Co się stało? Coś u Madzi? Dzwoni Różewicz. „Chciałem sprawdzić, czy naprawdę nie śpisz w nocy. Ale masz taki rześki głos. Co robiłeś?” „Czytałem”.
W kilka dni później u niego na wódce pożegnalnej, całą godzinę - nazajutrz wyjeżdża. Wyznaję mu, że właśnie napisałem na maszynie tekst o Herlingu-Grudzińskim, „dość jadowity”. Różewicz zastrzega się, to rozumiem, żeby jego opinii nie publikować. To, co się mówi w cztery oczy, przy kieliszku czy zupie, nie musi być „uwiecznione”. Już Taine złościł się z tego powodu na Edmunda Goncourta: chcę odpowiadać za to, co piszę, a nie za to, co nagadam przy pieczystem.
Różewiczowi najwidoczniej było tych rozmów mało, bo zadzwonił jeszcze po kolacji, a później o dziesiątej wieczór. – Nie śpisz? Ja słucham Szopena – dobrze mi się myśli. – Przy rocku, mówię, pewnie byś nie myślał.
Za kilka dni Tadeusz kończy 87 lat, za miesiąc ja 85. I tak sobie starczo narzekamy na gwałtowne odchodzenie tradycji kulturalnej, wiedzy o ważnych zjawiskach. W quizie „Jeden z dziesięciu” Sznuk pyta finałową trójkę (a więc najlepszych!), z jakiego kraju był piosenkarz Maurice Chevalier? Milczenie. A przecież sam dźwięk nazwiska powinien był podpowiedzieć. Wystarczy mieć ucho – jeśli nie ma się wiedzy…

X

Wieczorami czytuję raz jeszcze – jakby powtórnie je odkrywając – szkice Boya z literatury francuskiej: „Mózg i płeć”. Boy wierzył, że istnieją w i e l c y pisarze, rasa pisarska, z wpisanym w mózg geniuszem (przy Balzaku, Stendhalu często używa tego słowa).
Tylko że siebie do nich nie zaliczał. Dla siebie pisarz nie jest „wielki” ( jeśli jest, to znaczy że coś jest nie w porządku z jego psychiką) – dla siebie pisarz jest zwykłym, ułomnym człowiekiem, ze znanymi słabościami, czasem znanymi tylko jemu. >

 CDN


Książki Józefa Hena
dostępne w bibliotece Domu Polskiego w Victorii:

Nowolipie, (wpomnienia).
Błazen wielki mąż, (biografia).
Kwiecień, (powieść).
Ja Michał z Montaigne, (biografia).
Mój przyjaciel król, (biografia).
Milczące między nami, (powieść).
Bruliony profesora T. , (powieść).
Pingpongista, (powieść).
Dziennik na nowy wiek.
Nie boję się bezsennych nocy.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji