nr. 57
VICTORIA, BC,
LISTOPAD 2014
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Mikołaj
potluck
Dom Polski
7 grudnia

Hej Kolęda!
Wspólne śpiewanie
z White Eagle Band
Dom Polski
21 grudnia

Sylwester
Dom Polski
31 grudnia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

Jerzy łukaszewski-
Australijska
konkwista

hr. Strzeleckiego

E. Caputa-
Jedzenie
Morskiej
świnki

Ania w Peru

Tomasz Włodek-
Zwoje z Qumram

archeologia

Józef Han-
Dziennik

ciąg dalszy (8)

Lidia Mongard-
Jarzębina

czerwona

E. Caputa-
Wenus w Futrze

w Belfry

60-lecie
Domu Polskiego
Fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 11

Rozmaitości

Indeks autorów

Tomasz Włodek

Zwoje z Qumram

W 1948 roku paru beduińskich chłopców odkryło na pustyni w pobliżu Morza Martwego kilka grot, a w nich gliniane dzbany zawierające rękopisy sprzed 2 tysięcy lat.
Rękopisy zostały pocięte na kawałki, po czym zaczęto nimi handlować na bazarach w Jerozolimie w nadziei “opchnięcia” turystom. Traf chciał, że jeden z takich kawałków trafił w ręce archeologa, który momentalnie zorientował się, iż oto prawdopodobnie widzi przed sobą coś, co może stać się największą sensacją w historii archeologii. Po nitce do kłębka wyjaśniono, skąd pochodzą owe fragmenty, po czym na pustynie ruszyły ekspedycje badawcze. W rejonie miejscowości Qumran odnaleziono ruiny jakiejś starożytnej osady przypominającej klasztor, a w sąsiedztwie w licznych grotach dzbany zawierające skórzane zwoje zapisane językiem staro - hebrajskim. Gruchnęła w świat wieść o początku nowej ery w biblistyce - rękopisy zawierały teksty Biblii o setki lat starsze od znanych dotychczas.
Przypomniano sobie wówczas o wzmiankach poczynionych przez historyka żydowskiego Józefa Flawiusza nt. starożytnej sekty Essenczyków. Jej członkowie, zrażeni zepsuciem panującym w społecznościach ówczesnej Palestyny, usunęli się do swoich siedzib na pustyni, gdzie trwali w modlitwie i ascezie oczekując rychłego końca świata i nadejścia Mesjasza. Skojarzono te informacje ze znaleziskami w Qumran i zgodnie uznano, iż oto odkryte zostały ruiny osad Essenczyków. Resztę zdołano wydedukować ze znajomości historii: Essenczycy mieszkali w swoim klasztorze na całkowitym odludziu nie niepokojeni przez nikogo aż do wybuchu powstania żydowskiego przeciwko Rzymianom. Ci z kolei nie bardzo orientowali się w różnicach dzielących poszczególne sekty wyznawców judaizmu i z tego powodu nie widzieli specjalnego powodu, aby raczej pacyfistycznie nastawionych Essenczyków traktować inaczej niż wojowniczych zelotów - w efekcie “przy okazji” tłumienia powstania zburzono takżę osadę w Qumran. Zanim to jednak nastąpiło, Esseńczycy zdołali ukryć na pustyni to, co uważali za najcenniejsze: swoje Święte Księgi. I tak, w suchym pustynnym klimacie, przetrwały one do naszych czasów.
Historia znalezisk w Qumran pełna jest kontrowersji i sprzecznych teorii - może wiec nadmienimy, iż już sama identyfikacja wykopalisk jako siedziby sekty Essenczyków budzi sprzeciwy niektórych historyków. Rzecz w tym, że np. na terenie ruin znaleziono szkielety kobiet, mimo iż, jak twierdzi Józef Flawiusz, członkami tej sekty byli wyłącznie mężczyźni.
Są jeszcze inne argumenty za tym, iż Qumran odkopane przez archeologów może nie być tym, za co powszechnie jest uważane, z braku miejsca nie będziemy ich omawiać bliżej. Dość, ze samo pochodzenie ruin nie jest na 100% pewne.
W 1948 roku Qumran znajdowało się na terenie Jordanii, stad też władze tego kraju powołały międzynarodową komisję złożoną z historyków i biblistów, mająca za zadanie odczytać i opublikować treść odnalezionych pism. Wśród członków komisji zabrakło przedstawiciela Żydów. Takie pominięcie strony najbardziej w treści odkrycia zainteresowanej może dziwić, choć nie powinno: ostatecznie dopiero, co ucichły strzały pierwszej wojny izraelsko-arabskiej.
Komisja szybko rozpoczęła mrówczą prace składania, katalogowania odczytywania odnalezionych fragmentów. Wkrótce więc, dowiedziano się, że znalezione zwoje z rękopisami zawierają fragmenty wszystkich ksiąg Starego Testamentu, z wyjątkiem księgi Estery, że księgę Izajasza odnaleziono w całości, że teksty w najdrobniejszych szczegółach zgodne są z tekstami znanymi obecnie. Że, oprócz fragmentów Biblii, zwoje zawierają regułę jakiejś sekty religijnej, że sekta owa do złudzenia przypominała chrześcijańskie zgromadzenia zakonne, że jej członkowie żyli w oczekiwaniu bliskiego końca świata, który miał być poprzedzony jakąś wielką wojną Synów Światła z Synami Ciemności, zakończona klęską tych ostatnich. Że w pismach występuje jakiś tajemniczy Mistrz Sprawiedliwości, który być może mógłby okazać się Jezusem...
I w tym momencie zaczęły się tzw. schody. Szybko i sprawnie posuwające się prace nagle stanęły w miejscu. Zaczęły mijać miesiące i lata, a Międzynarodowa Komisja rezydowała w Muzeum Rockefellera w Jerozolimie bez widocznych efektów. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami Komisja miała być ciałem samodzielnym, niezależnym od żadnych władz, stąd też praktycznie nikt i nic nie było w stanie spowodować przyspieszenia tempa publikacji odnalezionych tekstów.
A tymczasem światek teologów, historyków i biblistów zaczął wykazywać oznaki zniecierpliwienia impasem. Rzecz w tym, iż na podstawie fragmentarycznych informacji o Esseńczykach zaczęto przypuszczać, iż chrześcijaństwo wywodzi się z tej właśnie sekty. Jeżeli zwoje z Qumran były ich dziełem, to teorie takie można by bądź obalić bądź potwierdzić, znając treść znalezisk. Temat to pasjonujący, nic więc dziwnego, że wielu fachowców już ostrzyło sobie żeby, przeczuwając sensacje...
Tymczasem komisja milczała jak zaklęta, nie publikując niczego. Mało tego: wydany został zakaz dopuszczania do tekstów jakichkolwiek osób obcych. Zaczęło to wszystko wyglądać podejrzanie...
W atmosferze plotek i niedomówień rodzą się rozmaite fantastyczne teorie, tak musiało być i tym razem. Zaczęto coraz częściej mówić o “Wielkim Spisku Watykanu” (lub: “Żydów, Masonów, Cyklistów, Fryzjerów etc.”). Podobno teksty zawierają coś strasznego, podobno to COŚ podważa podstawy chrześcijaństwa, tak że Watykan zaczął wywierać na badaczy naciski, aby nie publikowali tego CZEGOŚ, bo wtedy lepiej nie myśleć, co się stanie. Stad ta nagła zasłona milczenia, jaka zapadła wokół znalezisk.
W roku 1967 wydawało się, ze sprawy rusza z miejsca. W wyniku wojny 6-cio dniowej Izrael zajął wschodnią Jerozolimę, w której przechowywano znalezione teksty. Nie patyczkując się wielce Izraelczycy skonfiskowali rozmaite fragmenty zwojów z Qumran, znajdujące się w rękach prywatnych (pamiętajmy, że na początku zwojami handlowano na bazarach, gdzie można je było nabyć za grosze!), później zapłacono właścicielom odszkodowania, ale samych zwojów nie zwrócono. Zostały one umieszczone w Przybytku Ksiegi, czyli specjalnym schronie - muzeum w nowej, żydowskiej części Jerozolimy. Już wcześniej znalazły się tam inne fragmenty odnalezione przez Izraelczyków w twierdzy Masada. Te ‘izraelskie’ zwoje zostały prędko opublikowane - jak by nie było, stanowiły one niemal narodowa świętość.
Oczekiwano powszechnie, że teraz władze izraelskie pójdą za ciosem i skonfiskują również część znalezisk znajdującą się w muzeum Rockefellera, a przynajmniej nakażą dokooptowanie do zespołu badaczy “swoich” ludzi. Ku ogólnemu zaskoczeniu - nie nastąpiło to. Szef sztabu armii izraelskiej, (z zawodu zresztą - archeolog) osobiście pofatygował się, aby poinformować członków międzynarodowej komisji, że ich status nie ulega zmianie - mogą dalej prowadzić swoje badania, jak gdyby nic się nie stało. Władze izraelskie nie będą w niczym przeszkadzać. Nie wiem, czy decyzja ta była podyktowana lekiem przed ewentualną reakcją opinii międzynarodowej (wyobraźcie sobie to państwo: nagłówki gazet krzyczące “Żydzi konfiskują rękopisy Biblii będące własnością ludzkości”), w każdym razie skutek był taki, ze badania mogły być kontynuowane. Lub raczej ściśle mówiąc: stać w miejscu, gdyż tempo pracy było nadal mizerne.
Czy chrześcijaństwo wywodzi się od Essenczyków czy nie? Przyznam się, że do niedawna myślałem, iż jest rzeczą dowiedzioną, że nie. Z przeczytanych książek wiedziałem, że owszem, wizerunek Jana Chrzciciela: surowego pustelnika, żywiącego się szarańczą i żyjącego na pustyni, pasuje do wizerunku Esseńczyka. Z kolei Jezus - to człowiek z krwi i kości, chodzący na wesela, mający przyjaciół, żyjący w społeczności.
Swoim uczniom nie nakazywał uciekać od ludzi - ale żyć wśród nich i nauczać. Ruch monastyczny i zakładanie klasztorów zaczął się później, pierwsi chrześcijanie to wybitnie ‘istoty społeczne’, ich gminy były otwarte na przyjmowanie neofitów. Esseńczycy odcinali się od świata, chrześcijanie chcieli go nawrócić. W dodatku sama idea ‘zbawienia przez cierpienie’ wydaje się być istotnym novum w nauce Jezusa. Mistrz Sprawiedliwości Esseńczyków to chyba jednak ktoś inny.
Wniosek: chrześcijaństwo raczej się od Esseńczyków nie wywodzi, choć być może, ze po zniszczeniu ich sekty niektórzy z nich przyłączyli się do chrześcijan. Tak mi się wydawało do niedawna, ostatnio jednak wpadła mi w rękę “Historia dawnego Izraela” Granta (niedawno wydana w Polsce), gdzie autor twierdzi coś dokładnie przeciwnego: chrześcijaństwo to jak najbardziej przedłużenie sekty Essenczyków. Nie będąc fachowcem, nie jestem w stanie odpowiedzieć, jaka jest prawda, dlatego tych, którzy oczekiwali, że się tej prawdy ode mnie dowiedzą i się zawiedli, najmocniej przepraszam.
Ale spróbujmy spojrzeć na spory wokół Zwojów z nieco innej perspektywy.
Zgodnie ze słynnym, kiedyś już na Poland-l cytowanym prawem Bojarskiego-Telejki, mówiącym, iż albo jest tak, albo na odwrót, albo też zupełnie inaczej (p v ~p v q), być może istota sporu leży nie w tym, czy chrześcijaństwo wywodzi się od Esseńczyków, czy też nie, lecz w czymś zupełnie innym? A jeżeli tak - to, w czym? Oto kilka moich domysłów, powtarzam: DOMYSŁÓW!
Temat: zwoje z Qumran niejako zahacza o temat “chrześcijaństwo a judaizm”, a to jest istne pole minowe. Praktycznie nie sposób na ten temat napisać czegokolwiek, aby nie zostać zaatakowanym bądź z lewa bądź z prawa. Żeby było śmieszniej, (?) to na to wszystko nakładają się jeszcze prywatne porachunki między rozmaitymi wybitnymi uczonymi, i w efekcie “są mity, które staja się faktami, są też fakty, które staja się mitami. Czymże są, wiec mity, a czym fakty?” Te filozoficzna prawdę wygłosił kiedyś Piotr Jaroszewicz, ale dobrze oddaje ona istotę wielu sporów, gdy w zamęcie wzajemnych uprzedzeń i urazów ginie właściwy sens dyskusji. Oto na przykład jesienią ub. roku “Jerusalem Post” opublikowało wielki artykuł o Zwojach z Qumran. Referując wyniki prac jednego z badaczy, autor nie mógł się powstrzymać od zwrócenia uwagi na fakt, iż badacz ów jest dominikaninem, a dominikanie to Święta Inkwizycja, a Święta Inkwizycja to wiadomo, co to była za instytucja.
Niby wszystko prawda, tylko jak się to ma do omawianego tematu, mianowicie: co zawiera odczytany przez owego zakonnika fragment zwojów, tego autor nie wspomina. A efekt jest taki, że nie wiem, do jakiego stopnia można wierzyć pozostałym stwierdzeniom padającym w owym artykule. Podobnie ma się sprawa z wieloma innymi publikacjami.
Z drugiej strony, na zdrowy rozum biorąc, opóźnienie publikowania wyników prac ma najprawdopodobniej bardzo ludzkie podłoże. Oto, bowiem dostęp do Zwojów oznacza granty, stypendia, konferencje... Taka gratka trafia się raz na 2000 lat, a ze uczeni to tez ludzie, więc ...
Ostatecznie opublikować “wszystko na raz”, to podciąć gałąź, na której się siedzi.
Ale co, jeżeli okaże się, że spiskowa teoria dziejów nie jest taka całkiem głupia? Że być może jednak w plotkach o spisku Watykanu jest jakieś ziarno prawdy? Bajki o jakiejś strasznej zawartości pism możemy wyrzucić do kosza, ale zastanowimy się nad takim oto problemem: do kogo zwoje należą? Do Jordanczyków (znaleziono je na ich terenie)? A może pieczę nad nimi winien sprawować ONZ? Ostatecznie jest to jakieś dziedzictwo ludzkości. Ale powiedzcie coś podobnego w obecności Izraelczyka, a dostaniecie po głowie - zwoje są wyłączną własnością narodu żydowskiego i kwita. Sprawa, jak się okazuje, nie jest trywialna, w związku z tym problem: kto kieruje odczytywaniem zwojów może mieć niezły podtekst polityczny.
Ostatnio znalezisko powróciło na łamy prasy. Oto zdenerwowany oczekiwaniem na publikacje biblista zatrudnił speca od komputerów i wspólnie odtworzyli, co zwoje zawierają. Trik, jaki zastosowali, był dość prosty - oto w jednym z opublikowanych dokumentów był słownik zawierający spis słów występujących w tekstach. Każde słowo było opatrzone informacja o tym, gdzie ono występuje, o słowie poprzedzającym
i słowie następującym po nim. Rzecz w tym, ze chciano dobrze poznać znaczenia słów staro - hebrajskich na podstawie ich kontekstu. Dla informatyka sprawa była prosta: wystarczyło cały ten słownik załadować do komputera, aby szybko i łatwo odtworzyć całość pism. Tak zrekonstruowane teksty zostały opublikowane, co wywołało reakcje łańcuchowa: na świecie było kilka bibliotek, posiadających odbitki zwojów na kliszach fotograficznych. Zgodnie z pewnymi ustaleniami treść odbitek była tajna, nie udostępniano ich nikomu. Teraz jednak, skoro i tak teksty zaczęto publikować “po piracku”, biblioteki uznały, że nie ma sensu dłużej trzymać kliszy w ścisłej tajemnicy - w efekcie de facto stały się one ogólnie dostępne. Rwetes się podniósł straszny, gdyż członkowie komisji międzynarodowej, od ponad czterdziestu lat badającej zwoje, zaczęli podawać autorów “pirackich wydań” do sądów, ci z kolei odgrażali się wytoczeniem procesów o celowe opóźnianie prac, słowem cyrk na kółkach.

Jak na razie sensacji naukowych w postaci odkryć obalających chrześcijaństwo nie zanotowano, były natomiast efekty uboczne całej tej afery: oto władze izraelskie postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce i nakazały dokooptowanie do badaczy paru uczonych żydowskich, wyznaczyły też nieprzekraczalny termin, do kiedy prace maja być ukończone, grożąc jednocześnie, że jeżeli termin ten nie zostanie dotrzymany, to wśród biblistów pracujących nad zwojami nastąpią czystki. Sam szef zespołu wyleciał z pracy już wcześniej w związku z antysemickimi uwagami, jakich się dopuścił w wywiadzie dla jednego z izraelskich dzienników. Na ile się orientuję, formalnie rzecz biorąc, Izraelczycy nie bardzo mieli prawo, aby dyktować jakiekolwiek warunki komisji (to nie oni tę komisję mianowali!), ale dziesięciolecia opóźnienia w badaniach zrobiły swoje i nikt nie protestował - światek naukowy był raczej zadowolony, że coś wreszcie ruszyło z miejsca. Zaś władze izraelskie powoli i niespostrzeżenie kładą na zwojach rękę. Zresztą może to i lepiej.

Na ostateczne wyniki przyjdzie nam jeszcze poczekać kilka lat, ale miejmy nadzieje, ze już tylko kilka. Być może wreszcie się dowiemy, jak to było z tymi początkami chrześcijaństwa...>

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji