nr. 68
VICTORIA, BC,
STYCZEŃ 2016
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Komunikat
konsulatu
podwójne
obywatelstwo

Zabawa
Walentynkowa

Dom Polski
13 luty


ARTYKUŁY

Od Redakcji

E. Sawicka
Tadeusz Konwicki

sąsiad

ECK
Cały naród

buduje stolicę

tygodnik Piast
Kolumna Zygmunta

Warszawa

E. Caputa-
Teatr

w Domu Polskim

B. Głogowska-
Nabieranie
Odwagi


E. Caputa-
Wśród swoich
Wywiad z Adelą

L. Mongard-
Włoszczyzna


W Galerii Stron
Warszawa
pędzlem Canaletto


Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 23

Rozmaitości

Indeks autorów

Barbara Głogowska

Nabieranie odwagi


- Hello, proszę pani!
Kiedy usłyszę takie powitanie- już wiem, że to dorosły uczeń albo uczennica z mojej polskiej szkoły.
- Czy mnie pani poznaje?
- Gdzieś tę buzię widziałam, ale nazwiska nie pamiętam.
- Ja jestem Edzio Grabarczyk
- Ach, teraz pamiętam cię, oczywiście! Siedziałeś w trzeciej ławce pod ścianą. Co tu robisz?
Spotkanie miało miejsce w windzie wielkiego sklepu departamentowego. Edzio ubrany jak przystało na poważnego człowieka świata handlu i finansów, idzie załatwić sprawy swojej firmy.
Innym razem ktoś na drugim krańcu Kanady, rzuca mi się nagle na szyję.
- To ja Anielcia! Z polskiej szkoły, w której pani uczyła.
Anielcia jest matroną pokaźnych rozmiarów z trójką dorastających dzieci, czynną członkinią organizacji polskiej. Zabiera mnie do swojego domu. Wspomina:
- A pamięta pani jakośmy to grali „Sierotkę Marysię? Trzy nas było na tę rolę, a pani wybrała mnie. Albo tę Kasię, co się w lesie zgubiła… Motylki dookoła niej tańczyły, a jeden zwrócił wszystko co zjadła wprost na scenie na tę Kasię, co zaczęła płakać… A jak żeśmy grali w Gronie Młodzieży „Lilię Wenedę”?
I zaczyna recytować tekst, którego nigdy nie zapomniała.
Tych moich uczniów i uczennic spotkałam wielu. Są to dziś lekarze, profesorzy, urzędnicy, dyplomaci, właściciele własnych przedsiębiorstw, żony z wyższym wykształceniem, sekretarki nauczycielki w szkołach kanadyjskich, a nawet jedna jest członkinią ”National Ballet of Canada”. Znalazła się tam podobno, ponieważ kiedyś w polskiej szkole, dałam jej solowy występ taneczny w jakimś przedstawieniu i to nastawiło ją na późniejszą karierę.
Są oni wszyscy, może nie zdając sobie z tego sprawy, nagrodą za lata pracy w polskich szkołach. Nagrodą chyba najpiękniejszą, jakiej życzyłaby sobie każda nauczycielka.
- Może by pani u nas obięła polską szkółkę? Jużeśmy o tym mówili na posiedzeniu. Dostanie pani trzydzieści dolarów na miesiąc.
Zawahałam się. Czy potrafię? Nie znam tutejszych stosunków, metody nauczania dzieci…
- doda się pani dwóch chłopów i będzie okey.
- Dwóch chłopów? A po co?
- Żeby trzymali porządek. Poprzednią nauczycielkę przegnały dzieci kamieniami.
„O, Boże” - pomyślałam przerażona – „a cóż to za zgraja, te polskie dzieci w Kanadzie? Naprawdę ogarnął mnie strach.
Postanowiłam przyjrzeć się jak się taką „szkółkę” prowadzi. Poszłam na salę Domu Polskiego na niedzielne wieczorne przedstawienie. W owych czasach, co niedziela wieczór odbywać się musiał tzw. Koncert, gdyż Polacy z poczucia wspólnoty schodzili się na spotkania.
Dom Polski stał, a jakże, choć ciągle jeszcze w kraju panował straszliwy kryzys, a polscy imigranci gnieździli się w ubogich mieszkaniach i pracowali przy najcięższych robotach, o ile w ogóle pracowali. Kobiety jeszcze zawsze jakoś pracę znalazły: to w fabryce ubrań, w szwalni, lub w tak zwanej „reksowni”, a co to było, dowiedziałam się późnej. Po prostu przebierały zebrane od ludzi „rugs” obcinając guziki, zapięcia, metalowe zamki. Resztę cięły na skrawki, które szły na wyrób papieru. U każdej były woreczki i pudła pełne tych skarbów, bowiem guzik czy zapięcie kosztowało pieniądze, a pieniędzy nie było wiele. Gorzej było z mężczyznami. Na próżno chodzili od jednej bramy fabrycznej do drugiej, by po raz setny przeczytać napis „No work”. Kryzys trwał w całej pełni, pracy nie było… Mężczyźni z wózkami dziecinnymi, z maleństwami uczepionymi u ich rąk, stali z kumplami na rogach ulic, użalając się na ciężkie czasy. Niektórzy nie mogąc znieść bezczynności wybierali się na farmy i siadywali w rowach przy farmach, w nadziei, że gospodarz weźmie ich do pracy na dzień, bodaj za dziesięć centów, bodaj za życie…
I dopiero później, gdy Kanada wypowiedziała wojnę, gdy powoli rozkręcały się fabryki, nastawiając się na przemysł wojenny, skończyły się ciężkie czasy. Jedni z miejsca poszli do Armii Kanadyjskiej, inni znaleźli z łatwością pracę w fabrykach, ba nawet młodzi chłopcy, nawet kobiety, bodaj na kilka godzin dziennie, a może na nocna zmianę. Zaplata dobra…
Ale Dom Polski już stał. Była to wprawdzie piwniczna sala z kilkoma przyległymi pokoikami, kuchnią i ustępami, ale jak na owe czasy ogromny dorobek niezamożnej Polonii torontońskiej, wzniesiony pracą własnych rąk i drobnymi datkami.
Już się zorientowałam, że z braku artystów dzieci szkolne przygotowywały przedstawienia w poniedziałki, środy i piątki, a występowały w niedzielę, gdy „na halę” schodzili się Polacy. (Długi czas hala łączyła mi się w myślach z szerokimi łąkami górskimi i dopiero, gdy poznałam coś niecoś angielskiego, zorientowałam się, że to po prostu „Polish Hall”).
Gdy weszłam do Sali, było ciemno. Ciemno było również na scenie, gdyż sztuka odbywała się w piekle. Dopiero, gdy oczy przyzwyczaiły się do mroku, ujrzałam na scenie tron, na nim Lucyfera, a podsądnymi byli Hitler i Mussolini. Niewiele można było obejrzeć, ale była tam też Polska brzęcząca prawdziwymi łańcuchami, wypożyczonymi z mleczarni, która znajdowała się wraz z krowami na ulicy Claremont, w pobliżu Dundas. Nie wiem, kto napisał tę sztukę, ale musiał to być pisarz, dramaturg, umiejący wykorzystać aktualne wydarzenia światowe.
Samopoczucie me wzrosło po obejrzeniu tej sztuki. Chyba dam sobie radę z trzydziestoma paroma dziećmi…

{ I tak się zaczęła kariera polonijnej nauczycielki sprzed ponad siedemdziesięciu laty. }

Barbara Głogowska - fragment wspomnień „Wczoraj w naszej Polonii” ukazał się w „Pamiętnikach imigrantów polskich w Kanadzie” - Polish Alliance Press. Toronto 1975. Str. 125

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji