nr. 75
VICTORIA, BC,
LISTOPAD 2016
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

W Domu Polskim
Kalendarz imprez
do końca roku

Zabawa Sylwestrowa
Dom Polski
31 grudnia

Polskie delikatesy
znowu mamy
w Victorii


ARTYKUŁY

Od Redakcji

Z.Szczypiński -
Stocznia Gdańska

o przewadze ducha

W.Widział-
Andrzej Wajda

zmarł

E.Kamiński
Zabajkalski mróz

cd zesłańców

E.Starosta-
Średniowiecze-
renesans

historia
język polski

L. Mongard-
Uprawianie
ziół


E.Caputa
Sopocka Polonia

przed wojną

M.Lachowski-
Pod skrzydłami
Melpomeny
w Domu Polskim
W Galerii Stron
Marian Mokwa

malarz marynistyczny

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 30

Rozmaitości

Indeks autorów

Edward Kaminski

Zabajkalski biegun zimna
zapisków ciag dalszy

Za zabajkalską stacją Czita, pociąg “ślimaczył się” jakby zabrakło mu pary w kotle. Z trudem przebijał się przez mniejsze, ale liczne zaspy śnieżne, na 700 kilometrowej trasie do następnej stacji Mogocza. Do odśnieżania już nie wypędzano z wagonów. Temperatura spadała, grożąc już nie tylko utratą nosa i uszu, ale i ucieczką duszy z zamrożonego ciała. Większość uwięzionych w końcowych dniach upalnego września zabrano z domów tak jak stali. Niektórzy nie mieli nawet butów, tylko przewiewne sandały. Nie pozwalano im nic zabrać cieplejszego, bo po co? Zatrzymywano tylko do wyjaśnienia - powtarzając utarte łgarstwo - wierniotsa na poslednij dień. (wróci w następnym dniu). Co lepsze, cieplejsze rzeczy z paczek dostarczanych później do więzienia rozkradała administracja więzienna. Przezorna Muza kazała sobie wystawić potwierdzenie odbioru każdej sztuki ciepłej bielizny i kożuszka. Stanisław był więc pośród nieco lepiej odzianych, ale też nie na syberyjski mróz.
Nawet zatrudnieni na kolei, zahartowani Buriaci z miejscowych plemion zabajkalskich, w kożuchach, ocieplanych czapach i butach nie chcieli opuszczać swych izbuszek, (chatek).
Jeszcze trudniej było ich skłonić do pracy zaraz po wypłacie, częściowo w pół litrowych butelkach czystej proletariackiej. Libacje trwały kilka dni, a później kilka dni trzeźwienie. Tak było zawsze, jak pamięć sięga. Już w początkach budowy transsyberyjskiej trasy zyskali sobie opinie spokojnych, przyjaznych, ale leniwych pijaków. Jeden z przedwojennych ilustrowanych magazynów polskich opisywał skargi zarządu kolei na leniwych chłopów zatrudnionych do prac na trasie zabajkalskiej. Z powodu ich opieszałości, pijaństwa i ciągłego świętowania, opóźnienia pociągów wyniosły w 1906 roku 2514 godzin - przeszło 104 dni. W ciągu trzech kolejnych lat linia pasażerska straciła jeden rok. Nie podano strat transportu towarowego. Po rewolucji, (mówiąc językiem współczesnych raportów policyjnych), w porównaniu z powszechnym stanem “wskazującym na spożycie”, Buriaci nie byli wcale pod tym względem wyjątkowi.
Postój w Mogoczy przedłużał się. Nie wiadomo kto puścił w obieg wiadomość, że z powodu oczekiwania na samochody z miejscowego obozu pracy do przewozu więźniów. Pogłoska wydawała się pra-wdopodobna. Najstarsi mieszkańcy tą część Zabajkału nazywają jakby w formie przechwałki - lokalnym biegunem zimna. Wprawdzie daleko mu do niskich temperatur jak w najzimniejszym miejscu na świecie w syberyjskiej Jakucji, ale i tak na gułag położenie idealne. Zakluczeni wymarzali bez potrzeby dodatkowych starań.
Ani to, ani spekulacje, że transport na jednotorowej linii czeka na mijankę z pociągiem z przeciwnej strony, nie potwierdziły się. Przyczyna była z goła prozaiczna. W pasażerskim wagonie konwojentów tak “hajcowano” w rozżarzonych do czerwoności żelaźniakach aż strażnicy porozbierani do podkoszulków, uchylali drzwi i ochładzali się zmrożoną wódką. Puścili z dymem prawie cały zapas węgla do ogrzewania wszystkich wagonów. W nieczęstych chwilach trzeźwości uprzytomnili sobie, ze kończy się im grzanie, a zakluczeni nie przetrwają następnych 250 kilometrów, do cieplejszego nieco regionu Amur.
W dyżurce zawiadowcy stacji starszy konwojny usiłował przekonać “naczelnika” o konieczności dodatkowego przydziału węgla. Świadkami urzędowej rozmowy było kilku więźniów oczekujących na sprzęt do odśnieżenia peronu. Był tam też Stanisław wyznaczony do pracy z racji posiadania wspomnianego już kożuszka.
Zawiadowca odmawiał stanowczo i głośno - nie dam bo nie mam. Urzędowa rozmowa nabierała rozpędu. Konwersacja zeszła na osobiste “wycieczki” w rodzaju: - ty czto sowsiem zdureł? (zupełnie ogłupiałeś), a że głupota nie boli używano sobie dowoli. Po zaspokojeniu pierwszej potrzeby dolnolotnych wyrażeń, zniecierpliwiony naczalnik polecił staraszemu konwojnemu - paszoł kczortu (idź do diabła), a gdy i to nie pomogło, wskazał kilka innych miejsc, przeważnie w tylnych, dolnych okolicach anatomii. Następne argumenty dotyczyły już więźniów: Gówno mnie obchodzi czy zakluczeni zamarzną - wykrzykiwał kwieciście - eto nie majo dzieło i sram na nich ( nie mój interes ).
Napięcie wzrastało. Dramaturgię podsycały powątpienia dobrego prowadzenia się matek obu stron - k.... twoja mać, jego mać, ich mać, psia mać!! Latały wulgarne bluzgi, ordynarne przekleństwa, obelżywe i plugawe posądzenia. Wzajemnie odsyłano się do końcówki kiszki stolcowej. Obrzucano się epitetami nie do zacytowania.
“Przewaga” naczelnika wydawała się już bezsprzeczna i oto nagle pojawił się sam komendant transportu, oficer NKWD w mundurze obwieszonym medalami. Dotąd rzadko opuszczał swój przedział. O nas zupełnie zapomniano - wspominał Stanisław, śledziliśmy spektakl do końca. Naczalnik z wysokości swego stanowiska nagle zniżył się do poziomu uniżonego referenta. Nie omieszkał jednak zaznaczyć, że dalszy postój pociągu opóźni rozkład jazdy i będzie zmuszony złożyć raport. - Zrób tak jak nakazuje regulamin - nie wiem tylko czy zdążysz - lodowatym tonem brzmiała odpowiedź. Jeżeli za pół godziny nie znajdzie się węgiel każę ciebie rozstrzelać za sabotaż. Enkawudzista machnął przed nosem pomniejszonego naczelnika jakimś świstkiem papieru - tu jest dowód, że węgiel dla zabezpieczenia transportu zakluczonych ma być. Nie ma, znaczy się ukradłeś.
Nie do pomyślenia było posłać oficera NKWD do wszystkich diabłów, ani pogróżki zlekceważyć. Naczalnik w mig uznał, że lepiej być żywym tchórzem niż martwym gierojem. Oczywiście węgiel się znalazł, ku radości przede wszystkim zesłańców, bo ostatnie bryłki już dogorywały w wagonowych żelaźniakach. Sam przebieg urzędowej procedury nie budził u więźniów wielkiego zdziwienia. Większość spraw załatwiano w podobny sposób, jakby wpisano go do sowieckich regulaminów administracyjnych. Natomiast plugawość “urzędowego” języka przekroczyła wszystko co dotąd słyszeli na co dzień od strażników bolszewickiego drylu. Jeszcze długo potem zastanawiano się nad upodleniem najeźdźców ziem polskich, zamierzających też “wyzwolić” podobnie całą Europę.

Więzień nie świnia wszystko zje
Nieszczęścia chodzą stadami. Ledwie zakluczeni ustrzegli się przed zamarznięciem, a już następna plaga czekała na swoją kolejkę do ataku. Na krótkim postoju roznoszono wiadra z zupą. O jej jakości już wspominano. Do smrodu zupy z gnijących warzyw, głównie kapusty trudno było przy-zwyczaić się, ale go akceptowano skoro nie było można tego uniknąć. Tym razem straszliwa woń porażała. Cuchnąca bryja przyprawiała o mdłości. Pływały w niej kawałki rozkładających się ryb. Dotychczas suszone ryby podawano osobno. Czegoś takiego i chłop na wsi w obawie pomoru nie podałby świniom. Konwojenci jednak przekonani, że więzień nie świnia - wszystko zje, przepełnili miarkę. Obrzydliwą ciecz nie sposób było przełknąć. Z bolesnym ssaniem żołądków narastała wściekłość i wybuchła nie bacząc na konsekwencje.
Kończył się postój. Poczynając od końca składu, konwojent ryglował drzwi wagonów. Zwykle było ich dwóch, drugi asekurujący z pistoletem maszynowym (potocznie zwanym pepeszą), ale być może zaniemógł. Może w nieustannych libacjach zaszkodziła mu zakąska. Koło drzwi wagonu Stanisława, dwoje więźniów chwyciło samotnego konwojenta za bary i z pomocą innych wciągnęli do środka. Nie zdążył nawet krzyknąć.
Obezwładnionego posadzono koło wiadra z zupą. - Żryj! - padła komenda. Ne choczu - bronił się. - Nie pytamy czy chcesz - Żryj! Poznaj naszą gościnność!
Pociąg ruszył. Widocznie nie zauważono braku kompana. Konwojentowi po łyżce “zupki” zanosiło się na wymioty. - Ne mogu, ne mogu! - Żryj coś nawarzył - siłą wlewano mu do gardła śmierdzącą polewkę. - Ja ne winowat, ne winowat - bronił się rozpaczliwie. To nasz puwar (kucharz), ukrywał w swojej kajucie towar z magazynu. Zamieniał go na wódkę.
Teraz było jasne - w nadmiernym cieple ryba rozmarzła i rozkładała się. Nikt nie chciał jej nawet za darmo. Żeby ukryć kradzież i marnotrawstwo wrzucał cuchnące ryby do kotła więziennego.
Po dwóch miskach cieczy zarzygany władca-wyzwoliciel legł ciężko dysząc. Ogólne wzburzenie opadało. - Co teraz będzie - trwożnie pytano? Nic, - wysadzimy go na następnym postoju. Poskarży się? - Nie poskarży. Dał się nam opanować, grozi mu i temu drugiemu przynajmniej pięć lat gułagu. Powie, że nie zdążył wsiąść do swojego wagonu.
Głód potrafi zmusić do heroicznego gwałtu na własnym żołądku - byle go czymś zapchać, pozbyć się obezwładniającego ssania. Do wiadra z ohydą podchodzono jak pies do jeża, aż ktoś zaproponował rozlać to do misek i postawić na podłodze w kącie do zamrożenia. Trochę mniej śmierdziało. Liczni mieli dość po jednym kawałku mrożonki, niektórzy przymusili się do kilku porcji. Podobnie działo się w innych wagonach, ale większość cieczy została.
Pod wieczór, na postoju zbierano wiadra, zarzyganemu konwojentowi na wszelki wypadek, zabrano naboje z magazynku pepeszy i grzecznie wysadzono. Dołączył do swych cuchnących towarzyszy, bo obrzucono ich zmrożonymi kawałkami przysmaku, a dwóch z nich oblano “przez przypadek” bryją.
Jak trafnie przewidywano obeszło się bez karnego odwetu, ale groźne następstwa bolszewickiego zbiorowego żywienia nie dały na siebie długo czekać. Już po kilkunastu godzinach polową więźniów wstrząsały torsje, biegunki, bóle żołądka. Większość zalegała pokotem we własnych odchodach. Ciała ich pokrywały się krostami i czerwonymi plamami. Smród wymiotów pobudzał i tych, którzy nie skusili się łyknąć zjadliwej zupy. Nikt nie mógł im pomóc. Nie było bielizny do zmiany ani wody, nawet do picia. Konwojenci nie odpowiadali na wezwania, w panice, że w czasie każdego otwarcia wagonu z chorymi czyha na nich straszliwy tyfus.
Zaprzeczał temu jeden z więźniów, były sanitariusz w wojsku polskim. To zatrucie - twierdził - bakteriami gnilnymi z rozkładających się ryb. Objawy tyfusu są bardzo podobne i tylko badanie laboratoryjne może ustalić różnicę. Więźniom było obojętne na co umierali. Natomiast ekipie konwojentów zakażenie więźniów zupą groziło oskarżeniem o sabotaż, czego bali się nie mniej niż tyfusu.
Dur brzuszny czyli tyfus był nieodłącznym towarzyszem wojny i biedy. Nie zaginęła jeszcze pamięć walk bolszewików z wojskami obalanego caratu. Z okopów zaraza rozniosła się po całym kraju. Epidemia duru w Rosji dziesiątkowała ludność, dobijała osłabionych, wyniszczonych głodem. Chorowało 25 milionów ludzi. Zaniepokojony Lenin mówił: Albo socjalizm pokona wszy (przenoszące zarazę), albo wszy pokonają socjalizm. Ogromne nasilenie tyfusu w Europie wschodniej również było związane z walkami pierwszej wojny światowej i rewolucją w Rosji. Do Polski tyfus trafił wraz z polskimi repatriantami z Rosji, a głównie z armią Tuchaczewskiego w 1920 roku. Podczas gdy przed napaścią bolszewików, w Polsce zanotowano zaledwie około 170 przypadków zachorowań, w czasie wojny polsko-bolszewickiej na tyfus zmarło więcej ludzi niż z powodu walk.
Stanisława, jak wielu innych, złożyła biegunka i torsje. Gdy “kolejowa trupiarnia” na torach dotarła wreszcie do końcowego etapu w Komsomolsku nad Amurem, w wysokiej gorączce majaczył i stracił przytomność.
Miejscowe władze, wcześniej uprzedzone telegrafem o epidemii w transporcie postawiły na nogi licznie rozsiane w tym rejonie administracje obozów pracy. Na stację pośpieszyli komendanci, bynajmniej nie do przyjęcia nowych nowej siły roboczej, ale by nie dopuścić do trefnego wyładunku.
- My tu mamy plany do wykonania - wykrzykiwali przeplatając przekleństwami - a nie grzebanie nieboszczyków!! Coście nam przywieźli? Kościotrupy? W istocie najbardziej obawiali się o własną skórę, o rozniesienie zarazy wśród strażników i podległego im personelu.
Komsomolskim targiem ze służbą sanitarną, do miejscowego szpitala przyjęto kilkanaście więźniów w najcięższym stanie. Resztę odesłano do kwarantanny w centrum administracyjnym rejonu, w Chabarowsku - niech tam się martwią.
Po paru dniach “niebytu” Stanisław obudził się w zadziwiających okolicznościach, które zdawało się mogą tylko się przyśnić. >

Cdn.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji