nr. 67
VICTORIA, BC,
GRUDZIEŃ 2015
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Komunikat
konsulatu
podwójne
obuwatelstwo

Zabawa
Sylwestrowa

Dom Polski
31 grudnia

Tradycyjny
Opłatek

Dom Polski
10 stycznia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

Świąteczna
kartka

z konsulatu

Historia opłatka
w Polsce

T. Skąpski
Na piaskach Sahary

Wigilia

Ks. Jelosicki-
Wycieczka do Betlejem

w 19 wieku

Krystyna Zetro-
Wywiad z
Santą


M. Grzeszczyk-
Wigilia u innych
kulinarnie

MC-
Byłem tu i tam
Wigiilie w podróży

L.Mongard-
Pierne przyprawy

na święta

R. Strzemiecki-
Cicha tragedia

chrzescijaństwa
bliskowschodniego
W Galerii Stron
Święta rodzina

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 22

Rozmaitości

Indeks autorów

Tomasz Skąpski

Na piaskach Sahary


Świętować w Wigilię Bożego Narodzenia można wszędzie, nawet w zagubionych wśród piasków Sahary oazach. Wyobraźcie sobie miastecz-ko arabskie, zaludnione potomkami czarnych niewolników, porwanych przed laty z Zachodniego Sudanu przez wojowniczych Arabów, którzy opanowali przed ponad tysiącem lat rozlegle terytorium Maghrebu, kraju zachodzącego słońca, czyli aktualniej Tunezji, Algerii i Maroka.
Dwie główne ulice zabudowane domami z czerwonej gliny (taki ma kolor piasek na wydmach Wielkiego Ergu Zachodniego), tworzą centrum mieściny. Budynki publiczne to przede wszystkim hotel „Oasis”, parterowy z patiami. Tworzywo gliniane daje chłód, co przyjmujemy z radością, gdyż 24 grudnia termometr wskazuje w południe 28 stopni C. Wewnętrzny dziedziniec hoteleowy opanowany przez zieleń palmową – hotel zbudowano jeszcze w czasach francuskich, w wokół źródła tryskającego z saharyjskiej skały.
Na zewnątrz, przy głównym skrzyżowaniu ulic króluje Aira, czyli merostwo. Mały budynek, ocieniony eukaliptusami. Pod nimi usadowił się sprzedawca amerykańskiej gumy do żucia i papierosów o egzotycznych nazwach „Afras”, „Chelia”, i „Safia”.
We wszystkich kierunkach od centrum rozciągają się gliniane domostwa, rozrzucone bezładnie tak, jakby ktoś rozrzucił woreczek suszonych daktyli i nigdy ich nie pozbierał.
Na zachodnim skraju oazy, w palmowym gąszczu stoi hotel nowoczesny, z basenem, terenem golfowym przyczepiony do piaszczystej skarpy. Za tą skarpą rozciąga się raj turystów – Sebkha, dawniej dolina pełna słonej wody, teraz piaszczyste morze, po którego skamieniałych falach można przejechać nowoczesną toyotą.
Przemierzamy powoli ulice miasteczka. Jest czas sjesty. Przed domostwami pomarszczeni starcy żują daktyle siedząc w kucki na czerwonym piasku pokrywającym wszystko. Dzieci mają przerwę w szkole i z ciekawością oglądają przybyszów. Kobiet nie widać. Opodal dwóch Szwajcarów stara się wykopać z wydmy swojego citroena.
Samo południe. Miasteczko nazywa się Timimoun. Leży na 30’ szerokości geograficznej. Timimoun leży w sercu algierskiej Sahary. Oddalone jest o 300 km od najbliższej miejscowości. To tutaj mamy spędzić wigilię Bożego Narodzenia, ósma nie w Polsce, ósma na obczyźnie, choć śniadanie wigilijne jest już za nami. Zjedliśmy je zamiast wieczerzy w oazie El- Golea od której dzieli nas trzysta kilometrów. Opuściliśmy ją rano. Miejscowość tę upodobał sobie w początkach poprzedniego stulecia francuski ksiądz, misjonarz, męczennik, ojciec Charles de Foucauld. Dawny oficer pułku huzarów, awanturnik pacyfikujący te zrewoltowane od niepamiętnych czasów przeciw różnym najeźdźcom tereny, postanowił odkupić swe winy porzucając służbę wojskową, poświęcił się działalności misyjnej. (Ta część Afryki, już od końca VII wieku była zislamizowana.)
Na wzniesionej ponad osadę wydmie króluje tutaj kościółek. Jednonawowy, z dwoma delikatnymi dzwonnicami w stylu neorenesansowym, obsypany ruchomymi wydmami, otwarty dla wszystkich, którzy pragną chwili skupienia i mają potrzebę refleksji i duchowej zadumy.
Samochody zapadają się raz po raz w piaszczystych wydmach. Dojeżdżamy jest wczesny poranek. Ogromna kula słońca wtacza się powoli na nieboskłon, wyganiając zeń pobladły księżyc, symbol islamu , leżący poziomo nad linią horyzontu. Budzi się do życia świat cykad, świerszczy i nielicznych ptaków.
Wchodzimy. Wnętrze kościoła robi wrażenie zadbanego, choć z każdego kąta wieje pustka. Stąpamy po czerwonym piasku, by dojść do głównego ołtarza. Budynek nie ma podłogi. Zjawiają się dwie siostry misyjne, które mieszkają w osadzie. Zapowiadają, że za chwilę przyjdzie ksiądz. Odbył daleką drogę, bo aż z Adrar, 400 km na południe. Będzie dziś do późnego wieczora objeżdżał swoje dziwne pustynne parafie, które znajdują się na terenie odpowiadającym wielkością połowie Polski, by odprawić w każdym miejscu, gdzie kilka osób tego oczekuje, tradycyjną messe de minuit, pasterkę. Zawitał również w El-Golea.
Ma w sobie coś podniosłego ta skromna celebracja narodzin Chrystusa głęboko na pustynnej przestrzeni Sahary. Wychodzimy zamyśleni i postanawiamy spożyć wigilię w pobliżu kościoła.
Panie wyjmują z lodówek pod-różnych przygotowane wcześniej wiktuały. Młodzież liczy potrawy. Entree to sardynki w occie, w oleju i w śmietanie – specjalność Danki.
Jest zupa rybna z sardynek! Jest ryż z rodzynkami. Jest pracowicie wyrabiany jeszcze przed wyjazdem przez obie panie makaron ze zbieranymi w podsetifskich laskach maślakami. Główne danie stanowi murena upolowana przez Kazika w morzu, w czasie ostatniego weekendu, przyprawiona na dwa sposoby. Faszerowane pastą jajeczną drobne pomidory i pachnąca świeżością bagietka dopełniają reszty. Na deser będą cytrusy, figi i niespodzianka – butelka wina daktylowego, które Kazik wyciągnął z bagażnika swojego samochodu.
Łamiemy się opłatkiem. Kazik nuci kolędy. Teresa recytuje wiersze. Muzyka cykad w otaczającym kościółek gaju palmowym. Życzenia. Myśl biegnie daleko do naszych bliskich, którzy świętują rocznicę narodzin Zbawiciela w odległej ojczyźnie.
Po porannej wigilii zwiedzamy jeszcze przylegający do kościółka cmentarz, na którym spoczywa ojciec Foucauld. Drewniany prosty krzyż. Chwila zadumy. Z oazy dochodzą głosy dzieci spieszących do szkoły. My też powoli zbieramy rzeczy, by udać się w dalszą podróż. Do miasta, w którym czas nie istnieje, w którym rytm życia wyznaczają wschody i zachody słońca.
Spacerujemy leniwie po krętych uliczkach Timmimounu. Z pobliskiego minaretu dochodzą śpiewne wezwania immama do modlitwy w meczecie. Zachodzi słońce. W ciasnym zaułku potrąca nas spieszący się młody człowiek w dżinsowej kurtce, o smagłej twarzy i kędzierzawych włosach. Przeprasza. Odchodzi i nagle przypomina coś sobie, staje i odwracając głowę wykrzykuje do nas: Joyeux Noel! On wie, że dzisiejszy wieczór jest dla nas ważny. Uśmiechamy się do niego. Kazik na próżno wodzi za nim obiektywem swojego wspaniałego Nikkona. Nasz przygodny znajomy znikł jak duch w labiryncie glinianych uliczek starego ksaru. Jest ciepło. Noc zapada szybko, jak to na południu. Nie wiemy jeszcze jak spędzać wigilijny wie-czór. Może ci Szwajcarzy, co odkopali swojego citroena z czerwonej wydmy, przyłączą się do nas wieczorem, by wspólnie powędrować myślami tam, gdzie nie księżyc czy słońce, ale tradycja wyznacza bieg czasu.>

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji