nr. 54
VICTORIA, BC,
SIERPIEŃ 2014
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Piknik
na Beaver Lake
24 sierpnia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

W 70 rocznicę
powstania

warszawskiego

Ewa Korzeniowska-
Dziewczyna z
Generacji Z


Bożena Ulewicz-
Na Roztoczu

Szczebrzeszyn

Józef Han-
Dziennik

ciąg dalszy (5)

Lidia Mongard -
Ogórecznik

lekarski

Profesor Kabata
zmarł

Wielka Wojna
w muzeum
RBCM

I Wojna.
Światowa

w pocztówkach

Najazd Wikingów
w muzeum
RBCM

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 9

Rozmaitości


Indeks autorów

Przepisala ECK

Trendowata
nowa wersja cz. 9

Była w powietrzu promienność, lenistwo nadchodzącego wieczoru, rozmarzająca ociężałość. Spokój wiał z natury w powodzi gorącego światła, bez podmuchu wiatru. Nagle w ciszę zmąconą jedynie chórami ptaków i szmerem fontanny, wpadł inny głos.
Najpierw rozległ się szum silników, któremu wkrótce zaczął towarzyszyć ludzki gwar. Po chwili na podjazd przed pałacem wjechało kilka aut w większości kabrioletów, wypełnionych po brzegi wesołymi, rozgadanymi ludźmi. Jasne kapelusze i suknie pań zaćmiewały sobą ciemne sylwetki panów.
Stefcia cofnęła się w głąb pokoju i patrzyła ciekawie. Samochody stanęły przed gankiem i towarzystwo zaczęło wysiadać. Wtem spojrzeli w stronę wyjazdu. Panie wymachując szalikami wołały:
- Spóźniony! Spóźniony! Pobiliśmy pana!
Po bielejącej wśród trawników drodze pędziła kłusem czwórka karych koni kierowanych przez ordynata. Siedział na koźle małego jak cacko powoziku i unosząc w górę kapelusz wymachiwał nim na powitanie.
- Prześcignęliście mnie państwo – wołał rzucając lejce, ale proszę pamiętać, że wasze konie są mechaniczne, a poza tym jadę osiem kilometrów, to coś znaczy
- Konie pańskie ogrzewały nam plecy oddechem – zawołała młoda przystojna kobieta o minie zuchwałej i wesołych oczach. – Próbowałam je gładzić, ale zabrudziłam tylko rękawiczkę. O proszę spojrzeć!
I wyciągnęła do Waldemara rękę opiętą w jasną rękawiczkę.
- To nie brud, tylko pot koński. Moje konie są zawsze przeczyste – odrzekł Waldemar.
- Pan się kocha w swoich koniach, prawda?
- Tak, to jedyna moja miłość.
- Bez wzajemności – dodała młoda panna z wdzięcznym uśmieszkiem.
- Ależ ma pan szczęście – zawołała jedna z pań.
Waldemar ukłonił się żartobliwie.
- Jestem rozczulony, szanowne panie. Nie rozumiem tylko, po co tu stoimy. Reszta towarzystwa już dawno znajduje się w obięciach mojej szanownej cioci. Chodźmy tam również.
Towarzystwo zniknęło w ogromnych drzwiach pałacowej sieni. Waldemar szedł ostatni trochę się ociągając. Kiedy mijał okno Stefci, zwolnił kroku i spoza lip rzucił prędkie ciekawe spojrzenie.
Stefcia myśląc, że wszyscy przeszli wyjrzała również i spotkali się oko w oko.
Dostrzegła jego zaciekawienie. Na jej widok spoważniał, zdjął kapelusz i poszedł dalej.
Stefcia postanowiła nie wychodzić. Nikt jej nie zna, a przynajmniej uniknie żartów Waldemara, może i docinków pani Idalii, bo to był jej dzień złego humoru.
Uszczęśliwiona własnym pomysłem Stefcia zaczęła nucić coś ze słuchawkami w uszach. Nie słyszała dochodzącego z góry przytłumionego gwaru głosów męskich i kobiecych świadczących o tym, że na górze bawiono się doskonale.
Po godzinie do pokoju Stefci wpadła Lucia zadyszana, zarumieniona i zaczęła mówić z niebywałym ożywieniem:
- Czy wiesz, że szesnaście osób przyjechało, licząc z Waldim. Jest ciocia Ćwilecka z córka Michaliną, bo Pauli nie ma w domu, i księżna Podhorecka, babka Waldemara i młodzi księstwo Podchoreccy, Żyżemscy i hrabia Treska i dużo, dużo gości.
- Skąd taki nagły zjazd?
- A tak sobie. Taki traf. Wszyscy do nas jechali osobno i na drodze się dopiero połączyli. Najwięcej osób z Obronnego: aż cztery auta. Waldi także do nas jechał i jego spotkali. Dziś wyjątkowo jechał swoim małą dwukółką, a nie harleyem. Chciał prześcigać ich auta konno, ale przegrał i teraz pani Rita się z niego prześmiewa.
- Kto to jest pani Rita?
- Szeliżanka. To jakaś kuzynka czy przyłatana siostrzenica księżnej Podhoreckiej, ale że sierota, więc stale mieszka w Obronnem. Ona tu bardzo często przyjeżdża, tylko teraz długo była zagranicą, chyba we Wiedniu i dlatego jej nie znasz. Bardzo miła i wesoła.
Stefcia pomyślała, że to ta sama elegancka dziewczyna, która pokazywała Waldemarowi ubrudzoną rękawiczkę
- To przystojna dziewczyna, prawda?
- Tak ładna. Waldi tego nie uznaje, ale jemu trudno dogodzić. Poznasz ją dzisiaj sama.
- Ale ja postanowiłam dziś nie wychodzić wcale.
Lucia otworzyła szeroko oczy.
- Czemu? Jak to, nie chcesz wyjść? Ja już chwaliłam się tobą przed wszystkimi…
- Ach Luciu!
- Bo ja bardzo cię lubię.
Stefcia uścisnęła dziewczynkę.
- Bardzo mnie to cieszy. Ale dziś bądź ze swoimi gośćmi. Mnie masz, na co dzień.
- E! Co ty mówisz! Ani dziadzio ani Waldi nie zgodzą się na to, żebyś siedziała tu sama.
Stefcia wybuchnęła śmiechem. Zapewnienie Luci, że Waldemar chciałby ją widzieć ubawiło ją. Szczególnie on!
A zresztą, może: gdyby nie wyszła, nie miałby, na kim ostrzyć dowcipu. Ta myśl rozweseliła ją. Jak rozdokazywane dziecko porwała Lucię w pół i zaczęła z nią walcować po pokoju, śpiewając coś przy tym, co nie bardzo nadawało się do walca.
Rozbawione, nie słyszały dwukrotnego pukania do drzwi, nie spostrzegły, że ktoś je otwiera. Dopiero po chwili w zawrocie tańca Stefcia osłupiała z przerażenia.

CDN.

Przejdź dalej

Napisz do Redakcji