nr. 73
VICTORIA, BC,
SIERPIEŃ 2016
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

W Domu Polskim
Kalendarz imprez
do końca roku

Piknik Polonijny
Nad Elk Lake
28 sierpnia

Biesiada
Dom Polski
3 września

Polski Festival
Vancouver
4 września


ARTYKUŁY

Od Redakcji

W. Widział -
Bitwa Warszawska

Cud nad Wisłą

P.Stokłosa-
Czereśnie

w 20 smakach

E.Kamiński
Zesłańcy

cz. 4

E.Caputa-
Poczytajcie

recenzja książki

L. Mongard-
Szałwia


M.Lachowski-
Grupa teatralna

podziękowanie

I.Lompart-
Polska Szkoła

zakończona piknikiem

W Galerii Stron
Chełmoński

Polskie pejzaże

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 28

Rozmaitości
ludzie listy piszą

Indeks autorów

Piotr Stokłosa

Czereśnie w dwudziestu smakach


Jak dziś pamiętam swoją pierwszą granicę. To były Tatry, rok 1984, a więc świeżo po stanie wojennym. Wybraliśmy się tam z moim tatą i jego kolegą. Była ciepła, dojrzała jesień.
Wyprawę zaczęliśmy od noclegu w Dolinie Chochołowskiej, bo podróż na miejsce zajęła znaczną część dnia. Starczyło jednak czasu, żeby wyskoczyć na pobliski Bobrowiec. W pewnym momencie dostrzegłem biało-czerwony słupek wyrastający dumnie na samym środku przełęczy. Podchodziłem powoli oczekując doświadczenia jakiejś osobliwości, jak przy przekroczeniu horyzontu zdarzeń, jakiejś wyraźnej szklanej tafli oddzielającej dwa światy: polski i słowacki. Z pewnym rozczarowaniem zauważyłem, że trawa po obu stronach słupka ma ten sam kolor, że jagody są tam samo granatowe i smaczne. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że granice są czymś umownym, stworzonym sztucznie, żeby pomóc człowiekowi porządkować i nazywać świat i że tkwią przede wszystkim w jego głowie.
Miałem wtedy piętnaście lat, więc dla dzisiejszego nastolatka może wyda wać się dziwne, że tak późno pierwszy raz znalazłem się na granicy. Jednak w tamtych czasach linia rozdzielająca dwa państwa była czymś tajemniczym. Zbliżenie się do niej w niedozwolonym miejscu wiązało się z ryzykiem, a jej przekroczenie dla większości Polaków było równoznaczne z przekroczeniem pewnego tabu, ze znalezieniem się w zupełnie innej rzeczywistości. Pamiętam, że wspinając się dalej na Bobrowiec slalomowałem między kolejnymi słupkami granicznymi i zachwycałem się irracjonalną myślą, że oto przez chwilę jestem w Polsce a za chwilę już w Czechosłowacji, a po parku krokach znowu w Polsce.
Drugą granicą, którą pamiętam, było autostradowe przejście graniczne między RFN a NDR w Marienbornie. Był rok 1986 i nikt jeszcze nie myślał o rozpadzie imperium sowieckiego a tym bardziej o zjednoczeniu Niemiec. Wokół feeria świateł zmieniających noc w biały dzień, pełno policjantów i uzbrojonych wojskowych, szczegółowe rewizje samochodów. Znajomy, z którym jechałem, zwrócił mi uwagę na wyrzutnie blokad – w potężnych betonowych blokach ukryte były grube stalowe belki, które w ułamku sekundy potrafiły zagrodzić drogę zdesperowanemu uciekinierowi. Podobno pobudowali je, gdy dwaj młodzi enerdowy załadowali piaskiem dwudziestotonową ciężarówkę, rozpędzili ją do dużej prędkości i staranowali zbyt słabe zapory. Tu już nie miałem czasu na fascynowanie się trawą i granitowymi słupkami – trzeba było pilnować swojej kolejki i grzecznie wykonywać polecenia. Ta granica była bardzo namacalna.
Jeszcze gorszy był powrót. Wracałem wtedy pociągiem, do którego zdecydowanie wtargnęli enerdowscy strażnicy z psami, oświetlając latarkami nerwowo wciskane im paszporty. Pamiętam ciemny peron, na którym dwójkami spacerowali żołnierze pod bronią, a z megafonów na peronie wydobywały się jakieś chropowate, niezrozumiałe komendy. To była jedyna chwila w moim życiu, jedyny powrót do Polski, gdy przez chwilę zastanawiałem się, czy jednak lepiej nie byłoby zostać. Czułem się, jakbym wracał do obozu.
Kolejna granica, którą szczególnie pamiętam, to już rok 1991. Właśnie zniesiono wizy do Niemiec i innych krajów Europy Zachodniej. Otwarły się wrota raju. Na fali entuzjazmu, z paroma groszami przy duszy wraz z trojgiem przyjaciół wybraliśmy się na rowerach do Paryża (przez Czechy przewieźliśmy się pociągiem). Granica czesko-niemiecka była „normalna” czyli z kontrolą. Tablica ostrzegawcza z napisem „Zona” znowu obudziła motyle w brzuchu. Wtedy to słowo kojarzyło mi się jeszcze z zoną z „Pikniku na skraju drogi” Strugackich, a wiec z czymś zakazanym, niebezpiecznym i tajemniczym. Zona nadgraniczna i zona nawiedzona przez kosmitów to było prawie to samo.
Jednak granica francusko-niemiecka była kompletnym zaskoczeniem. Zjeżdżaliśmy dosyć s zybko z jakiejś górki i w ogóle nie zwróciliśmy uwagi na zielone, zakurzone budki, przypominające jakieś opuszczone stragany. Nasze obawy wzbudziły dopiero inaczej wyglądające znaki drogowe, napisy po francusku i znacznie więcej śmieci na poboczu. Grzecznie wróciliśmy na przejście chcąc odnaleźć jakiegoś pograni- cznika, który nas „wpuści”. Nie napotkaliśmy nikogo. Pamiętam też to euforyczne poczucie swobody, jaką wyzwoliła w nas świadomość, że nikt nie wypytuje „skąd”, „po co”, „co wieziecie”. Granica niby jest — a jakby jej nie było. Dwa światy zlały się, nieciągłość znikła i znowu miałem to dziwne uczucie, którego osiem lat wcześniej doświadczyłem w Tatrach.
W każdym kraju spędziliśmy po dwa tygodnie. Spotkaliśmy wspaniałych Francuzów i okropnych Niemców. Spotkaliśmy wspaniałych Niemców i okropnych Francuzów. Rozłożyło się pra wie po równo. Na tyle po równo, że padły wszelkie stereotypy odnośnie obu nacji. Jeszcze raz okazało się, że trawa po obu stronach słupka jest tak samo zielona.
Rok 2004. Polska jest już w Unii Europejskiej, ale jeszcze nie w Schengen. Jedziemy na nasze pierwsze wymarzone wakacje do Grecji. Bez przeszkód mijamy Słowację, Węgry i Serbię. Pogranicznicy rzadko kiedy sprawdzają dokumenty, większość aut przepuszczają leniwym ruchem dłoni. My odpowiadamy wdzięcznym uśmiechem, bo przecież mogli sprawdzić. Ale w końcu docieramy do przejścia serbsko-bułgarskiego, gdzie wita nas kilkukilometrowa kolejka. To niemieccy Turcy jadą na wakacje do ojcyzny. Po pięciu godzinach stania w ponad trzydziestostopniowym skwarze w końcu zbliżamy się do rogatek. A tam powoli snują się spoceni bułgarscy zieloni – nalane, błyszczące twarze, niechlujnie rozpięte mundury, rozchełstane koszule, niedopałki papierosów leniwie wgniatane w miękki asfalt. I ta ich pewność siebie – zimny wzrok zawodowca, skrupulatne sprawdzanie dokumentów i obojętne pytania znudzonego śledczego, który już wie, że jesteś winny, tylko musi ci to jeszcze wytłumaczyć. Czują, że wzbudzają respekt, bo przecież mogą odmówić i kazać zawrócić. Co chwila widzimy ukradkowe dyskusje podróżnych: jak duży nominał włożyć do paszportu, może wystar
czy dziesięć euro, może lepiej dwadzieścia. Czy nas też się przyczepią? Czy przepuszczą? I znowu to nieprzyjemne ssanie w brzuchu.
Rok 2016, Cieszyn. Wyruszam na swoją ulubioną trasę wzdłuż czesko-polskiej granicy. Trzeba dojechać do przejścia w Lesznej, przypominającego opuszczone zamczysko, równie martwe jak francusko-niemiecka strażnica, którą widziałem w roku 1991. Potem należy trzymać się możliwie jak najbliżej granicy, wzdłuż której biegnie wąska asfaltowa droga porośnięta dzikimi czereśniami. Dlatego właśnie uwielbiam jeździć tu w lipcu, bo za bezdurno można się nimi do woli opychać. Czereśni nikt nie sadził, same powoli zarastają pas graniczny, którym od lat nikt już nie chodzi. Jedne są duże, inne drobne jak jarzębina, niektóre prawie czarne, inne żółtopomarańczowe, jedne słodkie i soczyste, inne cierpkie, część jeszcze niedojrzała, inne przesadnie miękkie, ale z założenia nie sprawdzam, czy są z wkładką mięsną. Zatrzymuję się pod kolejnym drzewem. Jego pień wyrasta po drugiej stronie rowu. Ja, Polak, stojąc na czeskiej drodze zrywam czereśnie z polskiego drzewa, którego gałęzie przerosły do Czech. Trzydzieści lat temu zastanawiałbym się, czy czasami czegoś nie przemycam, czy mi wolno. Teraz to bez znaczenia, chociaż wciąż pamiętam pierwszą wyprawę w Tatry i próbuję przypomnieć sobie tamto uczucie dziwności.
Pluję pestkami przez granicę (reeksportuję?) i analizuję ciekawy widok. Droga biegnie po czeskiej stronie, a po polskiej powstaje nowy dom. Aby zapewnić dojazd do rowu wrzucono betonową rurę i przysypano ją tłuczniem. To już nie symboliczne, ale rzeczywiste, zmaterializowane zasypywanie rowów. Wkrótce dla mieszkańców tego domu wyjście za furtkę będzie oznaczało zagraniczną podróż. Ale pewnie nikt tym nie ekscytuje, bo w ich głowach ta granica już przestał istnieć.
Piękne widoki, słońce, przyroda, sielski obrazek — po prostu żyć nie umierać. A jednak czuję, że trend się zmienia. Wciąż jesteśmy na plusie, ale strzałka zwróciła się w dół. Nie będzie już coraz lepiej, granica nie rozmyje się jeszcze bardziej. Bo wraca moda na silne państwo naro-dowe, które ma nas uchronić przed bezwzględnymi kapitalistami, którzy zasadzają się na naszą ziemię, przed uchodźcami, którzy roznoszą choroby i obcą kulturę, przed terrorystami, którymi mogą być wszyscy o nieco innym wyglądzie.
Więc musimy się bronić, konsolidować, dbać o naszą odrębność. Rosną w siłę politycy, którzy jak doktor Faust gotowi są podpisać pakt z diabłem, by w zamian za duszę swojego narodu zyskać nadludzkie moce. Widzimy to w Polsce, na Węgrzech i Słowacji, ale również we Francji czy Wielkiej Brytanii. Politycy ci zaczynają wybudzać upiory nacjonalizmów, odwołują się do najskrytszych lęków. A te zawsze lubiły wyraźne granice, z murami, zasiekami i aroganckimi facetami w przepoconych mundurach. Bo mury i zasieki pozwalają łatwiej uzasadnić, że jesteśmy najlepsi i wyjątkowi, zaś po drugiej stronie żyją potwory, które chcą nas okraść, zmienić nasze zwyczaje, zabrać pracę. Granicę pozwalają twierdzić, że tu jest białe a tam jest czarne, zaś szarość nie istnieje.
Dzisiaj Polacy i Czesi bez obaw spacerują wzdłuż obu brzegów Olzy. Rozmawiający po polsku rolkarze i rowerzyści mijają rozgadane czeskie kobiety pchające dziecięce wózki, polska starsza para i czeski emeryt wymieniają uwagi na temat swoich labradorów, niezdarnie próbują szukać znanych im zwrotów i słów w nie swoim języku. Wszyscy czują się swobodnie, nikt nie mówi szeptem ani przesadnie głośno, obojętnie po której stronie granicy się znajdzie. Patrzę na rozgadanych młodych ludzi, jak nieuważnie przekraczają magiczną linię i nie doświadczają uczucia irracjonalności, którego doznałem w Tatrach w 1984 roku. I cieszę się, że tak jest.
Lecz przecież ta swoboda i naturalność wcale nie jest nam dana na zawsze. Stale i bez ustanku musimy jej bronić, przed zarażonymi klaustro-, kseno- i innymi fobiami, którzy swoje kompleksy leczą gadaniem o wstawaniu z kolan, o najważniejszej Polsce, o obcych czyhających na naszą ziemię, kobiety i miejsca pracy.
Bo nie chcę znowu odczuwać emocji „zony”, lecz za rok, za dwa i jeszcze dłużej delektować się granicznymi czereśniami w dwudziestu smakach. >

Tekst pochodzi ze Studia Opinii
Niezależnego portalu dziennikarskiego.
www.studioopinii.pl

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji