nr. 58
VICTORIA, BC,
GRUDZIEŃ 2014
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Sylwester
Dom Polski
31 grudnia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

Ołtarz
Wita Stwosza

w Krakowie

E. Caputa-
Rozmowa
z Profesorem
Lohmanem

dyrektorem RBCM

Ewa Korzeniowska-
Poezja

Wojciecha Banacha

Bożena Ulewicz-
Grawitacja

opowiadanie

Lidia Mongard-
Laur

zioło miesiąca

W. Dziekan-
Nasz pasterz

ks. Kwarta

Tango Mrożka
w Vancouver
Fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 13

Rozmaitości

Indeks autorów

Bożenia Ulewicz

Grawitacja

Z głową ciężką jak czołg, pękającą od huku, niczym w hali „Włóknianki” na trzeciej zmianie, Sabina Kocoń usiłowała podnieść się ze skrzypiącego łóżka wczesnym rankiem w wigilię Wigilii Bożego Narodzenia. Co się podniosła, to ją znowu powalała siła ciążenia, zwana grawitacją. – Pamiętaj, Sabcia, gra-wi-ta- cja – pouczał ją kiedyś, dawno, dawno temu, taki jeden, co mu dali ksywę magister. Gra-wi-tacja! Rozkudłany, tłusty łeb ciągnął ją bezlitośnie na poduszkę. Gąsienice przewalały się gdzieś koło ucha, maszyny łomotały głucho. Z wyschniętych ust Sabiny wydarł się ochrypły jęk. Trzeźwiała, choć bardziej niż czołg i jazgot wózkowej przędzarki, przeszkadzało jej dokuczliwe postukiwanie za drzwiami, na korytarzu.
Kto tak, kurde, mógł hałasować?! Noc, kurde, ciemna, a tam pewnie nauczycielka, albo jej pokręcony mąż, porządki robią. Z determinacją wykonała próbę uniesienia głowy. Miała wielką ochotę wyjść i opieprzyć ich od góry do dołu. Co sobie, kurde myślą. Apsik, mały pokraczny kundel, zorientowawszy się, że jego pani daje oznaki życia, zaczął nieśmiało wykazywać poranną aktywność. –Won kundlu! – zachrypiała Sabina nie mając sił skarcić go bardziej dosadnie. Czołg powoli zaczynał zjeżdżać z jej głowy i przetaczać się w kierunku chrapiącego Cześka. Rąbkiem budzącej się świadomości przypomniała sobie, że miała sen. Oj!! Znowu załomotało na schodach i to tuż pod jej drzwiami. - Co une tak rumbią i rumbią? Litości nie mają – rozżaliła się Koconiowa. Czy ona prosi ich o te higiene? Cholerne czyściochy. Na złość jej tak robią, żeby Cześka obudzić i zaczął się na nią wściekać.
Z trudem podniosła się z łóżka ociężała po wczorajszej libacji, a jednocześnie z przebłyskami wspomnień z dzieciństwa. Na przemian był to poligon z przewalającym się wojskowym sprzętem w upalne południe i śnieżny przedświt, spowity ciemnością, wypełniony dźwiękiem dzwonu, terkotem drewnianej kołatki, z jakimi w jej wsi chodziło się na roraty. Otrzeźwiała. Wstała, spróbowała przejść parę kroków potykając się o rozrzucone buty Cześka. Cholera, nigdy nie można było go nauczyć porządku. Jak z oddali, choć przecież był na wyciągnięcie ręki, dobiegło ją znajome chrapanie konkubenta. Która to godzina. Na ulicy słychać było monotonne piłowanie samochodów. W nocy był setny mróz. Podeszła do okna i pochuchała na szybę, żeby w ogóle coś dostrzec. Bardziej domyśliła się niż zauważyła męża nauczycielki biegającego na tych jego pociesznych, cienkich nogach wokół auta i skrobiącego szyby. Też ci chłop! Jak ogryzek. Apsik zaskomlał. Lekko, bo nie stać jej było na większy ładunek energii kopnęła psa, żeby nie denerwował starego i zaczęła się ubierać.
Pokój wychłódł przez noc, choć Czesiek fest wczoraj napalił. Węgiel przytaszczył Ryba, kompan Cześka od niepamiętnych czasów. Robił kiedyś na ekspedycji kolejowej i wiedział jak i skąd towar podciągać. Przywiózł pół naczepki, więc trzeba było się postawić. Wypili cztery wina i zjedli bigos, który Sabina nagotowała na święta. Ooo!! Bigos! Podreptała do kuchennej wnęki i zajrzała pod pokrywkę. Znów ten cholerny czołg. Mało jej łeb nie wpadł do garnka, a już myślała, że piekielna machina przelazła na Cześka. Bigosu ledwie co zostało. Ryba, ten zawsze miał spust. Trzeba będzie kupić kapustę i trochę podgardla, może z dwa kawałki zwyczajnej, dumała ponuro. Znów wydatki. Wyciągnęła portmonetkę zadekowaną pod zlewozmywakiem i znalazła dwudziestozłotowy banknot, który Czesiek wspaniałomyślnie dał na dom ze trzy dni temu. Jak on się uchował? Swoją drogą musieli niezłą szarpnąć kasę za tę szynę, co to z Rybą zataszczyli do złomiarza. Napiła się wody z kranu, ubrała do końca i z ujadającym radośnie psem wyszła na klatkę.
Na korytarzu nikogo już nie było. Pachniało pastą do podłogi, którą nauczycielka mąż przeleciała schody. Maniaczka. Na to jeszcze nakładał się zapach kawy. Spływał z góry, od „unych”. Nauczycielka wstawała wcześnie i jak się pouwijała to robiła sobie kawę. Sabinie też się zdarzało. Kiedyś. Kiedy pracowała, jako konfekcjonerka w największych włókienniczych zakładach w mieście, zawsze po przyjściu na zmianę piło się kawę. I w przerwie też. Kawę kartkową, załatwianą na lewo, kupioną na bazarze, wystaną w kolejce. Jak ona wtedy smakowała! Sam miód. Lubiła wtedy kawę i słodkie wino, którego nazwy nie pamiętała. Zagraniczne. Bułgarskie, albo i jakie. Na Dzień Kobiet szły z dziewczynami z roboty prosto do „Basztowej”, zamawiały sobie po schabowym i zapijały elegancko winem. Takim słodkim, czerwonym. I pół litra też się rozpiło. Kelnery to tak wokół nich skakały, że hej. W pas się jeden z drugim kłaniał, jak dostał banknocik napiwku. Potem, trochę pijane, rozchichotane, szły ławą trzymając się pod ręce, ulicą wzdłuż Wisły.
Nie znała wtedy Cześka. Prawdę mówiąc, nawet w głowie jej nie postało, że zwiąże się z takim jak on. Miała przecież nauczkę. Waldek, żołnierz z poligonu, z którym prowadzała się pewnego upalnego lata, kiedy jeszcze do zawodówki chodziła. I co, został tylko wstyd na pół wsi. Dzieciaka matka gdzieś wywiozła do dalekich krewnych, na drugi koniec Polski. Chłopak był. Miałby teraz coś po trzydziestce. Utopił się w rzeczce nie głębszej jak po kolana. Miał trzy latka. Nie upilnowali psie krwie! A diabli tam! Pal grom wieś i wsiowych. Wchłonęło ją miasto. Wynajmowała pokój z trzema koleżankami z zakładu, tak jak i ona ze wsi, zasuwały, ciułały grosze i marzyły o lepszej przyszłości. O mieszkaniu w bloku, z łazienką i telewizorem. O jakimś fajnym chłopaku, porządnym, nie jakimś tam ochlaptusie, jakich wielu było dokoła. Marzył jej się taki z urodą francuskiego aktora, zgrabniutki brunecik o niebieskich oczach. Wtedy dużo chodziła do kina. W każdą sobotę, albo i częściej.
Zamknęła drzwi pozostawiając za sobą Cześka w rozgrzebanym barłogu, pokój przesiąknięty smrodem kapusty, którego sama nie czuła. Orzeźwiło ją mroźne powietrze na ulicy. Szarzało. Ludzie biegli do pracy, albo do sklepu zrobić jakie zakupy, wyprowadzali psy, jak ona. Czasami ktoś z tych psiarzy nawet do niej zagadał. Częściej do Apsika, który był miłym psiną. Mąż nauczycielki ukłonił jej się sztywno, wsiadł do rozgrzanego fiacika i odjechał. Spojrzała w okna na drugim piętrze. W trzech świeciło się światło. Znaczy się nauczycielka jeszcze nie wyszła. Pewnie pije tę swoją kawę i szykuje się do roboty. Ostatnio jeździła do szkoły na rowerze. Sama ten rower z drugiego taskała tam i z powrotem. Krzepę miała. Ee, dzisiaj to do szkoły przecie nie pójdzie, bo są ferie. Pewnie się bierze za pitraszenie. Jak nauczycielka gotowała, to pachniało na cały korytarz. Ach, jak pachniało. Nie jakiś tam byle bigos, jak u Sabiny. Z kuchni nauczycielki już od wczoraj wionęło pieczonym mięsem, suszonymi grzybami. Dzisiaj pewnie weźmie się za ciasta, rozmarzyła się Koconiowa. Czasami to tak ich drażniła tymi zapachami, bo u nich ciągle ta kapusta z jakimiś resztami kiełbasy, czy podgardla, a u tamtych, na górze rarytasy. Po tych siatach i torbach, jakie z chudym mężem wynosili z samochodu, widać było, że żarcia to tam się fura przerabiała. Po nauczycielce to było jeszcze widać, że lubi pojeść, w sobie była kobita, ale ten jej chłop? Cienizna.
Rozmyślając nieskładnie o tym i o owym, ślizgając się i potykając podreptała za Apsikiem na skwerek przy kościele. Po drodze mijali sklepy rozświetlone świąteczną dekoracją. Największe wrażenie robiła na Sabinie wystawa w osiedlowych delikatesach. Kiwający głową renifer ciągnął sanie z Mikołajem, wokół którego na przemian zapalały się drobne gwiazdki, a święty dobrotliwie, choć trochę sztywno, jak manekin, machał co pewien czas ręką zaopatrzoną w dzwoneczek.
Dotarła do kościoła, skąd wysypywali się okutani ciepło ludzie trzymający w rękach pogaszone roratnie świeczki i lampiony. Tuż obok przemknęło stadko dzieciaków. Chłopców. Wywijali plastikowymi torebkami okładając się wzajemnie i podczas tej batalii jednemu wypadła śnieg ministrancka komża. Dobrze, że na śnieg, pomyślała, nie pobrudzi się. Znów dopadł ją obrazek z dzieciństwa. Matka ściągała ich wcześnie z łóżka i całą gromadką, w sześcioro pędzili do odległego o dobre dwa kilometry kościoła. Mróz szczypał policzki. Ręce grabiały nawet wetknięte do kieszeni. A tu przecież trzeba było jeszcze kołatką wywijać. Czynili to zawzięcie. Chyba nie czuli tego zimna, czy co? A co za radość była, kto szybciej i głośniej terkotał.
Zakręciła się przy kościele. Przywołała psa. Już mieli wracać, gdy uwagę jej przykuły wojskowe ciężarówki podjeżdżające pod kościół. Na oczyszczony ze śniegu podjazd wyskoczyli młodzi ludzie w mundurach. Podszedł do nich proboszcz. – Panowie – powiedział – macie czas do południa, bo o pierwszej mamy pogrzeb. – Jak nie zdążymy, będziemy kończyć wieczorem, pułkownik Kowalik dał nam tu wolną rękę. – Pięknie, pięknie – zagadał proboszcz – mam tu starszych ministrantów do pomocy. Damy radę.
Sabina zaciekawiona obserwowała rozpakowywanie samochodów, z których zdejmowano pachnące lasem świerki, dobrych kilkadziesiąt drzewek, deski, różnej długości, ledwie co zheblowane, siano popakowane w wojskowe plandeki, skrzynie. Nie czuła ćmiącego bólu głowy, przyprawiającego o mdłości rwania w żołądku. Nad wszystkim górę wzięła prawie dziecinna ciekawość. Co tu się będzie działo. Podeszła aż do drzwi wejściowych.
Pani tu przeszkadza – rzucił ktoś szorstko – albo pani wchodzi do środka,
albo.... Weszła. Przycupnęła w ostatniej ławce bocznej nawy. W kościele zawrzała robota. Chłopcy od proboszcza wnosili choinki na chór, co to się ciągnął z obu stron aż do ołtarza. Żołnierze zbijali z deski, rozpakowywali skrzynie, z których wydobywali dobrze znane Sabinie gospodarskie sprzęty, konwie drewniane, maślnicę, taką samiuteńką, jaką babka Rozalia jeszcze używała. O i dzieżę, też podobną. To ci dopiero!
Zapatrzona w to co się działo przy ołtarzu Sabina zagubiła się w czasie.
Była niby tu, teraz, a jednocześnie jakby tam i wtedy. W domu, który przed świętami z matką i siostrami szorowało się do czysta. Wszystko się prało na gwałt, aż parowało jak w łaźni. Suszyło, aż pościel sztywniała na mroźnym stryszku. Łomot magla. Syk żelazka. A co się potem gotowało, smażyło i piekło. A jak się próbowało coś tam z tych pyszności podebrać, żeby choć drobinką wyposzczony żołądek oszukać, to babka, której oczom nic nie uszło, dawała delikwentowi po łapach, stanowczo, choć z wyrozumieniem.
Powoli z rozgardiaszu wyłaniała się betlejemska szopa, zaopatrzona, jak się patrzy, gospodarska. W żłobie pojawiło się siano. Sianem wymoszczono podłogę, a z boku rozstawiono świerki. Nie koniec tego. Wojskowi zaczęli wnosić donice z czerwonymi gwiazdami betlejemskimi, które utworzyły prawdziwy ogród z drugiej strony ołtarza. Inni instalowali nad szopą dorodną gwiazdę z długim ogonem. Tak im to szybko szło. Szast prast, już wisiała nad daszkiem. A jak rozbłysła, Sabina zamarła z zachwytu. Światełka ganiały się wzdłuż całej konstrukcji jak szalone, aż do momentu kiedy rozpalała się gwiazda. Wtedy wszystko jaśniało równym blaskiem. I znów gonitwa, bieganina mrugających żaróweczek, niczym iskry w popielniku, zakończona rozpłomienieniem się wielkiej gwiazdy. Koconiowa zgubiła poczucie czasu. Wokół niej skrzypiało drzewo, pachniało choiną i sianem, żołnierze, zgrabni, zwinni, jak ten jej Waldek, jeden w drugiego, uwijali się po kościele kończąc montowanie szopy, ustawiając drzewka na górnych galeriach, wynosząc opróżnione skrzynie. Na koniec ktoś postawił na samym środku ołtarza żłóbek sklecony ze skrzyżowanych żerdek, podsypał siankiem. Sabina czekała jeszcze aż ktoś rozścieli na tym sianku pieluszkę i położą na nim śliczne Dzieciątko Jezus. Toć przecie musi się Go tam kto położyć. Tak tego wyczekiwała, że ledwie słyszała muzykę spływającą na kościół z wysokiego chóru. Organista ćwiczył kolędy, przebiegając delikatnie ręką po klawiszach. Dźwięki drobiły pojedynczo, poczym posypały się szeroką kaskadą. Dołączyły dziecięce głosy. „Lulaj że Jezuniu, moja perełko. Lulaj ulubione me pieścidełko...”
Koconiowa jak zahipnotyzowana wpatrywała się w miejsce, gdzie powinno znaleźć się dzieciątko. Żłobek stał pusty. Stopniowo kościół pustoszał. Gdzieś podziali się zgrabni żołnierze, przestali biegać ministranci. Zniknęły młotki, piła, skrzynka z gwoźdźmi, drutem i kablami. Pozostała tylko szopa z jarzącą się nad daszkiem gwiazdą i żłóbkiem we wnętrzu. Jeszcze tylko uwijał się proboszcz coś tam poprawiając, przestawiając kwiaty, elementy dekoracji. „Bóg się rodzi, moc truchleje, Pan niebiosów obnażony...”. Sabina nie mogła już dłużej czekać. Podniosła się i na zesztywniałych z zimna nogach podreptała niezbyt równym krokiem w kierunku szopy. – A dzieciątko?! – zagadnęła księdza. Gardło i usta miała zaschnięte i głos ledwie jej się wydobywał. Inna rzecz, że chórzyści coraz bardziej ochoczo śpiewali: „W nędznej szopie urodzony, Żłób Mu za kolebkę dano!”. Więc przełknęła ślinę i zawołała - Proszę księdza, a gdzie dzieciątko? Gdzie Jezusik? Dlaczego nie ma dzieciątka?
Dosłyszał wreszcie i nie odwracając się nawet odpowiedział, że figurka zostanie położona w żłobie dopiero na pasterkę, jutro. Wyjaśnienie nie usatysfakcjonowało jednak Sabiny. Wdarła się do szopy dopominając się nie cierpiącym sprzeciwu głosem: - A dzieciątko? Gdzieście je zwinęli?!
Kobieto, jesteś pijana! – obruszył się ksiądz – Czy ci nie wstyd? Proszę
wyjść z kościoła! Stanowczym ruchem ręki wskazał jej drzwi. Ktoś właśnie je uchylił i do środka wpadł ujadając Apsik. Jak szalony popędził przed siebie zatrzymując się dopiero przy Koconiowej.
Czyj to pies? Wyprowadzić, proszę go wyprowadzić!
Sabina oprzytomniała. Pochyliła się w jakimś przepraszającym geście usiłując cmoknąć w dłoń proboszcza, który jak mógł uchylał się od niej i od Apsika, na koniec pochwyciła rozszczekanego pieska w objęcia i przy wtórze księżowskiego połajania, zawodzenia organów i chichotu chórzystów uciekła z kościoła szurając nogami po śliskiej posadzce, zatrzaskując za sobą ciężką połać drzwiową. Potykając się pędziła do domu.
Rozpierający ból głowy i hałas dochodzący zza drzwi obudziły Sabinę. Do tego dochodziło jeszcze chrapanie Cześka, posapywanie Apsika, perkotanie garnka z kapustą. Wiedziała, że powinna wstać i zamieszać, bo się przypali. Już nawet chyba się przypalała, ale jakoś nie mogła wezbrać w sobie siły. W pokoju było ciemno, ciepło i sennie. Czesiek fest w piecu napalił. Ryba przyniósł karpie, skądsiś wyfasowane. Wilia będzie jak trzeba. Tylko czemu ta nauczycielka, kurde, jak na złość tarabani się po korytarzu. Łeb jej, kurde, pęka z bólu, a tamte czyściochy znowuż sprzątają. Czesiek zaraz się obudzi i rozwściekli jak zawsze na nią, bo nikogo innego nie miał pod ręką, chyba że pies się nawinął, a te tłuką się ze szczotą po schodach. Pomiarkowania nie mają! Znów zapadła się w senny tunel, ale gdzie tam do spania. Trzeba wstawać. Trzeba świętować. Kapustę zamieszać. Tylko ta cholerna grawitacja. Gdyby nie ten pieprzony magister, do dziś nie wiedziałaby, że to takie cholerstwo. Zawsze mówili, że magister gorszy inżyniera.
- Bóg się rodzi, moc truchleje – mruczała Sabina dźwigając się i człapiąc ciężko do kuchenki obstawionej garnkami - a una rumbie i rumbie, nauczycielka jedna! Wrzasnęła w stronę drzwi grzebiąc kopystką w pełnym kapusty garze. I zanurzyła się w gmatwaninę wspomnień, marzeń i rzeczywistości. Na schodach ucichło. Ucichł dom. Nadeszła noc wypełniona ciszą wyczekiwania.>

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji