nr. 68
VICTORIA, BC,
STYCZEŃ 2016
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Komunikat
konsulatu
podwójne
obywatelstwo

Zabawa
Walentynkowa

Dom Polski
13 luty


ARTYKUŁY

Od Redakcji

E. Sawicka
Tadeusz Konwicki

sąsiad

ECK
Cały naród

buduje stolicę

tygodnik Piast
Kolumna Zygmunta

Warszawa

E. Caputa-
Teatr

w Domu Polskim

B. Głogowska-
Nabieranie
Odwagi


E. Caputa-
Wśród swoich
Wywiad z Adelą

L. Mongard-
Włoszczyzna


W Galerii Stron
Warszawa
pędzlem Canaletto


Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 23

Rozmaitości

Indeks autorów

Elżbieta Sawicka

Tadeusz Konwicki - nasz sąsiad

7 stycznia minęła pierwsza rocznica śmierci autora „Małej apokalipsy”. Na frontonie kamienicy przy ulicy Górskiego została tego dnia odsłonięta tablica pamiątkowa, poświęcona pisarzowi i jego żonie, Danucie z Leniców Konwickiej.
Zaglądam do starych notatek. Trochę się tego latami nazbierało:

Poranek na Górskiego, deszczowy i trochę ciemny. Pod jesień. Konary drzewka szczęścia smętnie opuszczone, mięsiste liście chudną, żółkną i odpadają. Muchy śpią, pająki ukryte za obrazami starych mistrzów. Tylko cienkie jak włos pasmo mrówek faraona sunie prosto w stronę cukiernicy.
Tadeusz Konwicki siada w bujanym fotelu. Zapala papierosa.
Efekt obcości
– No, bardzo jestem ciekaw, jakie będzie to pierwsze pytanie.
– Patetyczne. Pamięta pan taki młodopolski wiersz „Koniec wieku XIX” Tetmajera?
„Jakaż jest przeciw włóczni złego twoja tarcza, człowiecze końca wieku?… Głowę zwiesił niemy”.
Chciałabym wiedzieć, jaką tarczę ma pan, człowiek końca wieku dwu-dziestego.
– Jestem nieuzbrojony. Nie uzbrajam się, bo to byłoby nielojalne wobec losu i przeznaczenia. Natomiast mam pewne mechanizmy, które decydują o moim życiu. Moim osobistym zjawiskiem wewnętrznym jest poczucie obcości. Miałem je przez całe życie, ale nigdy sobie tego nie umiałem zracjonalizować. Dopiero teraz, pod starość nagle zrozumiałem, że decydowało w jakiś sposób o moim postępowaniu. Krótko mówiąc, zawsze się czułem wrzucony do jakiejś rzeki, która mnie niesie. Właściwie wszystko się działo wbrew woli mojej… Myślę, że to jest może genetyczna usterka mojego kodu, może to być też wynik sytuacji, w której rosłem, poznawałem świat. Całe dzieciństwo, cała moja młodość z tych okoliczności wynikała. Może to przypadek charakterologiczny. Nie wiem, czy to ułomność, czy może po prostu obiektywna sytuacja, ale ja się zawsze czułem obco.
– A może to przeniesienie ze Wschodu na Zachód wywołuje takie poczucie obcości?
– Chyba nie. To nie jest jakaś sprawa socjologiczna czy kulturowa.
– Obcość człowieka z kresów przesadzonego do naszego ziemniaczanego Królestwa Kongresowego to za łatwe wyjaśnienie?
– Odrzucam w ogóle taką supozycję! Ponieważ analizuję się troskliwie, wiem, że obcość to jest moja osobista konstrukcja. Oczywiście ja usiłowałem ją nieświadomie zwalczyć. Jak pani wie, kilkakrotnie próbowałem wdać się w życie, ale zawsze byłem jakiś wychłodzony. Tak jak jeden z bohaterów Josepha Rotha co pewien czas powtarzam w różnych sytuacjach życiowych: „Co ja tu robię?”. Patrzę teraz wstecz na swoje życie i zastanawiam się, jakie są tego konsekwencje. Konsekwencją jest rodzaj chłodu wewnętrznego, który by można było uznać za naganny, gdyby nie był obiektywny. Konsekwencją jest i to, że ja mam skłonność – której się kiedyś bałem, bo uważałem, że może ona dawać rezultaty grafomańskie – aby na życie jako materię epicką patrzeć zawsze jakby z lotu ptaka. Nie wystarczała mi sama dramaturgia potoczności i przeróżne zdarzały mi się wobec tego odniesienia do transcendencji, jaką zawsze w sobie nosiłem.
Pan K. znika w kuchni, a po paru minutach wraca ze straszliwie mocnym naparem, od którego dzwoni mi w uszach, słabnę i tracę refleks. Patrzy swoim „okiem dookolnym jak lampa błyskowa na dachu wozu policyjnego”, czy jeszcze oddycham i czy magnetofon pracuje jak trzeba.
– Herbata smakuje? Dolać? To pani Konwicka parzyła.
Po raz pierwszy zobaczyłam pana Konwickiego w kamienicy przy ulicy Górskiego w maju 1971 roku. W okropnie nerwowym momencie: pomiędzy pisemnymi a ustnymi egzaminami maturalnymi. Staliśmy z Józefem, moim wówczas narzeczonym a dziś mężem, na klatce schodowej czekając na windę. Pamiętam niewiele: intensywny zapach mieszczącego się na parterze gabinetu dentystycznego, czarną skórzaną kurtkę pana K. oraz to, że przesłał mi niewyraźny, mdły uśmiech.
Po jakimś czasie zamieszkałam w tym domu. Zostaliśmy sąsiadami.
„O sąsiadach nic szczególnego nie mogę powiedzieć. Oni o mnie też, kłaniamy się sobie grzecznie przy windzie albo na schodach.”
„Kalendarz i klepsydra”.
Każda kolejna książka Tadeusza Konwickiego stawała się bestsellerem i wydarzeniem w polskim życiu literackim, ale dla mieszkańców domu przy Górskiego była przede wszystkim długo wyczekiwanym wydarzeniem towarzyskim. Pisał także o nas! Trafialiśmy na karty literatury.
„Sąsiedzi zaczynają ożywać. Już ktoś kogoś dusi, ktoś włączył krajzegę. Ktoś przewraca kredens.
Nasza kamienica jest duża i solidna. Zbudowano ją u schyłku epoki zwanej MDM-owską. Dlatego ma trochę dziwaczne kształty i do tych zewnętrznych kształtów dostosowano wewnętrzne podziały mieszkań. Dlatego też przez środek mojego lokalu przechodzi potężna ściana grubości 80 cm, a od sąsiadów dzielą mnie przepierzenia na jedną czwartą cegły”.
Pan Konwicki uchodzi w kamienicy za Strażnika Ciszy, postrach balangowiczów i amatorów głośnego słuchania Wolnej Europy. Pogromca porykujących pijaczków i wojska odchodzącego do rezerwy. Kat kataryniarzy i Orkiestry z Chmielnej.
– Co to za straszny człowiek! – użalała mi się słowiczym głosem sąsiadka z trzeciego piętra, pani Karolina Lubieńska. Przedwojenne „Książątko”, Ewa Pobratyńska w „Dziejach grzechu” z 1933 roku i matka Ewy Pobratyńskiej u Waleriana Borowczyka wzniosła do nieba jasne oczy: – Nie pozwala nam słuchać radia, boję się chodzić po domu w szpilkach, przeszkadza mu nawet, jak papużki śpiewają!
Za zakłócanie ciszy nocnej pan Konwicki mścił się straszliwie. Oczywiście literacko:
„Jeszcze tylko jakiś sąsiad przewróci mebel od niechcenia, inny wbije młotem szlagborek w ścianę, jeszcze gdzieś zakrzyczy na którymś piętrze czyjaś duszona żona i przyjdzie krótka cisza, chwila spokoju przemęczonego miasta”.
Decybele
Kiedy wprowadziłam się na Górskiego, rodzina Sawickich nie miała u pana K. szczególnie wysokich notowań. Istniały tak zwane zaszłości, jeszcze z lat 50. Moi teściowie: Konrad i Alina z domu Rymkiewiczówna oraz ich syn, małoletni Józio, mieszkali na pierwszym piętrze, bezpośrednio pod państwem Konwickimi. Teść zawsze był człowiekiem wybitnie towarzyskim, toteż imieniny bywały huczne, sylwestry szampańskie. Pan Konwicki, piszący właśnie w swojej słynnej nyży kolejną powieść, znosił to źle i czasami interweniował. Toteż obie rodziny wymieniały na schodach zaledwie chłodne ukłony.
Specjalistą od zatruwania życia pisarzowi był także Andrzej Wieczorek zwany Puckiem, syn sędziego Józefa Wieczorka i sędzi Niki Gorońskiej. Śliczny blondynek o niebieskich oczach w wieku lat sześciu potrafił wyprodukować kwas masłowy oraz zasnuć dymami całą klatkę schodową.
Józio był grzeczny i cichutki. Do czasu. Odziedziczona po ojcu żyłka bankietowa odezwała się już w końcowych klasach szkoły podstawowej, aby z całą mocą dać o sobie znać w czasach licealnych. Spokój pana K. był zagrożony bardziej niż kiedykolwiek. Ryczały Czerwone Gitary i Niemen, ryczeli Niebiesko–Czarni, Animalsi i Beatlesi. Najgłośniej ryczeli Rolling Stonesi oraz kawalerowie z liceum im. Jana Zamoyskiego. Zresztą koledzy z tej samej klasy Marysi Konwickiej, starszej córki pisarza.
Asceza
Przyszła bardzo długa i mroźna zima. Biedronki zasnęły w szczelinach parapetów, podkuliły czarne odnóża i udają nieżywe. Na latarni przysiadły dwie synogarlice, zadomowione na Górskiego od lat. Drzewko szczęścia kwitnie. Całe w kolorowych bombkach, obwieszone anielskim włosem, z godnością pełni u państwa Konwickich rolę choinki. Zbliża się Boże Narodzenie.
– Czy mogę pana zapytać o uczucia negatywne? O zawiść, zazdrość, pogardę? Doświadcza pan tego czasem?
– Tak. Wszyscy doświadczamy. Jeśli ktoś się zapiera, to kłamie.
Rozmawiamy o ascezie.
– Asceza daje lepszą wolność niż bogactwo. Ja mogę się zachowywać tak, jak się zachowywałem przez ostatnich trzydzieści parę lat, tzn. z pewną skromną nonszalancją, z pewnymi uporami i z pewnymi niewielkimi nieugiętościami, dlatego, że niczego nie potrzebowałem. Ludzie łaknący czegoś, starający się o coś, muszą iść na ugodę, posłużyć się jakimś tam konformizmem. Mnie nie było czego odebrać, ani czego odmówić. To mi dawało i do dziś daje pewną, oczywiście ograniczoną, ale wolność.
– Nie odczuwał pan nigdy pokusy, żeby wybudować duży dom z ogrodem i basenem?
– Za Słonimskim zacytuję przedwojenne powiedzenie starozakonnych kupców: „Wypluń, pani, to słowo!”. Nie, nie, nie! Na tę okoliczność mnie nie warto przepytywać.
Wigilijne róże
Znów minął rok i znów jest Boże Narodzenie. Przyniosłam na Górskiego wielką złotą bombkę z patriotycznym napisem firmowym „Rzeczpospolita”. Drzewko szczęścia raczej nie wytrzyma takiego ciężaru.
Sąsiad zachęcająco podsuwa w moją stronę talerz z mandarynkami. Za oknem pada coraz gęstszy śnieg. („Biały kurhan przywalił Paryż północy”).
Ciekawe, czy pan K. pamięta pewne zdarzenie sprzed lat. Nazywałam się już wtedy Sawicka i mieszkałam na Górskiego. W podziemiu wyszedł akurat „Kompleks polski”. Cała kamienica wyrywała sobie sfatygowany egzemplarz i czytała namiętnie po nocach. Króliczymi czerwonymi oczami, załzawionymi ze wzruszenia oraz z powodu drobnego, rozmazanego druku. Przeczytałam i ja. I w wigilijne popołudnie roku 1977, zanim zaświeciła pierwsza gwiazda, powiedziałam z mocą do męża:
– Co było, to było. Idziemy do pana Konwickiego z kwiatami.
Zakupiliśmy na Nowym Świecie czerwone róże i udaliśmy się z hołdem na drugie piętro. Drzwi otworzyła pani Danuta, nieco zaskoczona na widok naszej delegacji.
– Proszę wejść. Tadzio śpi po rybce w „‚Czytelniku”, ale zaraz go obudzę.
Po chwili wyłonił się wyrwany ze snu gospodarz. Więc my dziękujemy za tę piękną książkę, wręczamy kwiaty – a wszystko nieśmiało, bo przecież dobrze wiemy, ile w swoim czasie wyprodukowaliśmy decybeli. Pan Konwicki na to, że naprawdę jest mu przyjemnie. „Bardzo jestem zaszczycony” – mówi i całuje mnie w rękę. A zaraz potem, bach – mojego męża też! Józio szarpnął się jak koń dyszlowy, ale wyrwać się nie zdążył.
A już gospodarz uprzejmie zaprasza do salonu, gdzie bawi nas, jak gdyby nigdy nic, elegancką rozmową o awarii kaloryferów i pułapkach tego podłego świata.
Wilno i Azja
Znów jest zima. Pan Konwicki, okutany w swetry i szlafroki, wychodzi do kuchni, strącając po drodze od niechcenia czepiającego się ściany rachitycznego pająka. Na zaśnieżonym balkonie ląduje lekko gołąb, stadko wróbli już wcześniej obsiadło donicę z czarnym kikutem pelargonii. Kiedyś nie do pomyślenia. Nie ma kota Iwana. Nie ma im kto kota popędzić.
– Co to były za sfery, w których ja wyrosłem? Na ogół zubożała szlachta. Niezbyt bogata, bo ziemia na Wileńszczyźnie była dość marna, a każde powstanie kończyło się jakąś konfiskatą. Po klęskach powstań następowała pauperyzacja szlachty, która po pewnym czasie chłopiała, albo zajmowała się jakimiś dzierżawami, albo drobnym rzemiosłem, jakimiś niewielkimi fabryczkami. Kiedy pojawiła się na Wileńszczyźnie ta gigantyczna zdobycz cywilizacji, jaką była kolej żelazna, dała ludziom trochę pracy. Zaczepiali się przy kolei, na poczcie, przy telegrafie… I cały czas starannie przechowywali swoje „patenta szlacheckie”, po to, żeby się uwolnić od dwudziestopięcioletniej służby w carskim wojsku i być powołanym tylko na jeden rok. To był główny powód troskliwego przechowywania papierów. A tak żyło się życiem ubogim, bardzo religijnym i niesłychanie prowincjonalnym.
– Jak wiadomo – ciągnie swoją opowieść pan K. – nie mieszkałem nigdy w samym Wilnie. Wilno dla mnie było przerażającą metropolią, zupełnie taką jak Nowy Jork. Jak pół godziny po nim pochodziłem, czułem się ogłuszony, nic nie rozumiałem i nie mogłem potem trafić na stację. A przecież pamiętam, że zabolało mnie, kiedy przeczytałem, co napisał w swojej książce generał Kirchmayer, który jako młody oficer, chyba w 1927 roku, przyjechał do Wilna, bo go tam przeniesiono służbowo. Pisze, że kiedy wysiadł z pociągu, to się przeraził: zobaczył wschodnie, azjatyckie miasto z drewnianymi chodnikami. Czytałem to niezbyt zadowolony. Ale później generał strasznie się przywiązał do Wilna i swoją winę jakby umorzył…
Prolongata
Azja w Wilnie. No, proszę. Nika Gorońska, nasza sąsiadka z Górskiego, opowiadała inną historię.
– Jadę kiedyś autobusem linii 144. Obok mnie siedzą bardzo nobliwi, eleganccy starsi państwo z dziewczynką, może dziesięcioletnią, pewnie wnuczką. Dziewczynka jak z obrazów Renoira, ubrana w sukienkę z marynarskim kołnierzem i duży słomkowy kapelusz. Najwidoczniej nie zna Warszawy, bo po drodze ci państwo stale ją objaśniają: „To jest plac Unii Lubelskiej, a to aleja Szucha, przejeżdżamy koło Urzędu Rady Ministrów”. I tak dalej. Autobus dojeżdża do placu Na Rozdrożu i wtedy starsza dama mówi:
– Teraz widać Zamek Ujazdowski. A tam dalej, dalej, w dole – widzisz? Wisła. A za Wisłą – dodaje grobowym głosem – już Azja.
Tu Nika nie wytrzymała i wtrąciła się do rozmowy:
– Przepraszam panią bardzo, ale moi krewni z Wielkopolski utrzymywali, że Europa kończy się w Strzałkowie.
– I słusznie, proszę pani. Jak najbardziej. Bo w Strzałkowie przebiegała granica zaboru pruskiego i rosyjskiego. Ale ja już prolonguję do Wisły!
Nasz sąsiad wilnianin przepadał za tą historyjką.
Mrówki
Przy całym swoim ekumenizmie etnicznym i ogólnie znanej tolerancji pan Konwicki nie wszystkich jednakowo przyciska do serca. Usłyszawszy, że pochodzę z niemieckiej rodziny, wyszeptał pobladły: „Nie może być!” i dyskretnie się przeżegnał.
No, i jest jeszcze historia z mrówkami faraona na Górskiego. Kamienica generalnie była przeciw. Zhardziały. W biały dzień przemieszczały swoje wojska między kuchnią i pokojami, bez pardonu wyżerały cukier i przyprawy korzenne. Właziły w wedlowskie torciki. Pan K. tymczasem przywiązał się do tych rudych liliputów, podejrzewał je nawet o grzeczność i kurtuazję w stosunkach wzajemnych i postanowił traktować łaskawie.
„Ale moja okrutna rodzina kazała mi się pozbyć egzotycznych sublokatorów. Więc rad nierad kupiłem, oczywiście niemieckie, urządzenie, pewnie z jakimś gazem, i zawiesiłem pod sufitem w łazience i w kuchni” – pisał w „Pamflecie na siebie”.
Niemieckie urządzenie z gazem. Mein Gott. I czym ja – wnuczka Adolfa i prawnuczka Ferdynanda – mogę się teraz pocieszyć? Tym samym, czym się zawsze ratowałam w chwilach załamań. Cytatem z Konwickiego.
„Zniemczeni Polacy to samo dno. Militaryści, agresorzy, mordercy. Spolszczeni Niemcy to sama zacność. Czcigodni uczeni, nieskazitelni patrioci, męczennicy postępu”.
„Kalendarz i klepsydra”
Kolorowa mapa Wilna
Ciągnę czasem przez pół Europy jakieś flaszki, gałęzie z liśćmi bobkowymi, wyroby z muszli albo z czekolady. Gościniec z podróży dla naszego sąsiada. Pan K. mówi z uznaniem, że jest to wschodni obyczaj, wileński.
Kiedyś w Wilnie dostrzegłam w księgarni uniwersyteckiej „Littera” pewną mapę. Kazałam ją sobie natychmiast starannie zapakować. W samolocie wiozłam wielką tekturową tubę ze czcią, na kolanach, aby się przypadkiem nie zagięła i nie straciła urody. Po powrocie stawiłam się z moim trofeum na Górskiego.
I tak mapa z księgarni „Littera” weszła do literatury.
„Nad swoim wezgłowiem (mocno powiedziane) rozpiąłem plastyczną mapę Wilna. Otrzymałem ją w prezencie, więc trzeba było z nią coś zrobić. Bo ja nie jestem sentymentalny i nie chowam zasuszonych kwiatów, znaczących liścików ani pamiątek po szczęśliwych wydarzeniach. Wszystkie odpady życiowe unosi ze sobą wiatr historii, a właściwie raptowny podmuch mojej niecierpliwej histerii.
Ale tę mapę, na której są wyrysowane wszystkie domy wileńskie, kościoły i skwery, przypiąłem pinezkami do sfatygowanej ściany i popatruję na litewski obraz mojego miasta.
I widzi mi się ono jak Strasburg albo Norymberga, bo nie odczuwam ani bicia serca, ani podpływającej skądś rzewnej słodyczy. Po prostu spoglądam na jakieś miasto podobne do innych.
Moje Wilno zastygło na zawsze w szklanej kuli wypełnionej słonecznym płynem młodzieńczego wigoru i tylko nad nim w tej jarmarcznej kuli, płyną przezroczyste obłoki niewidzialnego czasu”.
„Pamflet na siebie”
Partnerstwo
W sprawie kobiecej urody pan K. deklaruje się jako ogromny liberał estetyczny.
– Nie tam, żeby koniecznie blondynki albo brunetki. Nie. Podobają mi się ładne panie. Z jednym zastrzeżeniem i mówię to ogromnie zawstydzony, bo to dowodzi pewnego mojego ograniczenia. Nie pociągają mnie – mogę lubić, szanować, ale nie pociągają mnie – kobiety typu babochłop, czyli, jak pisał Witkacy, kobieton. Strasznie lubię kobiece kobiety.
Posągowe piękności? Niekoniecznie. Doskonałość mrozi w człowieku pociąg erotyczny.
– I dlatego mnie wzruszają drobne defekty. Nóżki tzw. fortepianowe, niedoskonały biuścik, ale miły, sympatyczny – wszystkie te rzeczy są ujmujące. W romansie potrzebny jest partner i nawet dobrze, jeżeli ten partner, czyli kobieta, trochę nas przewyższa. Ponieważ obcowanie z kobietą głupią, marną, powoduje w mężczyźnie lęk, że jest sodomitą. Że nadużywa ufności pozbawionego świadomości zwierzątka. Czyli w tym zdarzeniu, które trudno określić, a które jest naszym własnym dorobkiem jako gatunku ludzkiego, jest pięknie, kiedy sądzimy o partnerze, że nas przewyższa. I vice versa.
– Potrafił się pan przyjaźnić nieerotycznie z kobietami?
– Z trudem.
– A uznaje pan w ogóle istnienie takich związków? Bez podszewki erotycznej?
– To się staje powszechne w pewnym wieku; potem następują już uspokojenia. Ale w młodości – to cinżko mi uwierzyć w bezinteresowne przyjaźnie. Cinżko, jak mówią Ślązacy. Zimno, znów nie grzeją sukinsyny. Napije się pani herbaty?
Spowiedź
Pewnego dnia w naszym życiu pojawił się fiński dziennikarz Martti Puukko. Zażywny blondyn o oczach niebieskich jak Bałtyk. Zjawił się w redakcji „Rzeczpospolitej”, opowiedział o filmie, który już nakręcił i o tych, które ma zamiar zrobić w przyszłości. Ten pierwszy, zatytułowany „Nie ma już kraju mojego dzieciństwa”, pomyślany był jako podwójny portret: Wajdy i Konwickiego.
Obejrzałam i padłam do tyłu. Z zazdrości. Stanął mi nagle przed oczami Jan Parys na plakacie wyborczym z września 1993: „Czterdzieści trzy lata skromności”. Czterdzieści trzy lata skromności, beret na bakier, oczy spuszczone i nic. Przegrał, przepadł. Klapa.
Ze mną tak samo. Dwadzieścia pięć lat grzeczności (liczę od 1971, kiedy pierwszy raz minęliśmy się z panem Konwickim na pachnącej dentystą klatce schodowej). Ćwierć wieku powściągliwości. Takt, umiar, elegancja, żadnej dziennikarskiej obcesowości, same europejskie pytania. I klęska. Przychodzi ubrany w marynarską koszulkę Fin o wyglądzie bosmana i kalecząc lekko polską mowę wali prostu z mostu – proszę mi tu zaraz opowiedzieć o śmierci, o Bogu, o szczęściu i nieszczęściu! A pan Konwicki: w porządku! Nabiera powietrza w płuca i, proszę bardzo, odpowiada. Zwierza się Finowi z najstraszniejszych tajemnic swego życia.
– Co dla pana znaczy słowo „śmierć”? – pyta na przykład lekko Martti Puukko.
– Dla mnie osobiście, dla mnie jako Tadeusza Konwickiego, znaczy ulgę. Ja mam dziwne usposobienie i dziwną budowę wewnętrzną, psychiczną. Ja nie jestem zadowolony, że się znalazłem na świecie, że jestem uczestnikiem tej egzystencji. Przyjmuję to bardzo sceptycznie, ponieważ wydaje mi się, że dola człowieka jest strasznie uciążliwa. To jest jednak cały ciąg męczarni z krótkimi chwilami ulgi, samozadowolenia, czy nawet tego, co nazywamy szczęściem. Ale to jest bardzo delikatna okrasa tego ogólnego strasznego mozołu.
No, to już wiem.
Szarlatani
Pan Konwicki coraz niechętniej rozmawia o polityce. Kiedy próbuję chytrzyć, podejść go i wrzucić jakieś podchwytliwe pytanie, rzuca błyskawice zza okularów:
– A co to pani jest dzisiaj redaktorem Michnikiem, albo Gottesmanem juniorem? Żadnych sztuczek, proszę. Polityki nie będzie.
Ale polityka nie znikniknęła z naszego życia. Wciąż była obecna.
W „Czytadle”, książce nie bez powodu porównywanej z „Małą apokalipsą”, dał barwną galerię szarlatanów, niespełnionych przywódców i stukniętych ojców narodu.
W 1994 reżyserował w Ateneum „Jegora Bułyczowa” Maksyma Gorkiego.
– Jest to – mówił mi wtedy – sztuka o człowieku chorym na raka, którego otoczenie usiłuje wyleczyć z choroby. Może też być to sztuka o społeczeństwie chorym na raka, które to społeczeństwo usiłują uleczyć znachorzy. Znachorzy, różni samozwańczy lekarze, a także ludzie, którzy poczuli w sobie boskość i sądzą, że są w stanie ratować bliźnich z opresji. Okazuje się naraz, że ten utwór jest dość obszerny, pojemny i niezwykle odpowiadający chwili, w której żyjemy.
Minął rok. Zadzwoniłam do pana K. późną jesienią, gdzieś koło listopada, ale zapowiedział, że długo nie pogadamy, bo się zaraz udaje na policję. Oddać paszport i zrzec się polskiego obywatelstwa.
Ale chyba do tego nie doszło.
Kiedy przy kolejnym politycznym przesileniu popadam w lekką histerię, pan K. próbuje mnie jednak uspokoić:
– Nie ma stanu totalnego zagrożenia. To, co dziś obserwujemy, to są dość naturalne walki wewnętrzne. Nie budzą we mnie przerażenia. Może mały niepokój, grozy nie. Nie spodziewam się zresztą żadnych ponurych konsekwencji, bo wiem z doświadczenia życiowego, że Polska jest krajem żytnio-kartoflanym, w gruncie rzeczy bardzo łagodnym. Tu się wszystko kończy na pokrzykiwaniach, na małych intrygach.
Nie jestem pewna, czy podobnie pocieszałby mnie u progu roku 2016.>

Text pochodzi z portalu www.studioopinii.pl

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji