nr. 64
VICTORIA, BC,
WRZESIEŃ 2015
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Polska szkoła
zaprasza

Zabawa Halloween
Dom Polski
31 pażdziernika

Wszystkich Świętych
UROCZYSTA MSZA
kościół Sacred Heart
1 listopada

Zebranie
sprawozdawcze
Dom Polski
4 listopada

Akademia
Niepodległości

Dom Polski
8 listopada


ARTYKUŁY

Od Redakcji

T.Bielecki -
Gdyby to ...

Pakt Ribbfentrop-
Mołotow

E. Kamiński-
Jak to na wojence

gdy ułan z konia spadnie

A.Śmiarowski
O Solidarności

wspomnienie

E.Korzeniowska-
Wojnę szatan
spłodził

o Marii Pawlikowskiej-
Jasnorzewskiej

L.Mongard-
Mięta

botanika stosowana

Andrzej
Wróblewski
W galerii Stron

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 19


Rozmaitości

Indeks autorów

Adach Śmiarowski

Jak to było z tą Solidarnością
cz. 1


Pewien komentarz jest tu na miejscu. To wspomnienie jest ciągiem luźnych asocjacji odgrzebanych spod nawału wrażeń lat następnych. Memoria fragilis est i zabawa z własnym tak kruchym instrumentem wymaga delikatnej dłoni. Przypomina to nieco bierki – trzeba uważać, by przy wyciąganiu z dołu, nie zwaliło się to, co na wierzchu. Zapewne jest obecnie wiele uczonych opisów tamtego okresu i grzebacze historii maja wszystko odpowiednio poszufladkowane. Dla mnie intrygujące było odgrzebywanie tamtych twarzy, spojrzeń, nastrojów, myśli, złudzeń ...
A łeb psotny to wymiele i oto, co ręką na papier rzuci.

* * *

Jak to było z ta Solidarnością?

Był rok 1980. Siedziałem gdzieś przy granicy Kongresówki i jak Pan Bóg przykazał zajmowałem się uprawą, w tym roli. Ciepło się robiło.

Gdzieś ze zgiełku stołecznego przytarabanił się któregoś dnia Redaktor, wówczas zaangażowany serdecznie w działalność niejakiego Towarzystwa Patriotycznego „Grunwald” tudzież w pisanie Ważnych Wstępniaków do swojego czasopisma, zwanego „Rzeczywistość”. Redaktor zwykł był zawijać w moje okolice w celu wyłudzania ode mnie kawałów żydowskich, które skwapliwie notował i miał, czym szpanować przez czas jakiś. Jak się dowiedziałem już mieszkając w Ameryce, przyjeżdżał też do mojej chałupy, żeby się obeżreć i opić, bowiem ogólne było mniemanie, że drugiego miejsca tej klasy nie masz w Rzeczypospolitej.
Oto Redaktor bałaknął przy okazji, że cos się dziać zaczyna w kraju ludowym. Miałem wtedy w domu nawet radio, taka ładną heterodynię na lampach, nowoczesna wersje „Pioniera”. Zabrałem się za wyszukiwanie Wolnej Europy, ale pech chciał, że na znanych mi częstotliwościach akurat konkurencja nadawała audycję z życia traktorzystów. Po niejakim czasie doszło do mnie, jak - nie pamiętam, że Lublin strajkuje. Wkrótce potem doniósł mi pewien znajomy stójkowy, że i w Gdańsku upały do łbów stoczniowcom uderzyły.

Lato było już w pełni, kiedy oderwałem się na chwilę od rolii podygałem do Trójmiasta. Wjechać nie można było nijak (był bodaj lipiec), wszystkie drogi obstawione były ZOMOwcami, od południa golędzinowcami, od zachodu typami ze Słupska. Jakoś się lasem przetarabaniłem do Demptowa. W Gdyni było spokojnie.

Stocznie stały, stójkowi kręcili się tu i ówdzie. Spotkałem się z pewnym znajomkiem, weteranem roku 70-ego.
- E tam! - Machnął ręka.
Akcji nie było, a jemu się śniły tamte chryje grudniowe, kiedy miał na rozkładzie dwóch stójkowych, których pały i raportówki powiesił sobie w domu nad łóżkiem. Człowiek ów trzymał swoje przygody myśliwskie w tajemnicy, nie było, bowiem wykluczone, że spotkałyby się one z dezaprobata ówczesnych organów administracyjnych.

Pokręciłem się chwilę po okolicy i wróciłem do chałupy. Z daleka doszły mnie echa sierpnia. Wyglądało na to, że już po Jeżowatych. Otwierał się nowy rozdział w życiu narodu.

Jesienią zaczęło się powoli rozkręcać. Nie pamiętam, czy to wtedy (na pewno było ciepło, a chyba nie latem ‚81) pojawił się film „Robotnicy ‚80”. Zabawa była niezła. Otóż tu i ówdzie film ten wyświetlano iuris caducae. Był to czas przepychanek i ponoć oficjalnie film ów był dozwolony, jednak kina prikaz miały skądinąd i wyświetlać go nie mogły. Ktoś mi doniósł wtedy, że w kinie „Goplana” w Gdyni kierownikiem jest nasz człowiek i że „Robotnicy” tam lecą.
Poszedłem. Plakaty i program opiewały na jakiś ruski czy bułgarski chłam, toż samo wisiało przy kasie. Z tym, ze pani w okienku biletów nie sprzedawała, tylko bez słów wskazywała palcem na drzwi do sali. Wszedłem. W środku było zapchane po dziurki w nosie. Przykucnąłem na schodkach i tak obejrzałem po raz pierwszy i jedyny „Robotników”. Co mi najbardziej pozostało w pamięci to niejaki Jagielski, który pieprzył zupełnie od rzeczy. Twarzy przy stole nie zapamiętałem. Raczej przyglądałem się chłopakom, ale znałem mało, kogo. Pracowałem w wielu stoczniach, ale w Gdańskiej to akurat nie. W Remontowej, na tym samym przystanku, spędziłem kilka miesięcy, główna akcja działa się jednak w Gdańskiej.

Mój oddział („S”) dostał pokój koło Zarządu Portu w Gdyni. Wodzem był Andrzej B., porządny harcerz. Organizacja była tego rodzaju, że jej właściwie nie było. To był niby związek zawodowy, ale wiadomo było, o co chodzi, i kto chciał coś robić to robiłby to i tak. Akt nie trzymaliśmy, o oczywistościach się nie mówiło. Co którąś noc nieznani sprawcy plądrowali pokój. Przy spotkaniach rozmaitych, towarzysze wszelakich maści zachowywali się dość ciekawie, jak psy w kagańcach. Niby z zimną układnością, ale zionęło od nich, mój Boże!

Centrala była we Wrzeszczu, w jakimś hotelu robotniczym niedaleko knajpy „Crystal” (?). Tam ruch był znaczny. Jak się to nazywało, ciężko powiedzieć. Nikogo to aż na tyle nie obchodziło. Brało się bibułę i wiozło w Polskę. Na parterze z lewej strony była duża sala konferencyjna, a po prawej jakieś przepierzenia i pokoiki. Tam siedziały panie (przebóg, że wszystkie starsze), które pilnowały materiałów porozkładanych we wszelkich możliwych miejscach.
Na piętrze pierwszym (albo drugim) też było kilka biur, takich bardziej formalnych. Wpadałem tam w sprawach oficjalnych, jak wyciągnięcie pieniędzy na coś tam. Od spraw kulturalnych była pani Ania, suwnicowa ze stoczni, taka zapracowana bidulka, bardzo miła i uczynna. Jak miała pieniądze, to nie trzeba się było wiele wysilać, żeby coś wyłudzić. Od pani Ani, zresztą, zaczęła się ta cala zabawa i pewnie w szkołach dzieci się będą musiały jej nazwiska na pamięć uczyć. Ha! Historia.

Najwięcej zamieszania było na górze, na piętrze bodaj czwartym (w budynku także mieszkali ludzie, był to wszak hotel robotniczy). Tam siedział ten cały element, który się wykłócał z komuchami. Właziłem tam nieczęsto, bo zgiełk był niewąski, przepychać się było trzeba przez korytarze, a poza tym nie miałem tam żadnego interesu. Więcej się tam mówiło po angielsku niż po polsku, snuli się dziennikarze najróżniejszego asortymentu i nakopcone było tak, że siekierę można było zawiesić. Jako ciekawostkę dodam, że objechałem tam kiedyś jednego takiego karakana w czerwonej koszuli flanelowej, co przepychał się środkiem z papierosem w gębie i przepalił mi sweter (musiało być już chłodno). Ciekawe, jakby się losy Europy potoczyły, gdybym mu przylał był w pysk, a zdrowo? Miał ten wąsaty fart, że mnie wtedy było, co innego w głowie.

Najwięcej się gadało na dole. Tam się zawsze KTOŚ znalazł, kto miał coś do powiedzenia. Pewien lekarz dał mi tam dwugodzinny wykład organizowania związku od zera (wyłożyłem to potem mojemu przyjacielowi, W., później szefowi okręgu „S”). Miałem tam także klawe pogaduszki z pewnym kierownikiem kolejki trójmiejskiej. Ów jegomość był postacią barwną wielce, znaną ze swej postawy wspanialej i senatorskiej brody w pas. Słynął też tym, że co roku jechał swoim rowerem za Wyścigiem Pokoju. Zapewne nigdy bym go nie poznał bliżej, gdyby nie Związek, unikałem, bowiem jak zarazy wszelkich konduktorów, kanarów i im podobnych zwierzchności PKP-u. Ten człowiek wygłosił mi kiedyś bardzo płomienną tyradę polityczna (miał wspaniały lwowski akcent). Utkwiło mi w pamięci jak huczał: „... nam trzeba takich jak Kuroń, na przewodzenie narodowi!..” (Mam nadzieje, że ma się ten człowiek dobrze. Jakoś tak w roku 1989, w USA, wpadłem do jednej koleżanki z wizytą. Polska znów zaczynała być na pierwszych stronach. Dziewczyna włączyła TV. No i patrzcie! Grupa ludzi trzymających się za ręce, przed brama stoczni. Jakiś transparent. A na pierwszym miejscu, któżby inny! Mój znajomy, broda w szwedzki wicher, wąsy pięknie zakręcone pod oczy! I drze się, aż go słychać z drugiej strony oceanu: So-li-darność! So-li-darność!)

Co do Wałęsy, to naprawdę nigdy tego nazwiska tam, w kakapie się nie wymieniało (to się wtedy zmieniało co i rusz, jakaś KKK, MKR, KKZ, etc) nie słyszałem. Ktoś mi wtedy opowiadał, ze głównym globusem całej akcji był taki młodziak, brodaty, zdaje się, że był z Gdyni. Nazwisko pamiętam: Boguś Borusewicz, czy podobnie. Ale o Wałęsie ani dudu. Zresztą to nazwisk się tam wiele nie wymieniało. Z przyczyn wiadomych.

A przyczyny snuły się smutne i ciche. Przed samym wejściem do hotelu stało drzewo, ot, wyrastało z kawałka ziemi pośrodku chodnika. A tu któregoś ranka, proszę bardzo!
Chodnik, owszem, jest. Ale drzewa -- nawet i śladu. Miejsce zabetonowane, ślicznie i czysto. Przez moment mi się zdawało, ze pomyliłem ulice, a potem pomyślałem, że musiało mi się pokiełbasić i to drzewo stać musiało gdzie indziej. Cóż, drzewo pewnie przeszkadzało w robocie. Zasłaniało ...

(c.d.n.)

____________________________________________________________

Tekst po raz pierwszy ukazał się w dwutygodniku internetowym „Spojrzenia” w 1992 roku.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji