nr. 54
VICTORIA, BC,
SIERPIEŃ 2014
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Piknik
na Beaver Lake
24 sierpnia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

W 70 rocznicę
powstania

warszawskiego

Ewa Korzeniowska-
Dziewczyna z
Generacji Z


Bożena Ulewicz-
Na Roztoczu

Szczebrzeszyn

Józef Han-
Dziennik

ciąg dalszy (5)

Lidia Mongard -
Ogórecznik

lekarski

Profesor Kabata
zmarł

Wielka Wojna
w muzeum
RBCM

I Wojna.
Światowa

w pocztówkach

Najazd Wikingów
w muzeum
RBCM

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 9

Rozmaitości


Indeks autorów

Hanna Jazłowiecka

W 70-tą rocznicę powstania


W 70-tą rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego prezentujemy państwu fragment książki pt. Z nad dwóch oceanów”, pisanej w formie dialogu, autorstwa Leokadii Rowińskiej i Hanny Jazłowickiej, opisujący słowami autorek pierwsze dni powstańczego zrywu.
Obie autorki urodziły się w 1923 roku w Warszawie, były uczennicami tego samego gimnazjum, a w czasie okupacji przechodziły razem szkolenie w sanitariacie i łączności. Podczas powstania pełniły służbę łączniczek i telefonistek w tej samej składnicy meldunkowej, a potem zajmowały sąsiednie prycze w trzech obozach jenieckich, z których ostatni, Oberlangen, został odbity 12 kwietnia 1945 roku – ku ogólnemu zaskoczeniu – przez oddział polskiej Dywizji Pancernej Generała Stanisława Maczka. Rozdzieliły je dopiero zawarte wkrótce małżeństwa, a potem amerykański kontynent, ale ich przyjaźń trwała do śmierci.

Oto rozkaz rozpoczęcia Powstania wydany przez gen. Bora-Komorowskiego.

„Żołnierze Stolicy!
Wydałem dziś upragniony przez Was rozkaz do jawnej walki z odwiecznym wrogiem Polski – najeźdźcą niemieckim.
Po pięciu latach nieprzerwanej i twardej walki, prowadzonej w podziemiach konspiracji, stajecie dziś otwarcie z bronią w ręku, by Ojczyźnie przywrócić wolność i wymierzyć zbrodniarzom niemieckim przykładną karę za terror i zbrodnie dokonane na ziemiach Polski.

Warszawa, 1 sierpnia 1944 r. dowódca Armii Krajowej
/-/ Bór”.
W trzy dni później wydany zostaje następujący apel:
„Polacy!
Walka zbrojna o wyzwolenie stolicy rozpoczęta! Delegat na Kraj – wicepremier Rządu Rzeczpospolitej i Przewodniczący Rady Jedności Narodowej, w porozumieniu z Dowódcą Armii Krajowej, zdecydowali wystąpić zbrojnie w dniu 1 sierpnia br.
Trzy dni walki z okupantem przyniosły wielkie sukcesy taktyczne i moralne.”
Oddziały Armii krajowej opanowały, łamiąc opór okupanta, większą część stolicy, wyzwalając jednocześnie w duszach Polaków entuzjazm dla walki i wiarę w jej powodzenie.”
„Całe społeczeństwo polskie, a przede wszystkim lud Warszawy spieszy ofiarnie z pomocą walczącym. Wszyscy podporządkowali się kierownictwu powstania, oddając do jego dyspozycji swe siły, wykazując dyscyplinę moralną i wysoką ofiarność w działaniu.”
„Niejedną przeszkodę napotkamy jeszcze na drodze do zupełnego wyzwolenia, ale zespolone siły całego narodu polskiego podporządkowane Rządowi Polskiemu w Londynie, Krajowej Radzie Ministrów, dowódcy Armii Krajowej, przezwyciężą je – tak jak łamią dziś opór okupanta na ulicach Warszawy.
„Masy ludu pracującego – chłopów, robotników i inteligencji walczą o Demokratyczną Polskę sprawiedliwości społecznej, Polskę ludzi pracy.
Niech żyje Polska Niepodległa!”
Warszawa, 3 sierpnia 1944.

Teksty tych odezw wg. Biuletynu Informacyjnego Koła AK w Londynie. Sierpień 1984, nr. 59
Pisze Hanka:
Lato 1944 roku było bardzo gorące. Większą jego część spędziłam w Szpitalu Ujazdowskim, gdzie przechodziłam operację nosa. Miałam skrzywiona przegrodę nosową, co przeszkadzało w normalnym oddychaniu. Był to ten sam szpital, w którym Ty Lodziuniu miałaś to swoje prosektorium i raczyłaś mnie mrożącymi krew w żyłach opisami! Zaraz po operacji trzeba było szykować się do powstania.
Nie było czasu do stracenia. Tysiące Niemców, żołnierzy i cywilnych osób płynęło niby rzeka przez Warszawę, uchodząc przed zbliżającą się armią sowiecką. Czekając na rozkaz Polskiego Rządu w Londynie, aby podjąć walkę, zajmowaliśmy się własnymi ważnymi sprawami – ojciec zrobił mi plecak, mama naładowała go lekami, bandażami i osobistymi drobiazgami. Wszyscy byliśmy podnieceni i pełni nadziei – wolność była tuż za zakrętem.
Gdy wreszcie 1 sierpnia padł ten wyczekiwany rozkaz, byłam gotowa. Ubrana w elegancki kiedyś granatowy kostium i parę butów na drewnianych podeszwach z moimi ważnymi pamiątkami, adresami na wszelki wypadek w torebce, ucałowałam mamę i wybiegłam z domu, nawet nie odwracając się. Nie spojrzałam na nią, stojącą w oknie – mieliśmy przecież zwyciężyć w ciągu trzech dni! Już nigdy więcej jej nie zobaczyłam…
Pod umówionym adresem, gdzieś na Mokotowie, spotkałam mojego dowódcę składnicy (pseudonim „Kowal”) i grupę nieznanych mi dziewcząt, prawie wszystkie starsze ode mnie. Naszym zadaniem jako składnicy meldunkowej było utrzymanie komunikacji pomiędzy komendą w Śródmieściu a miasteczkiem o nazwie Grabów. Byliśmy najbardziej wysuniętym na południe punktem łączności, ostatnim w grupie siedmiu. Mieliśmy wystawić posterunek doprowadzający na róg ulicy Puławskiej, a znakiem rozpoznawczym miała być lewa ręka na temblaku. Nie mieliśmy mundurów, dokumentów ani broni.
Czekaliśmy przez resztę dnia na syreny fabryczne mające ogłosić początek powstania. „Kowal” spacerował po pokoju tam i z powrotem, wyraźnie zmartwiony o los swojej żony i dzieci. Ja, do której dziewczyny zwracały się per „pani komendantko” (byłam zastępcą Kowala) uzmysłowiłam sobie ciężar odpowiedzialności za ich bezpieczeństwo. Ogarnął mnie wewnętrzny strach.
Kiedy o piątej po południu zawyły syreny – wybiegliśmy, aby objąć nasze punkty. Wywiązała się strzelanina i to we wszystkich kierunkach. Żołnierze Armii Krajowej biegli, tak jak my, na swoje pozycje. Mój strach zniknął nagle. Byłam podniecona, ale opanowana. Wydawałam rozkazy spokojnie, ale chciało mi się krzyczeć z radości, że wkrótce już będziemy wolni!
Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu okazało się, że róg ulicy Puławskiej, naprzeciw naszej pozycji, był już opanowany przez Niemców. Strzelanina między nimi i naszymi chłopcami trwała nieustannie, aż do zmroku. Gdy ucichło trochę Kowal dał mi rozkaz wysłania dwóch łączniczek do umówionych miejsc. Dwie z dziewcząt zgłosiły się na ochotnika. Uwiązałam ich lewe ręce na temblakach i pobłogosławiłam je - tak bardzo chciałam je uchronić od wszelkiego złego! Odeszły, i zaraz usłyszeliśmy serię z karabinu maszynowego. Szukaliśmy ich potem, ale nie było śladu. Po latach dowiedziałam się, że jedna z nich zginęła, a druga została ciężko ranna.
Po trzech dniach walki polskie oddziały wycofały się i Niemcy zajęli teren. Zrewidowali nas i kazali opuścić Warszawę. Trzeba było iść, chować się lub czołgać godzinami po płaskich polach, pod nieustającym obstrzałem ze wszystkich stron. Zgubiłam moje drewniaczki przeprawiając się przez głęboki błotnisty strumyk. Dotarliśmy do jakiejś szosy i do Grabowa, ale miasteczko okazało się być pełne niemieckich czołgów. Kowal zadecydował, że musimy dostać się do Zalesia, oddalonego o koło dwudziestu paru kilometrów, gdzie jego znajomi mieli dom. Powiedział nam, że powstanie na pewno upadło, bo miało trwać tylko trzy dni, a nie ma dość żywności, amunicji, ani broni, aby walczyć dłużej. Bardzo martwił się o żonę i dzieci, a także chciał, aby nasza grupa przeżyła to całe piekło.
Byliśmy często zatrzymywani przez Niemców, którzy śmieli się na nasz widok, sprawdzali papiery i puszczali wolno.
W Zalesiu znaleźliśmy się późnym wieczorem, a światło, ciepło i obfity posiłek wydawały nam się prawdziwym rajem.
Dostałyśmy rozkaz nie oddalania się z domu. Pomimo niesłychanego wyczerpania nie mogłam zasnąć. Przez cała noc dręczyła mnie myśl o rodzicach i bliskich mi osobach, które zostały w Warszawie, i zwierzyłam się jednej z dziewcząt, Jadwidze, z moich planów wyruszenia do Warszawy. Nastepnego ranka powiedziała, że pójdzie ze mną. Opuściłyśmy dom pod pretekstem kupienia chleba i wyruszyłyśmy w drogę.
Znów cały dzień marszu – całe szczęście, że dano mi jakieś buty, niezupełnie mojego rozmiaru, ale prawdziwe buty! Zatrzymujący nas Niemcy, jak na ironię ostrzegali nas przed polskimi bandytami. Gdy doszłyśmy na Siekierki był już wieczór. Obolałe i nieludzko zmęczone słuchałyśmy całą noc odgłosów rosyjskiej artylerii, z jej pozycji na drugim brzegu Wisły, odbijających się echem o ściany piwnicy, gdzie spędziłyśmy noc. Wyruszyłyśmy o świcie czołgając się po zżętych polach dotarłyśmy do ulicy Czerniakowskiej – tak blisko mojego dawnego domu na Przemysłowej! Okoliczni mieszkańcy poinformowali nas, że Niemcy ufortyfikowani w wieży miejskich wodociągów strzelają do wszystkich w polu widzenia. Rzeczywiście widać było wielu zabitych, leźących na bruku. Wobec tego z podniesionymi w górę rękami zaczęłyśmy iść środkiem ulicy. Nie strzelano do nas, ale zostalyśmy wezwane na górę, zrewidowane, znowu ostrzeżone przed polskimi bandytami i wypuszczone wolno, aby kontynuować poszukiwania naszych rodziców, bo taki dałyśmy powód naszego desperackiego planu powrotu do Warszawy. Kilkanaście metrów od nas była polska barykada i wkrótce, wołając „nie strzelać!”to Polacy”, znalazłyśmy się po jej drugiej stronie.
Po krótkim odpoczynku w domu Jadwigi wyruszyłam już sama, w poszukiwaniu naszej głównej stacji meldunkowej w Alejach Jerozolimskich 17. Czarne chmury dymu unosiły się nad śródmieściem Warszawy. Powiedziano mi, że Aleje już nie istnieją. Żeby dotrzeć tam musiałam przekroczyć wiele ulic, i za każdym razem było to z dużym ryzykiem. Kule bez przerwy świstały mi nad głową, dopóki nie dostałam się do podziemnych przejść miedzy piwnicami, w których wegetowali mieszkańcy walczącej Warszawy – cale rodziny, z całym swoim dobytkiem. Po kilku godzinach dotarłam do stacji meldunkowej „S”. Komendantka Ela przywitała mnie jak przybysza z zaświatów, wkrótce potem - cud! Zjawiłaś się ty, Lodko, i byłyśmy znowu razem!

Leokadia pisze:

Moja grupa też miała pierwszy alarm w piątek 28 lipca. Zgłosiłam się wedle rozkazu, na ul. Pytlasińskiego, gdzie spędziłyśmy noc, zanim alarm został odwołany. Następny, wtorkowy był już tym prawdziwym alarmem wzywającym do powstania przeciwko Niemcom. We wtorek, 1 sierpnia, miałam się stawić o 5 po południu w szkole na ul. Marszałkowskiej między Placem Unii Lubelskiej a Placem Zbawiciela, której nazwy już nie pamiętam.
Po dramatycznym pożegnaniu z rodzicami pojechałam na wyznaczony punkt. Warszawa wyglądała jakby całe miasto poddane było ewakuacji- wiedziałam najdokładniej, co kto wiózł. Nasze wielkie paki z urządzeniami łączności (byłam obeznana z ich rozmiarami przez lata okupacji), no i te tłumy, podróżujące we wszystkich kierunkach! Dziwiłam się, że Niemcy tego nie zauważają – pewnie byli zbyt zaabsorbowani ucieczką ze wschodniego frontu. Wszyscy inni zdawali się wiedzieć doskonale, o co chodzi. Jakaś starsza pani wstała widząc mnie z moja walizką, i na siłę posadziła mnie na swoim miejscu, pogładziła po ramieniu. No i ta atmosfera, odświętna, uroczysta i pełna radości zarazem!
Na punkcie zastałam dowódcę składnicy „Alkazara”, grupę dziewcząt, grupę harcerzy – mieliśmy razem tworzyć składnicę meldunkową nr: 15 i starać się nawiązać kontakt ze składnicami w Śródmieściu i na Mokotowie, także z oddziałami AK w naszej okolicy. Wysłałam jedną łączniczkę na Mokotów, wystawiłam posterunek doprowadzający - jeden z harcerzy miał na temblaku złamaną rękę, a to był właśnie znak rozpoznawczy. Nigdy nie dowiedziałam się o dalszych ich losach.
Położenie naszej składnicy nie mogło być gorsze. Najbliższa barykada, z powiewającą na niej polską flagą, była już za Placem Zbawiciela, a Plac Unii Lubelskiej był w posiadaniu Niemców. Pomiędzy tymi dwoma placami, po drugiej stronie ulicy Marszałkowskiej ciągnęły się zabudowania niemieckiego szpitala Vistula, z kilkoma pozycjami karabinów maszynowych. Naprzeciw nas ulica Litewska prowadziła prosto do Al. Szucha i Gestapo!
Nie wytrwaliśmy tam długo. 5 sierpnia Niemcy podpalili budynek, gdzie znajdowała się nasza stacja. Wszyscy przebywający w nim musieli wyjść z podniesionymi do góry rękoma. Ukryłam gdzieś dziennik stacyjny i nasze powstańcze opaski i wyszliśmy jako przyłapani przez wybuch powstania cywile.
Schodziliśmy w dół po palących się już schodach, słysząc od czasu do czasu pojedyncze strzały. Myślałam, że Niemcy strzelają kolejno do opuszczających dom ludzi. Na szczęście myliłam się. Kobiety i dzieci zostały oddzielone od mężczyzn i zgromadzone w gestapo w Alei Szucha, gdzie spędziliśmy niezwykle chłodną, jak na sierpień noc. Pamiętam, że trzęsłam się z zimna, zwłaszcza, że moja walizka i płaszcz – ten nicowany nie tak dawno – spłonęły razem z domem i że zostałam tylko w spódnicy i męskiej koszuli.
Następnego dnia, wyprowadzono nas w Aleje Ujazdowskie, gdzie stało kilka niemieckich czołgów. Żołnierze ustawili nas na i wokół nich, ukrywając, hełmy pod chustkami zabranymi kobietom. Bohaterscy wojownicy nie chcieli najwyraźniej rzucać się w oczy, woleli zniknąć zupełnie w kobiecym tłumie. Czołgi ruszyły, by zaatakować tak zwaną Małą Pastę na ulicy Pięknej, chronione według Niemców – otaczającymi je kobietami. Nie znali jeszcze polskich kobiet!
Nasza grupa była chyba przy trzecim czołgu. Kobiety w wokół tych pierwszych tak wolały do obrońców Pasty, żeby nie zważać na nie i strzelać. Na pewno były jakieś ofiary, ale placówka nie została przez Niemców zdobyta.
Po skończonym ataku pozwolono nam się rozejść. Dziewczęta ze składnicy pogubiły się, a może po prostu po takim przeżyciu, jak osłona niemieckich czołgów, postanowiły dotrzeć do swych rodzin – były przecież taki młode! Pozostała ze mną jedna z nich, Danusia S, z którą pomagałyśmy jednej staruszce przenieść dobytek. Gdy wróciłyśmy tłum uwolnionych kobiet rozpierzchł się, było nas tylko dwie na całej ulicy.
Zaczęłyśmy iść w stronę barykady przy Placu Zbawiciela, mocno trzymając się za ręce. Żołnierze przy karabinach maszynowych śledzili nas uważnie i każdy z nich składał się do strzału, gdy go mijałyśmy. Czułam na plecach gorące miejsce, które za chwalę będzie uderzone serią pocisków. Szłyśmy dalej aż tuż przed Placem Zbawiciela zobaczyłyśmy na ziemi ciała zabitych kobiet. A więc to tu, pomyślałam i mocniej ścisnęłam rękę Danusi. Szłyśmy wciąż, wpatrzone w tę flagę, obiecującą nam ratunek i nie widząc niczego poza nią.
Nie pamiętam momentu przekroczenia tej barykady, to był jakiś trans, zacierający czas i odległość. Los nas oszczędził i po dwóch dniach zmagania się z istniejącą jeszcze konspiracją dotarłyśmy do składnicy meldunkowej „S” w Alejach Jerozolimskich.
Złożyłam tam dokładny raport z przebiegu wydarzeń w mojej stacji, podając nazwiska, imiona pseudonimy wszystkich członków załogi, komendantce Elżbiecie Gross (pseudonim Ela).
Pozostałyśmy na tej stacji do końca powstania pełniąc funkcje łączniczek i obsługując centrale telefoniczną.
Po wojnie wysłałam do działu „Poszukiwań” w wychodzącym na emigracji„Dzienniku Żołnierza, list poszukujący tamtych ludzi, ale nikt się nie zgłosił.
A na „S” znowu spotkałam ciebie…! >

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji