nr. 54
VICTORIA, BC,
SIERPIEŃ 2014
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Piknik
na Beaver Lake
24 sierpnia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

W 70 rocznicę
powstania

warszawskiego

Ewa Korzeniowska-
Dziewczyna z
Generacji Z


Bożena Ulewicz-
Na Roztoczu

Szczebrzeszyn

Józef Han-
Dziennik

ciąg dalszy (5)

Lidia Mongard -
Ogórecznik

lekarski

Profesor Kabata
zmarł

Wielka Wojna
w muzeum
RBCM

I Wojna.
Światowa

w pocztówkach

Najazd Wikingów
w muzeum
RBCM

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 9

Rozmaitości


Indeks autorów

Bożena Ulewicz, foto Andrzej Ulewicz

Na Roztoczu jest mieścina

Szczebrzeszyn.... Już sama nazwa budzi przeciwstawne uczucia. Niepokoi językoznawców, którzy gmerając w etymologii usiłują zgłębić istotę źródłosłowu. Śmieszy resztę polskiej nacji. Każdy Polak czuje się w obowiązku przećwiczyć sprawność językową pierwszego lepszego cudzoziemca na słynnym powiedzonku. Śmiechom i żartom końca wtedy nie ma. A przecież liczące sobie ok. 6 tysięcy mieszkańców miasteczko, położone na Roztoczu, w dolinie Wieprza, którego początki sięgają czasów przesławnych Grodów Czerwieńskich, zasługuje na coś więcej. Dlatego w tym tekście nie będzie żadnych dywagacji o jakimkolwiek przedstawicielu z gatunku tego pokrewych, i basta.
Roztocze, to, jak to wykoncypowały uczone głowy „pasmo wzniesień zaczynających się koło Kraśnika i biegnących łukiem z północnego zachodu na południowy wschód, za Lwów”. Ustalono również, że „tędy przebiega granica geologiczna dzieląca Europę zachodnią, fałdową, od Europy wschodniej – płytowej”. Lecz kto by tam chciał sobie łeb nieuczony zawracać jakąś geologią wędrując po okolicach sielskich, górzystych, pełnych lessowych wąwozów, na których widok od razu nasuwa się piosnka „Ty pójdziesz górą, a ja doliną”. Niechybnie musiała powstać gdzieś w tych rejonach. Nikt dotąd, bowiem nie ustalił, kiedy i skąd się wzięła ta nadal popularna ludowa śpiewka, którą w „Nad Niemnem” rozsławiła niegdyś pani Orzeszkowa, a całkiem niedawno pani Szymborska w jednym ze swych wierszy.

Chciałabym ten Szczebrzeszyn pokazać spokojnie, nieśpiesznie, w rytmie leniwego spaceru, który odbyliśmy w pewne gorące lipcowe przedpołudnie. Przyjechaliśmy od strony Zwierzyńca do miasteczka usytuowanego, geograficznie rzecz ujmując, na skraju Roztocza środkowego i terenu zwanego Padołem Zamojskim, którego widok przełamał zakodowany we mnie stereotyp kojarzenia tego słowa z bólem i ze łzami. Padół Zamojski jest, bowiem malowniczą i wcale pogodną krainą, wyzłacaną zbożem, które tu się udaje wybornie, trochę wyzielenioną burakiem cukrowym. Na niewielkich, podłużnych poletkach zakłada się plantacje malin, truskawek, porzeczek. Uprawia się pono i len, prawie już niewidoczny w polskim pejzażu. Skoro zeszliśmy na rolnictwo – ciekawe, jak udawałaby się winorośl na roztoczańskich wzgórzach charakteryzujących się sporym nachyleniem stoków. Lato na Roztoczu najdłuższe w Polsce, trwa do 100 dni. A i słonecznych dni w roku więcej niż gdzie indziej. Chyba tylko przywiązaniu do słowiańskiej tradycji należy przypisać hegemonię chmielu na Lubelszczyźnie. Choć winorośl nie jest tu wcale obca, gdyż w zacisznych szczebrzeszyńskich podwóreczkach i przydomowych ogrodach spotyka się pokryte winoroślą pergole, które trudno byłoby nazwać winogradnikami, ale stanowią jakiś ich zaczątek.
Spacer po rozgrzanym słońcem Szczebrzeszynie należeć będzie do najmilszych wspomnień tegorocznej wędrówki po Roztoczu. Będzie mi przypominał, że są jeszcze w Polsce miasteczka, niestety, coraz częściej odchodzące w niepamięć, przypominające wszystkim: atmosferą, zapachem, senną ciszą powieści Schulza, Stryjkowskiego, Dąbrowskiej, a trochę poezję Leśmiana. Miasteczko jakby utkane ze starej włóczki znalezionej w koszyczku babuni. Trochę spłowiałej i trącącej ziółkami na mole. To w takich miasteczkach na parapetach okien, za szydełkowymi firankami, stoją jeszcze szklane baniaki na wino, kwitnie mirt, wylegują się zaspane koty, a panie domu czujnym wzrokiem mierzą przechodzących obcych. Wydawać by się mogło, że ton życiu nadają nieśmiertelne postacie pana aptekarza, radcy, czy rejenta, z nieodzownym księdzem proboszczem z zaprzyjaźnionej plebanii, pochylone wieczorem na stolikiem do wista.
Życie takiego miasteczka koncentruje się praktycznie na rynku. Tu najlepiej widać, czym żyją ludzie, co kupują, z czym wracają do domów. Zostawiliśmy samochód pod ratuszem, XIX - wiecznym, bo starszy spłonął i pierwsze kroki skierowaliśmy, po przekątnej, do kościoła św. Mikołaja wybudowanego w wielce tu popularnym stylu lubelskiego renesansu. Rozpoznaje się go po przysadzistych skarpach wspierających mury, nadających całej budowli krzepki, swojski charakter. Okna wąskie, wcześniejszej, gotyckiej proweniencji, dach stromo położony. Kościelna wieża opatrzona pokaźnym, barokowym hełmem. Takie budowle często wyrastały spod ręki profesora Zina, piórkiem i węglem odtwarzającego architektoniczne piękności polskich miast i miasteczek. Teren wokół kościoła otoczony niskim murkiem. Są drzewa - trzy rosłe lipy, stary jesion. Jest dzwonnica. W środku rozczarowanie – w głównym ołtarzu nie ma obrazu ze św. Mikołajem ( może w konserwacji?), ale za to jest piękna ambona z dwoma aniołami trzymającymi złoty wieniec nad herbem. Skrzyżowane ręce Chrystusa i św. Franciszka, to stary franciszkański znak, oznaczający przynależność do tego zgromadzenia Anioły bardzo piękne, jak to anioły,
w błękitnych szatach, o świeżo wysrebrzonych skrzydłach. Do końca XIX wieku przy tej parafii działało bractwo Świętych Aniołów Stróżów, powołane do życia w Europie specjalną bullą papieża Urbana VII. Bractwo miało pogłębiać religijność katolików, w czasach ekspansji reformacji.
Kierujemy się na drugi kraniec miasteczka, do kościoła św. Katarzyny, ale po drodze zawadzamy o synagogę. Dawną synagogę, bo obecnie w budynku mieści się Miejski Dom Kultury. W ciasnym korytarzyku jeszcze ciaśniej, bo kłębi się jakaś wycieczka. Wycofujemy się robiąc rundkę po okolicznych uliczkach. Podziwiamy domek stojący naprzeciwko, z werandą porośniętą winoroślą. Może kiedyś mieszkał tu jakiś uczony cadyk? Pod górkę, ulicą Sądową, idziemy do kolejnego domu Bożego – cerkwi greko-katolickiej, dziś nieczynnej, czekającej na jakiś pomysł i decyzje. Uliczka brukowana cegłą starannie ułożoną w jodełkę. Niejednego majstra od poółbruku można by tu na nauki wysyłać. Szczebrzeszyn, to uliczki pnące się ku górze, to małomiasteczkowe dworki w ogrodach pełnych żółtych nagietków, delikatnych anemonów, krzepkich piwonii i różanych krzewów. Mansardowe dachy drewnianych domów gdzieniegdzie pokrywa lita papa, pofałdowana ze starości, prawie spełzająca na rynny. Pachnie czarnym bzem, goździkami. Tu i ówdzie stoi przejrzysty modrzew. Tam znów jabłoń wychyli się z sadku. W bocznych uliczkach ceglana nawierzchnia przechodzi w koci bruk. Potrafią zaprowadzić wędrowca w pole burakiem cukrowym suto zaścielone, bo Szczebrzeszyn, to takie ze wsią pożenione miasto. To stare domy, kościoły i starzy ludzie rozważający na skraju chodnika dla nas błahe, dla nich ważkie sprawy. Bliżej swojej main street ma też inne oblicze. Tam miasteczko przeobraża się, zmienia elewacje, okrywa nowymi dachami.
Wycieczka odjechała, wracamy do MOK-u. Odbudowana po wojennych zniszczeniach bożnica należy podobno do jednej z najstarszych w Polsce. Gmina żydowska ufundowała ją, w miejscu wcześniejszej, w XVII wieku. W dawnych, odbudowanych po zniszczeniach wnętrzach wystawa „Anioły” - prace uczniów z Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Zamościu. Anioły z życia wzięte – w dżinsach, w sportowym obuwiu, z dredami. Jest anioł a la wiejska baba dźwigająca siaty. Anioł rockers. Para aniołów staruszków – emerytów. Sala przepełniona światłem wlewającym się przez okienne lunety. Na ścianach sztukateria o symbolice religijnej. Oczy przyciąga kamienna, ozdobna szafa, przypominająca starogrecki zwieńczony tympanonem portal, w której kiedyś przechowywano Torę. Ten element wyposażenia nosił piękną nazwę Aron Ha-Kodesz.
Przez kilka wieków Szczebrzeszyn zamieszkiwała jedna z większych i starszych gmin żydowskich na ziemi chełmskiej. Kupcy żydowscy brylowali na lubelskich jarmarkach. Handlowali zbożem nawet z dalekim Gdańskiem. Brali w pacht okoliczne sady i ogrody.
W sklepach przy rynku sprzedawali sukno, ryby, korzenie. Dzisiejsze sklepy zachowały kolebkowe sklepienia, kamienne portale, niektóre – kamienne posadzki. Tylko, że dziś mieszczą się w nich second handy, filie firm ubezpieczeniowych, komputery. Brakuje drewnianych podcieni, które były niezbędnym elementem dawnej zabudowy. Ale gdy się uchyli drzwi sąsiadujące z wejściem do sklepiku, można trafić do swojsko zagraconej sieni, prowadzącej na wewnętrzny dziedziniec, przykryty zielonym dachem z winnej latorośli. Z boku korytarza można dopatrzyć się jeszcze jednych drzwi, schodzących do chłodnej, pewnie i trochę wilgotnej piwniczki, w której przed laty składowano lube butle i zacne gąsiory zamaskowane piękną pajęczyną.
Docieramy wreszcie do kościoła św. Katarzyny, z którym łączy się zespół poklasztorny, kiedyś franciszkański. Obecnie w klasztorze szpitalik rejonowy. Kościół ufundował Tomasz Zamoyski, wespół ze swą małżonką Katarzyną z Ostrogskich. Trzeba dopiero zwiedzić tę część Polski, aby choć w części uzmysłowić sobie rolę, jaka odegrała ta znamienita familia w dziejach Rzeczypospolitej – zakładając miasta, fundując kościoły, klasztory, przytułki i szkoły, budując manufaktury, rozwijając rolnictwo i handel. Zarejestrowana 8 lipca 1589 roku Ordynacja Zamojska obejmowała obszar blisko 4 tysięcy kilometrów kwadratowych, na którym znajdowało się 149 wsi i 6 miast. Z własną armią i własnym wymiarem sprawiedliwości było to państwo w państwie. Inna sprawa, że Zamoyscy wiernie służyli Rzeczypospolitej. Przez przeszklone drzwi zaglądamy do środka świątyni. Jasne wnętrze. Światło pada na barokowe ołtarze. Na jednym z nich wizerunek Chrystusa Króla, w cierniowej koronie, z trzciną w ręku, w purpurowym płaszczu okrywającym nagi tors. Na ścianach efektowne stiuki.
Zagłębiamy się w plątaninę uliczek. Tu, co parę kroków przenikają się epoki historyczne i kręgi kultury. Wschodnie i zachodnie chrześcijaństwo współżyło tu, tak jak w większości miast dawnych polskich kresów, z braćmi starszymi w wierze. Uliczka Zamkowa doprowadza nas do rozprutej siatki, z trudem usiłującej poskromić zapędy zieleni wypełniającej przestrzeń starego, bardzo zaniedbanego cmentarza. Wkraczamy w tajemniczy krąg kirkutu. Przekrzywione macewy zagubione w krzakach, pokryte mchem. Park zarośnięty, dziki, zaniedbany. Gdzieś na środku cmentarza gigantyczny dąb o drapieżnych, suchych dolnych konarach. Idąc wąską ścieżką skręcamy ku oświetlonej słońcem części kirkutu mając nadzieję, że uda się zrobić lepsze zdjęcia. Tu, na macewach wyraźniejsze napisy i znaki. Nie umiemy czytać liter wykutych w kamieniu. Menory wypełnione zieloną farbą. Trochę mi to przypomina ewangelickie cmentarze na Mazurach, zagubione w ekspansywnej dzikiej roślinności, z których rozkradziono marmurowe i granitowe płyty nagrobne. Nie umiemy szanować cmentarzy. Pokrzywy, krwawnik, czarny bez i stare, bardzo stare drzewa. Kartka z modlitwą wsunięta w szczelinę kamienia. Z cmentarza żydowskiego, uliczką, biegnącą wąwozem, o brzegach z przelewającą się ponad nie zielenią, dochodzimy do cmentarza katolickiego, współczesnego. Dobrze tu spacerować w upalny, lipcowy dzień. Pewnie byłoby milej, gdyby nie fakt, że wąwozik spełnia funkcję Styksu oraz Lety. Wracając na rynek ulicą Cmentarną, widzimy po przeciwnej stronie krańca miasta zielone wzgórza, krawędzią stykające się z niebem szafirowym, przyprószonym małymi, białymi chmurkami. Odjeżdżamy, a na pożegnanie tuż przy rogatkach odbywa się kacza parada. Kolebiąc się na boki dumna pani matka prowadzi z dobry tuzin kaczego drobiazgu. Wstrzymując ruch na szosie ptasia kompanijka sprawnie zmierza w sobie tylko znanych sprawach i kierunku. I jak tu nie polubić Szczebrzeszyna? >

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji