nr. 67
VICTORIA, BC,
GRUDZIEŃ 2015
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Komunikat
konsulatu
podwójne
obuwatelstwo

Zabawa
Sylwestrowa

Dom Polski
31 grudnia

Tradycyjny
Opłatek

Dom Polski
10 stycznia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

Świąteczna
kartka

z konsulatu

Historia opłatka
w Polsce

T. Skąpski
Na piaskach Sahary

Wigilia

Ks. Jelosicki-
Wycieczka do Betlejem

w 19 wieku

Krystyna Zetro-
Wywiad z
Santą


M. Grzeszczyk-
Wigilia u innych
kulinarnie

MC-
Byłem tu i tam
Wigiilie w podróży

L.Mongard-
Pierne przyprawy

na święta

R. Strzemiecki-
Cicha tragedia

chrzescijaństwa
bliskowschodniego
W Galerii Stron
Święta rodzina

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 22

Rozmaitości

Indeks autorów

MC

Byłem tu i tam

Wigilii w podróży miałem kilkadziesiąt. Takich domowych w miejscach zamieszkania przypominam sobie zaledwie kilka. Sam sobie czasem zadaję pytanie, jak to się dzieje, że człowiek, który zawsze żył w rodzinie tyle wigilii spędził poza domem.
Odpowiedzią wydaje się być ciekawość, podstawowa cecha reportera. Ja byłem ciekaw jak wyglądają święta na całym niemal świecie. Pamiętam taką wigilię spędzoną wśród poszukiwaczy diamentów w Mato Grosso w Brazylii, w dorzeczu rzeki Tocantin. Byłem wówczas Garimperio. Garimerio to człowiek wolny, który wybiera się w głąb dżungli w poszukiwaniu własnej kopalni diamentów. Najczęściej nie ma nic do stracenia, oprócz życia. Każdy, zatem nosi broń, a im więcej jej ma, tym większy budzi respekt.
W Brazylii żeby znaleźć diament, trzeba mieć poparcie nie tylko Boga, ale i „diabła”. Dlatego poszukiwacz zakopuje w pobliżu rzeki żywą kurę. W nocy obserwuje, w którym miejscu pojawi się ogieniek na wodzie i rankiem próbuje szczęścia.
Praca jest bardzo ciężka, pojedynczo prawie nie do wykonania. Dlatego też, zawiązują się parodniowe spółki dwóch, trzech osób. Podpływają łodzią do upatrzonego miejsca, obciążają się kamieniami i nurkując starają się odsunąć warstwę mułu. Gdy dokopią się do żwiru, nagarniają go do worków i łodzią przewożą na brzeg rzeki. Następnie przesypują go do batidy i żmudnie przepłukują.
Ja zawiązałem spółkę wydobywczą z niejakim Pedro, mężczyzną młodym, silnym, który tuż przed moim przyjazdem ostro bawił się i pił. Po dwóch tygodniach zabawy sprzedał konia, ostrogi, ubranie i zjawił się na brzegu rzeki. Wówczas go poznałem. Miał opinię awanturnika, rewolwerowca, który niejedno już miał i niejedno stracił. Po kilku dniach żmudnej pracy – a był to koniec grudnia – zwierzył mi się. Pedro poznał dziewczynę, której chciał dać wszystko. Postanowił zdobyć wielki diament na dobry początek ich wspólnego życia i robił, co mógł. Ale wciąż trafiały nam się małe diamenciki nazywane tam chibu, wystarczające jedynie do podtrzymania egzystencji. Pedro szalał i z coraz większą zawziętością przystępował do pracy. Ja sam zacząłem się obawiać, że wciąga mnie gorączka poszukiwaczy, nałóg, z którego bardzo trudno się wyzwolić. Znalazł w końcu bamburu! Z radości niemal szalał, a ja razem z nim.
Zbliżała się Wigilia. W tym czasie zbierają się wszyscy poszukiwacze diamentów, by dokonać podziału. Palą ogniska, piją dużo kaczasy, alkoholu pędzonego z czciny cukrowej, tańczą i strzelają w powietrze. Byłem przepełniony radością Pedra. Czułem się też bogaty, podobnie jak on, bo miałem dobry reportaż. Na pamiątkę zostało mi kilka malutkich diamencików.
Nie wszystkie jednak wigilie i święta spędzałem na odludziu, w dżungli. Te najbarwniejsze kojarzą mi się z Meksykiem. Jest tam wtedy klimat suchy i ciepły od 18 do 20 stopni powyżej zera. Ludzie wylegają na ulice pełne świetlnych iluminacji, dekoracji z baloników. Wszyscy kupują piniata, gliniane garnki wypełnione łakociami i ozdobione bajecznie kolorowymi bibułkami, czasem formowane na kształt zwierząt. Wiesza się je w domach pod sufitem, ku wielkiej wspólnej zabawie. Piniaty nie można po prostu dostać, trzeba ją zdobyć – rozbić naczynie kijem, mając zawiązane oczy.


Gigantyczna pinata na Placu Konstytucji w Mexico City

Ciekawostką jest, że prezenty dla dzieci kupuje się w ich obecności i to w dniu Trzech Króli. W Meksyku, podobnie jak u nas chodzi się z szopką. Dzieci wędrują przed świętami od domu do domu, symbolicznie przebrane. Składają życzenia, śpiewają, otrzymują drobne upominki za swoje występy. Wszędzie czeka na nie piniata.
W Wigilię nie ma takiego Meksykanina, który nie spróbowałby choćby plasterka indyka polewanego czekoladą. Zwyczaj podawania indyka w czekoladzie pochodzi z XIX wieku, kiedy to jedna z zakonnic, spodziewając się przyjazdu biskupa i chcąc go najlepiej ugościć, wrzuciła do garnka wszystko, co miała, także kakao i cukier. Stała się ta jej potrawa symbolem dobrobytu, wielkiego szacunku dla wszystkich przy stole i wróżbą dostatku.
W Meksyku spędziłem jeszcze dwie inne wigilie. Raz byłem gościem Indian Lacandones, którzy oficjalnie nazywają się katolikami. Poczęstowali mnie wówczas nóżką pie-czonej małpy, której mięso ma dobry słodkawy smak.
Nie ma jednak w meksykańskich zwyczajach ani sianka, ani opłatka. Nie ma choinki ani śniegu. Dlatego uważam, że najpiękniejsze i najbardziej rodzinne Wigilie są w Polsce, gdzie w końcu zamieszkałem i czuję się najlepiej.

Przejdź dalej

Napisz do Redakcji