nr. 71
VICTORIA, BC,
KWIECIEN 2016
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Rzeka czasu
River of Time

Metro Studio Theatre
Victoria,
22-24 maja

B.L. Makowieccy,
Zayazd

Dom Polski
23 maja


ARTYKUŁY

Od Redakcji

E. Korzeniowska
S.Wyszyński

Prymas tysiąclecia

S. Wyszyński
Śluby

Jasnogórskie

E. Kamiński
Zesłańcy cz2

Sowiecki terror

W.Widział-
Konferencja
Bermudzka

1943

H.Sienkiewicz-
Sluby Lwowskie

Jana Kazimierza

L. Mongard-
Lawenda


W Galerii Stron
Jan Matejko


Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 26

E.Korzeniowska
Przyjazd Wujka
grupa teatralna
Dom Polski

Rozmaitości

Indeks autorów

Edward Kamiński

Zesłańcy
cz. 2


Pociągi z zesłańcami składały się z bydlęcych wagonów, w których były drewniane prycze umieszczone po obu stronach drzwi, w środku znajdował się żelazny piecyk, a za toaletę służyła dziura w podłodze wagonu. W takim wagonie umieszczano zwykle 50-70 ludzi. Autor rysunku : Telesfor Sobierajski; źródło : Fundacja Kresy-Syberia

Zakluczony

Łomot i wrzaski - odkrywaj (otwieraj) przeplatane przekleństwami. Nie było wątpliwości - to oni!! Regulaminowa trójca: aparatczyk NKWD w mundurze, z naganem na smyczy w odpiętej kaburze u pasa. Drugi po cywilnemu, ale w krasnoarmiejskim kołpaku z nausznikami i czerwoną gwiazdą, przedstawiciel ludu wyzwolonego nagle i wbrew jego woli. Oficer tytułował go - Sudia (sędzią). Trzeci - zwykły mundurowy z pepeszą dla ochrony tych dwóch “dygnitarzy”. Przyszli jak zawsze w urzędowo zatwierdzonym czasie - po północy, kiedy zaskoczeni, zerwani ze snu i zdezorientowani domownicy nie stawiają oporu ani nie próbują uciekać.
Popędzani łagodną perswazją “po rusku”, kopniakami i krzykiem pod stenu (pod ścianę), wszyscy stali z podniesionymi ramionami. Babcia Paulina dygocąc powtarzała słowa modlitwy: ...i w godzinę śmierci naszej zlituj się nad nami...
- Mamo, uspokajał Staszek - to nie egzekucja, to tylko bolszewicki dryl, takie mają zwyczaje w obcowaniu z ludźmi.
Muza i starsza córka Doda cicho pochlipywały. Młodsza Irena i Władek jakby zamarli. Tylko dziadek Franciszek mamrotał pod nosem - oby was święta ziemia pochłonęła. Omdlałe ramiona opadały i wtedy mundurowy odbezpieczał pepeszę i ryczał: małczać, ruki w wierch j.. waszu mać! ( Milczeć, ręce do góry!). Tym czasem enkawudzista i działacz społeczny, czyli przedstawiciel ludu, czyli sędzia plądrowali dom. Aparatczyk raz po raz doskakiwał do Staszka domagając się wydania broni i materiałów wybuchowych. Żądania popierał kopniakami i lub ciosem w głowę, po czym powracał do wyrzucania zawartości szuflad, wybebeszania szaf, sienników i pościeli. Sędzia w kołpaku głęboko nasuniętym na czoło, z razu nie rozpoznany, okazał się znanym w miasteczku indywiduum. Miejscowe chłopaki wołały za nim - głupi Waśko. Ukraiński osiłek pod czterdziestkę, moczymorda, awanturnik i drobny złodziejaszek, reprezentował teraz władzę radziecką. Nareszcie mógł odkuć się za poniesione krzywdy i prześladowania policji. Nie było tygodnia, żeby nie przesiedział w areszcie za bójki w pijanym widzie. W czasie rewizji, w majestacie prawa, ukradkiem napychał kieszenie drobiazgami do wymiany na wódkę. Tytuł sędziego przynosił jedynie zaszczyty, ale gorzały już nie zapewniał.
Nad ranem, już świtało, podpisano protokół zatrzymania dowodów rzeczowych: zdjęcie marszałka Józefa Piłsudzkiego i sztylet z harcerską lilijką. Były z tym pewne trudności, bo sędzia nie znał bukw (liter), umiał tylko stawiać krzyżyki. Aparatczyk splunął na chemiczny ołówek, wsadził go w dłoń sędziego i wodził nim swoją ręką po dokumencie. Wyszło koślawo, ale prawomocnie. Skończywszy procedurę, enkawudzista zawyrokował:
- Stanisław Urbański pajdziosz z nami. Muza rzuciła się do zapakowania cieplejszych rzeczy.
- Nie nada - powiedział - wierniotsa na sledujuszczy dzień (wróci w następnym dniu). Wyjaśnił jeszcze, że zatrzymany jest tylko do przesłuchania. Mundurowy z pepeszą uśmiechnął się, wyraźnie sceptycznie. Musiał coś więcej wiedzieć na ten temat - i poszli.
Stanisław nie wracał. Po trzech dniach w komisariacie milicji w Kołkach podano, że oskarżonego przewieziono do więzienia w Łucku.
- Oskarżonego? O co? - dopytywała zdesperowana Muza.
- Zakluczony (zamknięty) działał konspiracyjnie celem obalenia władzy radzieckiej.
- Jakie macie dowody?
- Eto nie nasze dzieło a sleduiszczych (to nie nasza sprawa a prowadzących śledztwo).
Dowody w prawie sowieckim nie były potrzebne do orzeczenia wyroku. Dowodów musiał dostarczyć sam aresztowany. Zmaltretowany biciem i wymyślnymi torturami, by uniknąć dalszej męczarni był gotów przyznać się do wszystkiego, nawet, że jest wielbłądem.
Do widzenia się z więźniem potrzebne było pozwolenie na wyjazd do Łucka. W Sowietach bez przepustki nie można było ruszyć nawet do sąsiedniej wsi, w kraju gdzie popularna pieśń głosiła: Ja drugoj takoj strany nie znaju gdzie tak wolno dyszy czełowiek (ja takiego drugiego kraju nie znam, gdzie tak swobodnie oddycha człowiek). Dyszeć możesz, a przepustki nie dostaniesz.
- Propustku zachacieła (przepustki jej się zachciało) - nabijał sie z Muzy enkawudzista - lepiej poszukaj sobie innego męża.
Ubiegały dnie w stałej trwodze. Następnym razem odesłał ją - idy kczortu (do diabła).
- Przecież zanim władza radziecka przyszła nas wyzwolić, można było jechać gdzie kto chce -
tłumaczyła mu Muza.
- Ot duraki Polaczki. Polszy niet i nie budiet nikagda - odpowiadał, ale w końcu przepustkę dał przed samymi świętami Bożego Narodzenia.
Muza z paczką ciasta świątecznego, ciepłą odzieżą, bez zwłoki pojechała w dzień wigilijny. Po długim wyczekiwaniu w kancelarii więzienia oświadczono, że zakluczony w spisie więzienia już nie figuruje. Przeniesiony do innego zakładu. Gdzie i kiedy tłumaczeń nie było. Urzędnik kancelarii dodał jedynie, że jak mąż kocha to przyśle list. Zapłakana Muza wróciła z niczym. Z wigilią w domu czekano do późnej nocy. Święta były smutne jak nigdy dotąd.
Kończył się rok 1939. Po Chwilowo zatrzymanym wszelka wieść zaginęła. O jego przejściach w kraju “najszczęśliwszego” ustroju dowiedzieliśmy się dopiero, kiedy wrócił do żony i dzieci po siedmiu latach, rok po zakończeniu wojny.

Szczęście w nieszczęściu

Stare więzienie w Łucku, pamiętające jeszcze czasy carskich zaborów, szybko zapełniało się “spiskowcami”. W celi dla czterech więźniów, do której wtłoczono Stanisława było już ponad 20 aresztantów i wciąż dopychano następnych. Wkrótce nie było nawet gdzie kucnąć na betonowej podłodze, po której rozlewał się przepełniony kibel z odchodami. Jedno małe, zakratowane okienko pod sufitem nie dopuszczało powietrza ani światła. Zaduch i smród spoconych ciał zwalał z nóg. Na krzyki tych, którzy nie mogli już znieść bólu wezbranego pęcherza, otwierało się w okienko i strażnik odpowiadał, że jeszcze nie czas i dodawał: niczewo prywykniesz, a kak nieprywykniesz tak padochniesz (przyzwyczaisz się, a jak nie to zdechniesz ). Do ubikacji wyprowadzono grupami po pięciu dopiero po północy.
Również w nocy wywoływano aresztantów na przesłuchania. Większość wracała nie o własnych siłach. Wleczonych pod ramiona wrzucano z rozmachem na beton. Stanisława wywołano dopiero trzeciej nocy. Śledczy w mundurze NKWD, niemal gentelman, poczęstował nawet papierosem. Kiedy jednak zorientował się, że zeznań nie będzie, zmienił się w dziką bestię, kopał bił i obrzucał obelżywymi przekleństwami. W następnych przesłuchaniach kurtuazji już nie było. Po bezskutecznych torturach, żeby zmiękł, wrzucono go do karceru w podziemiach. W ociekającej wilgocią betonowej klatce bez światła nie można było powstać ani wyprostować nóg na siedząco. Upływ czasu odmierzał raz na dobę posiłek: pajda chleba i kubek zimnej kawy. Dyżurny strażnik, Ukrainiec, który przynosił te specjały okazał się znajomym Staszka jeszcze z czasów młodzieńczych. Zakłopotany spotkaniem, snadź nie wyzbył się jeszcze ludzkich uczuć, rozglądając się na boki czy nikt nie usłyszy, szeptał:
- Przyznasz się czy nie i tak swoje dostaniesz. Prędzej czy później cię złamią i będziesz strzępem człowieka.. Ja już takiego twardego tu widziałem. Uparł się i dostał kulę w łeb w tych podziemiach. Napisali w protokole, że przy próbie ucieczki. Każdej nocy kogoś tam rozwalają.
Jeżeli można mówić o szczęściu w nieszczęściu, to zdarzyło się to w drugiej połowie października. Pół żywy Stanisław w karcerze jeszcze o tym nie wiedział. W więzieniu czyniono pośpieszne przygotowania do nowej akcji. Z zatłoczonych cel wywoływano w pośpiechu aresztantów nie tylko w nocy, ale i w dzień. Tym razem nie do przesłuchania, a do odczytania im wyroków skazujących - minimum 10 lat ciężkich robót. Natychmiast wiedziano, że będą wywozić do łagrów. Więzienie gotowało się do masowych aresztowań. Podstawą prawną represji były “genialne” paragrafy artykułu 58 kodeksu karnego Rosyjskiej FSRR z roku 1934. Na ich podstawie można było uwięzić każdego.
Kolegium specjalne ( Osoboje sowieszczanije OSO przy NKWD ) wywleczonego z karceru Stanisława oceniło na 15 lat, a mogła być i gorzej. Trójka świnopasów OSO, jak więźniowie ochrzcili kolegium, miało prawo skazania, nawet zaocznie, za specjalnie niebezpieczne przestępstwa kontrrewolucyjne aż do kary śmierci włącznie. Kolegium działało w pośpiechu “taśmowo”. Po pierwszej fali aresztowań przestępców “politycznych, czyli wrogów ustroju”, już wkrótce miało oskarżać tak zwane “elementy antyspołeczne i pasożytnicze”. Karze podlegała też bliższa i dalsza rodzina skazanych z dziećmi i staruszkami. Szykowano się do przesiedlenia całych rodzin w głąb Rosji na skalę dotąd niespotykaną. Wielka wywózka na terenach “wyzwolonych” zaczęła się 10 lutego 1940 roku wagonami bydlęcymi. Mróz w niektórych rejonach przekraczał -40 stopni C. W tym czasie Stanisław był już daleko w syberyjskiej głuszy.
Na bocznicy kolejowej w Lucku do wagonów ładowano więźniów po czterdzieści. Wyposażeniem były: trochę słomy do spanie pokotem, dziura w podłodze na odchody, maleńkie zakratowane okienko pod sufitem. Szpary w deskach bocznych ścian zastępowały wentylację. Dwa dni później, 22 października 1940 roku transport kilkunastu wagonów bydlęcych wyruszył i ... utknął na pierwszym przystanku w Kiwercach, na trasie wschodniej do Równego. Był czas na rozmyślania. Miałem szczęście - wspominał Stanisław - w pośpiechu z wywózką nie zdążyli mi powyrywać paznokci i połamać żeber, a wyrok mógł być znacznie gorszy. Do dopełnienia “szczęścia w nieszczęściu” nie wiedział wtedy, że skazanie na syberyjską katorgę uratowało mu życie. Osiem miesięcy później niedawni nazistowscy sprzymierzeńcy ruszyli znienacka na Moskwę 22 czerwca 1941 r. Sowieci w panicznej ucieczce nie mieli czasu na ewakuację więźniów w Łucku. Na dziedzińcu więziennym zostawili stosy około 3000 tysięcy trupów. Wszystkich wysiekli z karabinów maszynowych.
Pociągi towarowe i pasażerskie miały pierwszeństwo przejazdów. Tak już było do końca przymusowej podróży. W Równem postój na dołączenie drugie tyleż wagonów z więźniami przedłużył się do tygodnia. W ściśle strzeżonym transporcie na bocznicach towarowych panował zaostrzony rygor. Strażnicy nie chcieli nawet uchylić nieco drzwi dla dopływu powietrza. Posiłki przynoszono dopiero wieczorem żeby nikt z zewnątrz nie zauważył, co tam przewożą. Nie dbano już o to na terenie Rosji. Tam już oswojono się z takimi widokami. Na “wyzwolonych” terenach nie dało się ukryć smrodu. Wystarczyło kilka dni postoju, żeby pod wagonami w miejscu dziur w podłodze gromadziły się piramidy kału. Jeden ze współtowarzyszy Staszka w wagonie powiedział, że jak przeżyje, napisze przewodnik pod tytułem “Zasranym szlakiem po Kraju Rad”.
Przed granicą z Rosją przeładunek do większych wagonów na torach szerszych zaledwie ponad 8 centymetrów. Wystarczająco by nieustannie czyhający, imperialistyczny wróg nie mógł wtargnąć. Ktoś skomentował: u nich wszystko jest większe, nawet krasnoludki. W większych wagonach prawdziwy komfort po rusku - żelazny piecyk z rurą i jak poprzednio dziura w podłodze, 12 piętrowych prycz - po 3 uwięzionych na legowisko, podczas gdy dla dwojga było już ciasno. Żeby przedostać się do ubikacji nie trzeba było już przeciskać się między śpiącymi na podłodze. Nie na długo, bo na dalszych stacjach przybywało zakluczonych i prycze nie mogły wszystkich pomieścić, nawet na podłodze pod pryczami. >.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji