nr. 63
VICTORIA, BC,
LIPIEC 2015
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Polonijny piknik
Elk Lake
23 sierpnia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

Polskie stocznie
tak dobrze nigdy
nie było

Anna Berent-
Poeta emigrant

Stanisław Baliński

B. Ulewicz
W krainie skierek

i chochlików

A. Cieński-
O Powstaniu

Warszawskim

Lidia Mongard-
Na lipę

botanika stosowana

Biesiada
na 10 rocznice
Białych Orłów
fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 18


Rozmaitości

Indeks autorów

Bożena Ulewicz

W krainie skierek i chochlików

Czasami historia toczy się w przyśpieszonym tempie. W lutym 1807 roku wystarczyły niespełna dwa tygodnie by przez mało komu znane Górowo Iławeckie przewinęły się tuzy ówczesnej sztuki wojennej. Najpierw pojawili się reprezentujący armię rosyjską generałowie Leontij Benigsen i książę Bagration, a zaraz po nich nadfrunął korsykański orzeł – Napoleon Bonaparte, wówczas już cesarz Francuzów. Bardziej znane miejscowości nie doświadczyły takiego splendoru w ciągu wielowiekowej historii, a tu proszę.
Skąd ten natłok wodzów w jednym czasie? Ano niedaleko stąd, w Iławie Pruskiej (wówczas Preusisch Eylau, a dziś Bagrationowsk, leżący w granicach Obwodu Kaliningradzkiego FR) miała miejsce największa w czasie tej kampanii, pełna ofiar po obu stronach, a mimo to nierozstrzygnięta bitwa, stoczona między zjednoczonymi wojskami pruskimi i rosyjskimi, a rozsławioną armią francuską. W tym roku minęło 200 lat od tamtych wydarzeń.


Na śmierć i życie

Rozległy front bitwy, przemienne szczęście i ogromna determinacja walczących sprawiły, że Górowo przechodziło dosłownie z rąk do rąk. Bitwa toczyła się na śmierć i życie, a dramaturgii dodała śnieżna burza, która rozhulała się sprawiając, że francuskie oddziały pod wodzą gen. Argereau pobłądziły w zadymce i wymaszerowały wprost na dymiące rosyjskie armaty. Te dokonały prawdziwej masakry. Dopiero słynna szarża 80 szwadronów ocaliła Napoleona od przedwczesnej i ostatecznej klęski. Rosjanie odstąpili, Francuzi zostali na usłanym trupami pobojowisku, ale i tak propagandziści obu stron usiłowali przedstawić bitwę, jako swój sukces. A że wygrywa ten, kto zostaje żywym na placu boju, więc należałoby ten sukces przypisać Napoleonowi, na którego rozkaz Francuzi spędzili na pobojowisku aż tydzień. Grzebali swoich towarzyszy broni. Poległo lub odniosło rany przeszło 20 tys. żołnierzy.
To właśnie wtedy Bonaparte przespał noc z 17 na 18 lutego na plebanii w Górowie. Gospodarz, pastor Karol Wilhelm Kob, zaszczycon był został wówczas kwadransem rozmowy z Napoleonem, który co więcej gratyfikował duchownego za poniesione straty w wyniku najścia i rabunku dokonanego przez francuskiego żołnierza. Dziś pięknie odnowiona plebania nosi na ścianie marmurową tablicę informującą o obecności Korsykanina. Cesarz w mieście dłużej nie zabawił. Popędził do Ostródy, skąd słał tęskne listy do uroczej blondynki, szambelanowej Walewskiej, co spowodowało że śliczna Marysia przyjechała do kwatery cesarskiego kochanka, aby wspólnie spędzić kilka słodkich chwil w luksusowym pałacu w niedalekim Kamieńcu.
W cieniu wielkiej bitwy i kampanii wschodniopruskiej 1807 roku pozostają zwykłe ludzkie sprawy społeczności Górowa Iławeckiego i całych Prus wschodnich. Podczas, gdy armie lizały rany, zwykłe ludziska musiały zmagać się z konsekwencjami tego faktu – bowiem wrogie armie rozłożyły się w całych Prusach na kwaterze zimowej. Wojskowi ruszyli się do boju dopiero w czerwcu. Ostatecznie prusko-rosyjscy alianci dostali łupnia pod Lidzbarkiem Warmińskim, ale summa summarum wywalczyli pokój tylżycki, który jakby nie patrzeć był początkiem końca wielkiego małego kaprala. Pokój, nawet krótki, dobra rzecz. Dopiero wtedy miejscowa ludność mogła sobie pozwolić na krótką odsapkę. Spokój był pozorny. Wojsko rekwirowało konie i bydło, głód zaglądał w oczy, w ślad za głodem przyszły choroby. Ofiarą tyfusu padło ponad 400 osób.

Zmienne koleje losu

Wjeżdżając do Górowa od strony Lidzbarka Warmińskiego, aż trudno uwierzyć, że w tej okolicy toczyły się wydarzenia będące przysłowiowym języczkiem u wagi na szalach historii. Już z daleka można odczytać charakter dawnego założenia urbanistycznego miasteczka rozsiadłego na wzgórzu. Usytuowane tarasowo stare kamieniczki opierają się na linii dawnych murów. Ponad pierwszym rzędem domów wyrasta następny, a całość zwieńcza wieża gotyckiego kościoła znanego z interesującej polichromii, XVII-wiecznego ołtarza, a także ikonostasu projektu Jerzego Nowosielskiego, wybitnego malarza, wielce zasłużonego dla sztuki sakralnej.
Zatrzymałam się na rogatkach. Zawsze liczy się pierwsze wrażenie. Pierwszy rzut oka i już wiesz czy ci się podoba, czy nie. Niedaleko mostu przerzuconego nad zielonym od łąk strumykiem, zza krzewu bzu czarnego wynurza się rozległa szachulcowa chałupa kryta czerwoną dachówką, lśniąca w słońcu bielą elewacji. Brzęczą pszczółki, pachnie skoszona trawa, lekko kołysze się sitowie nad wodą. Aż trudno uwierzyć, że ta senna rzeczułka po części stała się przyczyną wielkiego nieszczęścia. W nocy z 2 na 3 stycznia 2000 roku Górowo przeżyło prawdziwy kataklizm. Nie wytrzymała zapora spiętrzająca wody rzeki Młynówki. Zbiornik o powierzchni ponad 10 hektarów położony w samym środku miasta stanowi jedną z jego atrakcji. Tamtej nocy woda zalała Górowo, spowodowała liczne straty. Zginęły 3 osoby. Dziś nie widać śladów katastrofy. W słoneczne popołudnie Młynówka wygląda niewinnie, a sam zalew wydaje się stworzony wyłącznie do rekreacji i ochłody.
Może spowodowała to niedzielna leniwość, letni skwar, a może pora była zbyt obiadowa, że miasteczko zwiedzałam praktycznie w pojedynkę. W samym sercu grodu, na ładnym ryneczku, z centralnie usytuowanym ratuszem, pierwotnie gotyckim, później barokowym, przebudowanym w połowie XIX wieku, ani żywej duszy. Zegar na starej wieży pokazywał parę minut po drugiej, więc niedawno mógł paść słynny okrzyk: „wpół do drugiej, czas na obiad!”. Z uchylonych okien starych kamieniczek dobiegały strzępy domowych pogawędek, szczęk talerzy, dźwięk telewizorów. Ryneczek równo wyłożony nowym brukiem, wokół na baczność stojące stylizowane latarnie. Po lewej owalnie przystrzyżone drzewa. Poczułam się jak pośród teatralnej scenografii przesiąkniętej właściwą sobie magią, albo po drugiej stronie lustra, gdzie wszystko może się zdarzyć. Ratuszowy zegar gotów był zafundować podróż w każdą czasoprzestrzeń. Lada moment przez rynek mógł przemknąć jakiś huzar pędzący na spienionym koniu ku niedalekiej plebanii, która w lutym 1807 roku okazała się jednako gościnna dla wodzów obu wrogich armii.
Wycieczka w czasie mogła zakończyć się gorszym epizodem.
Los miasta nie rozpieszczał. Oprócz licznych epidemii - cholery, dżumy, tyfusu – często grasował tu czerwony kur. Górowo paliło się co najmniej siedem razy. Dziś z tych opresji przetrwał, parokrotnie przebudowywany i odnawiany kościół. Czerwona cegła kontrastuje z jaskrawą zielenią trawnika i ciemnym starodrzewem. Odrzwia poniżej późnogotyckiego portalu przesłania malowniczo udrapowany, haftowany, ukraiński ręcznik. Obecnie w wiekowej świątyni znajduje się parafia greckokatolicka pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego. Zachowały się też fragmenty murów. Schodami w ich wgłębieniu schodzę na rozległą łąkę sąsiadującą z niedalekim parkiem. Na tle przenikliwego błękitu nieba rysuje się kościelna wieża i szczyty dachów.

Spod znaku Perkuna

Tę historię rozpoczęłam od czasów napoleońskich. Nie można jednak zapominać, że historia Górowa sięga znacznie dawniejszych czasów. Miasto powstało w prastarej pruskiej krainie zwanej Natangia, leżącej między Sambią, Warmią a Barcją, takiej spod znaku Perkuna, Natrimposa i Potrimposa i innych bogów, od których roił się świat dawnych Prusów. W tym panteonie nie brakowało chichotliwych żartownisiów, domowych duszków - skierek i chochlików. Kto wie, może właśnie jakowyś chochlik przywiódł mnie w gorące czerwcowe przedpołudnie, tam gdzie w samym sercu Natangii na szczycie jednego z jej licznych wzgórz rozsiadło się Górowo. Czy było tu coś za Prusów – nie wiadomo. Uważa się, że najbliższe osadnictwo staropruskie związane było z takimi miejscowościami jak Wiewiórki, Gałajny, czy Dzikowo. Tu raczej szumiała rozległa puszcza. To właśnie w jej gąszczu przez kilka miesięcy ukrywał się przywódca antykrzyżackiego powstania – Herkus Monte, zanim go bracia dopadli i powiesili pod Stabławkami w roku 1272. Nastąpił czas Krzyżaków. Chrześcijaństwo wyparło staropruskich bożków. Wprawdzie Prusowie mieli wiele zacnych cech – skromni, gościnni, chętni do pomocy w potrzebie, z drugiej strony jednak składali swym bóstwom ofiary z ludzi, a własną demografię regulowali uśmiercając nowo narodzone dzieci, w pierwszej kolejności dziewczynki.
W jakiś czasu po uśmierzeniu powstania, na wzgórzu w środku Natangii założono osadę zwaną najpierw Landstrass, a później, bardziej adekwatnie - Landsberg. Akt lokacyjny wydał komtur Henryk de Muro w roku 1335. Potoczyły się dzieje. Drewnianą architekturę zastąpiła ceglana. Miasto leżące na skrzyżowaniu handlowych szlaków bogaciło się, a wraz z nim mieszczaństwo. W czasie wojen polsko-krzyżackich, na miarę swych skromnych możliwości, rajcowie usiłowali ugrać coś dla siebie. Ostatecznie złożyli przysięgę wierności królowi Kazimierzowi Jagiellończykowi, ale niewiele to zmieniło, bo to zadłużeni Krzyżacy oddali Landsberg w zastaw jednemu ze swych dowódców. W roku 1535 książę Albrecht Hohenzollern, ten sam co zgiął kolano akcie hołdu, przed naszym Zygmuntem Starym, dał miasto w lenno rodzinie Waldburgów i od tej pory aż do roku 1810 było to miasto prywatne. Może nie bez przyczyny znajdującego się początkowo w herbie wilka porywającego jagnię zastąpił lis niosący gęś w pysku. Ostatnimi panami byli Schwerinowie. Ci z kolei pieczętowali się dzikiem. Jeden z nich Friedrich Wilhelm wybudował siedzibę rodową w niedalekim w Dzikowie. A herb Schwerinów można zobaczyć m.in. na sklepieniu kościoła w Górowie.

W cieniu akcji „Wisła”

W Górowie, vel Landsbergu, życie toczyło się rytmem odmierzanym nie tylko przez wielkie wydarzenia historyczne. Ludność była tu przemieszana prusko-polsko-niemiecka, z czasem z rosnącą przewagą tego ostatniego żywiołu. Językiem pruskim posługiwano się na tym terenie jeszcze w XVII wieku. Wielonarodowość stała się pewną specyfiką miasta. I tak już zostało.
Od lat 50-ch Górowo zamieszkałe jest w znacznej części przez ludność pochodzenia ukraińskiego, przesiedloną tu w ramach akcji „Wisła”. Nowi mieszkańcy, w większości wyznania greckokatolickiego, początkowo nie mieli łatwego życia. Przez cały okres PRL-u kościół greckokatolicki w Polsce nie miał osobowości prawnej. Nie można było budować ani nawet remon­tować obiektów sakralnych. Ich działalność początko­wo ograniczała się do odprawiania niedzielnej Mszy św. i udzielania sakramentu chrztu św. Ale nawet tak działające parafie były ważnym miejscem dla ludzi, którzy przybyli na Warmię i Mazury wbrew swej woli. Dawały im poczucie wspólnoty. Wielkim oparciem byli duchowni, a wśród nich nieżyjący już mitrat Mirosław Ripecki, którego imię od niedawna nosi jedna z górowskich uliczek, tuż przy starym kościele. Ten pochodzący z okolic Hrubieszowa charyzmatyczny duszpasterz trafił na Warmię i Mazury w roku 1947 z pierwszą falą przesiedleńców. Mniejszość ukraińska zamieszkująca Warmię i Mazury upamiętnia tamte wydarzenia organizując w tym roku wiele uroczystości. Warto też wiedzieć, że w Górowie działa znane liceum z ukraińskim językiem nauczania.
Przybysze wnieśli swoje akcenty do kulturowego tygielka regionu. Od czerwcowej „Noczi na Iwana Kupała” w regionie odbywają się liczne imprezy promujące folklor łemkowski i ukraiński. To słowiańskie święto obchodzone jest w najkrótszą noc w roku, w noc świętojańską. Mniejszość ukraińska świętuje według kalendarza juliańskiego. Iwana Kupałę obchodzi się zatem z 6 na 7 lipca. Podejrzewam, że w te magiczne noce wiele się może zdarzyć. Mogą się również pojawić staropruskie duszki. Podstępne i prześmiewcze skierki i chochliki tylko czyhają na chwile, gdy ochocza muzyka rwie nogi do tańca, a uświęcone prasłowiańską tradycją trunki pobudzą wyobraźnię. Oj, wiele się wtedy może przydarzyć. A kysz!>



Zgłodniałych turystów przygarnie restauracja „Natangia”, przy ul. Kościuszki 9 , oferująca kuchnię regionalną, w tym potrawy ukraińskie, litewskie, niemieckie. Gospodarze zapraszają do spróbowania : łężni (pampuchy z kapustą w środku w sosie grzybowym) , garandżoli (knedle z twarogiem) i cepelinów (pyzy z mięsem ). No cóż, jedźcie tam i jedzcie. Warto. Zwiedzić można ponadto muzeum gazownictwa znajdujące się w starej miejskiej gazowni z 1907 roku, a więc już stuletniej.
Miłośnikom agroturystyki polecam następujące adresy:

Leśniczówka Gałajny, Krzysztof Ferdycz Gałajny 18, 11-220 Górowo Iławeckie, tel 761 80 70

Leśniczówka w Nowej Wsi Iławeckiej, Henryk Maziuk Nowa Wieś Iławecka 18, 11-220 Górowo Iławeckie tek 761 80 61

Pod Tajemniczą Górą, Maria Konieczna, Pareżki 2
11-220 Górowo Iławeckie tel 761 70 55

>

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji