nr. 76
VICTORIA, BC,
GRUDZIEN 2016
NavBar

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

W Domu Polskim
Kalendarz imprez
do końca roku
Zabawa Sylwestrowa
Dom Polski
31 grudnia
Świąteczny Opłatek
Dom Polski
29 stycznia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

J.Curtin -
Sienkiewicz

wspomnienie o pisarzu

Anonim -
Choinka

u różnych narodów

E.Kamiński -
Borys

cd zesłańców

E.Caputa -
Święta Rodzina

w pociągu

L. Mongard -
Pszenica


E.Caputa-
Czerwony Kapturek

w Domu Polskim

W Galerii Stron
Boże Narodzenie

w czasie i przestrzeni

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 31

Rozmaitości

Indeks autorów

Edward Kaminski

Borys
zapisków ciag dalszy

Gdzie jestem? - To był pierwszy błysk myśli Stanisława po odzyskaniu przytomności. Biel ścian wokół raziła oczy przywykłe do ciemnego, brudnego wagonu więziennego. Miast na twardej pryczy, leżał bezwładny jak kłoda na łóżku w białej pościeli. I ta tajemnicza zjawa, też w bieli niczym anioł, pochylona nad nim, mówiąca coś po rosyjsku! Anioły pojawiały mu się tylko w dziecięcych snach, ale zaniechały odkąd przestał wierzyć w świat duchów. A może to tylko sen? - pomyślał.
Zamknął oczy, lecz głos zjawy zabrzmiał bardziej natarczywie:
- Staszek! Staszek - powtarzał się. To ja Borys!
Pamiętasz?
Staszkiem nazywali Stanisława tylko najbliżsi, w rodzinie i przyjaciele. Jakie licho? Jaki Borys - wyszeptał?
- Uratowałeś mi życie!
To wystarczyło by wydobyć imię z zakamarków pamięci.
- A ty uratowałeś moje - ożywił się Stanisław.
Teraz dopiero zauważył u “zjawy” w białym kitlu, mieniącej się Borysem, zawieszony na szyi stetoskop lekarski. Byłeś studentem medycyny, powołanym do armii czerwonej? Borys Woroncow? - Upewniał się Stanisław.
Spotkanie po 20 latach odżyło wspomnieniami dawnych wydarzeń:

Armia Tuchaczewskiego dostała solidne lanie 13 - 15 sierpnia 1920 roku pod Radzyminem, na przedpolach Warszawy. Wciąż jeszcze nie rozbita i groźna, wycofywała się w popłochu na linię rzek Niemna i Szczary. Bolszewicy uważali, że klęska jest tylko chwilowym niepowodzeniem. Tam mieli przygotować się do ponownej ofensywy 25 września w kierunku na Lublin, by wziąć w kocioł wojska polskie.
Na froncie południowo-zachodnim, niepomny ponaglanym rozkazom ruszenia na pomoc Tuchaczewskiemu, watażka kozacki Siemion Budionny z podległą mu 6 Dywizją Konarmi postanowił wpierw zdobyć Lwów. Oblężenie grodu przedłużało się. Zrezygnował dopiero po bezskutecznej, 11 godzinnej walce z garstką obrońców (330 lwowskich ochotników). Za późno dotarł do wyznaczonego mu obszaru i wpadł w okrążenie. W Komarowie, koło Zamościa, w największej bitwie z polską kawalerią stracił większość swoich Kozaków. Ocalałe oddziały, fizycznie i psychicznie wyczerpane uciekały w panice na oślep. To już nie było wojsko, ale zdemoralizowane bandy obwiesiów. Mordowały po drodze, co żywe, grabiły, gwałciły, pozostawiały po sobie śmierć i pożogę.
Polskie oddziały w nieustannej pogoni dotarły 16 września do Łucka i Równego. W Łucku, Stanisława, już w randze plutonowego, odkomenderowano do patrolowania przybrzeżnych terenów wzdłuż Styru. Po drugiej stronie rzeki, grupy rozbitków utknęły przy nielicznych mostach i brodach. Nie mogąc się wydostać z bagnistych, niezaludnionych miejsc, wygłodniali, robili grabieżcze wyprawy na przeciwległy brzeg do okolicznych wiosek. Podczas patrolu w okolicach Kołek, rodzinnego miasteczka Stanisława, zauważono w zaroślach podejrzany w tym miejscu ruch.
- Z oddali, po charakterystycznych kształtach czap rozpoznałem, że to hajdamacy Budionnego - wspominał Stanisław. Wydałem rozkaz: pluton kryj się! Do pełnego liczebnie plutonu brakowało mi przynajmniej jeszcze raz tyle żołnierzy, główny front był ważniejszy. Mniejsza o nazwę, za to dobrałem sobie 12 zuchów zaprawionych już w bojach. Co równie istotne, wszyscy pochodzili z tych stron, zorientowani w tutejszych zakamarkach. Pod osłoną przydrożnych zarośli, rowu melioracyjnego, w niektórych miejscach czołgając się, zbliżyliśmy się do kartofliska, w którym myszkowało czterech kozaków w poszukiwaniu zagubionych ziemniaków po wykopkach. Byli bez broni. Dzieliło nas pasmo, “na oko” 50 metrów karczowiska ze stertami korzeni i pniaków. Dziewięciu moim wojakom nakazałem zająć dogodne pozycje do strzału, w rzędzie, co 15 -20 kroków W razie kontrataku, większej liczby wygłodniałych hajdamaków, prawdopodobnie ukrytych w zaroślach, miało sugerować, że jest nas więcej. Tak ubezpieczeni, z bagnetem na broń, z trójką podkomendnych biegiem zaatakowaliśmy amatorów ziemniaków. Akcja rozwijała się błyskawicznie. Trzech kozaków zdołało uciec pod osłonę krzaków. Tylko ty jeden pozostałeś na polu z podniesionymi rękami.
- Zobaczyłem twoje przerażone oczy i w ostatniej sekundzie podbiłem w górę wymierzony w ciebie bagnet – wspomina Józef.
- Nie wolno! - zawołałem. Nie zdążyłem wyjaśnić, że zabijanie poddającego się żołnierza jest naruszeniem międzynarodowego prawa, przyjętego również w Wojsku Polskim, gdy z krzaków wyległa hurma, chyba ze dwudziestu z twojej grupy z szablami i bagnetami na karabinach. Nie pozostało nam nic jak uciekać, by zejść z pola ostrzału naszych strzelców. Przeskakując przez pieńki zawadziłem nogą o jakiś korzeń, wyrżnąłem łbem o coś twardego. Co się stało później dowiedziałem się z opowiadania moich, zdumionych strzelców: Zamiast zwiewać do swoich, dopadłeś mnie leżącego, podniosłeś na bary i na chwiejnych nogach doniosłeś do pozycji naszego patrolu. Dopiero wtedy otworzono ogień. Kilku zabitych zostało na kartoflisku, pozostali wycofali się za krzaki, a następnie za rzekę. Przywitano ciebie w patrolu jak przyjaciela. Klepano po plecach, każdy chciał uścisnąć ci dłoń.
Opowiadaniom nie było końca... Pamiętasz to,... A pamiętasz tamto, - Borys tylko napominał - mów ciszej. Nikt nie może dowiedzieć się, że się znamy, a już najbardziej, że uciekałem do nieprzyjaciela. Wtedy to była okazja do wyrwania się z tej bandyckiej grupy. NKWD nieustannie węszy. Boją się tylko wejść do mojego gabinetu. Rzekomy tyfus odstrasza – opowiada Borys.
- Jak widzisz jestem lekarzem. Po wojnie skończyłem studia. Dostałem nakaz pracy w komsomolskim szpitalu.
Wyłowiłem twoje nazwisko z listy transportu więźniów. Jesteś tu w roli “królika doświadczalnego” pod pozorem specjalnych badań epidemiologicznych. To nie tyfus cię złożył tylko zatrucie bakteriami gnilnymi. Zostańmy przy tyfusie, najlepiej z nikim nie rozmawiaj. Zatrzymam cię tu jak najdłużej, jak tylko będę mógł. Mam nadzieję, że wydobrzejesz zanim zabiorą cię do gułagu - powiedział.
Wzywany obowiązkami lekarza, wracał śpiesznie do “złożonego tyfusem” przyjaciela. Tyle jeszcze mieli sobie do powiedzenia.
- Pamiętasz? - wspominał Stanisław - po pierwszej euforii zaczęliśmy zastanawiać się, co z takim jeńcem jak ty zrobić? Rozkaz dowództwa nie przewidywał scenerii, w której żołnierz wrogiej armii okazuje się przyjacielem. Instrukcje nakazywały odstawienie jeńca do najbliższego, specjalnego obozu, a gdzie on nie ma, kogo zapytać. W pogoni za Konarmią nasze dowództwo frontu wschodniego ruszyło już z Łucka. Musiałem podjąć trudną decyzję: - przyjaciela nie zamyka się w obozie jenieckim. Mógłbyś tego nie przeżyć. Wiedziałem, że tam szerzyły się epidemie, nie było lekarstw, wielu umierało. Potwierdziły to po wojnie oficjalne informacje.
Po zakończeniu walk po 18 października 1920 r. na terenie Polski znajdowało się około 90 tysięcy jeńców sowieckich. Polacy nie byli przygotowani na taką ilość. Władze miały poważne trudności z zapewnieniem pomieszczeń, opieki sanitarnej, medycznej i aprowizacyjnej. Na podstawie zachowanych archiwaliów przyjęto, że zmarło w niewoli około 18 tysięcy. Nie zapomniano też o bestialstwach najeźdźców, żyła, więc wokół nienawiść do krasnoarmiejców. Były wypadki, że w drodze do obozu, konwojenci pozbywali się kłopotu zabijając pojedynczych jeńców pod pretekstem próby ucieczki.
- Nie chciałem wracać do grupy zbirów za rzeką. Śpieszyło mi się do domu do chorej, samotnej matki. Ojciec lekarz, znany chirurg, po sfingowanym procesie, dogorywał w syberyjskim obozie pracy – mówi Borys.
- Postanowiłeś, że do czasu znalezienia jakiegoś wyjścia, schronię się w twoim rodzinnym domu Urbańskich./*
- Z pomocą przyszedł nam ksiądz Edward Zajączkowski, miejscowy proboszcz – Ksiądz cieszył się on dużym autorytetem w parafii. Uzdolniony wszechstronnie, malował, rzeźbił, z dłutem lub heblem uwijał się przy budowie kościoła w Kołkach. Zaprzyjaźnił się z rodziną Urbańskich, gdy odkrył, że Franciszek, że mój dziadek ma podobne zainteresowania i umiejętności. Pracowali często razem zdobiąc rzeźbami w drewnie wnętrze świątyni. Wtajemniczony w zamiar pomocy dla ciebie zapalił się do planu z niezwykłą energią, jak na leciwą już osobę.
Po przemyśleniu kilku pomysłów i wielu naradach; Stanisław doskakiwał z poradami, jak tylko pozwalała mu na to służba, przyjęto ostateczny plan. Najistotniejszym dla powodzenia wyprawy był list księdza Zajączkowskiego do biskupa Łucko-Żytomirskiego, Michała Godlewskiego. Łączyła go ze zwierzchnikiem przyjaźń jeszcze z lat młodzieńczych. Polecał Borysa opiece i prosił o pomoc.
Postanowiono zmniejszyć ryzyko przeprawy przez teren ogarnięty pobitewnym chaosem, przebraniem Borysa w szaty ubogiego, świętobliwego pątnika, nie budzącego podejrzeń wśród prostego ludu ubiorem ani zachowaniem. Młodą twarz zakrywał coraz bardziej obfity zarost. Na czubku głowy wygolono pątnicze kółko, a panie użyły swych sposobów by włosom i brodzie przybyło siwizny. W zakrystii kościoła ksiądz Zajączkowski wyszperał ważne rekwizyty: stary, postrzępiony modlitewnik, nieodzowny różaniec i zużyty już habit zakonnika. Strój uzupełniono futrzaną czapą, zwykłym worem do zarzucenia na plecy i sękatym kosturem. W takim przebraniu, przepasany konopnym sznurem, prezentujący się niemal jak święty Franciszek z Asyżu, Borys wyruszył w drogę.
W ostatnim tygodniu października, wkrótce po zawieszeniu broni na całym froncie polsko-sowieckim, Biskup Godlewski doniósł, że trasa marszu Borysa wiodła wzdłuż linii kolejowej z Równego przez Żytomierz do Kijowa, gdzie Borys mógł zatrzymać się u przyjaciół czy też krewnych. W liście rekomendującym, prosił plebanie i klasztory na trasie o gościnę dla wędrowca. Ostatnią wiadomość otrzymałem - pisał biskup Godlewski, że Borys dotarł do Żytomierza. Dalej nie wiadomo.
- Tak, więc zleciało 20 lat - mówił Stanisław - gdy ślad po tobie zaginął. - Zbyt duże było ryzyko - tłumaczył Borys. Listy zagraniczne, zwłaszcza do Polski, ściśle sprawdzano. Do przemycenia inną drogą nie było okazji. Wierzyłem głęboko, że się jeszcze spotkamy, nie przypuszczałem tylko, że w takich okolicznościach.
- Powiadano, że piechota jest królową broni. Już po kilku dniach wędrówki - uznałem wyższość jazdy konnej nad piechotą. “Królowałem” sobie ile sił w nogach, ale z bąblami na piętach. Odległość na mapie, około 400 kilometrów z Łucka do Kijowa linią kolejową, nie wydaje się duża. Znacznie więcej jest wzdłuż tej trasy, z odchyleniami do miejscowości, w których uchowały się plebanie i klasztory. Nadłożyłem sporo drogi. Najgorsze były boczne, nieutwardzone szlaki.
Po deszczu w rozmiękłej glinie grzęzły buty. Pokonanie nawet 10 km przerastało moje siły. Za to na plebani czy w klasztorze, z polecenia biskupa Godlewskiego podejmowano mnie jak na świętego pielgrzyma przystało. Mogłem odespać, wysuszyć przemoczone buty i odzież. Po dwóch-trzech dniach gościny, zależnie od pogody, zaopatrzony w prowiant i cenne wskazówki ruszałem w dalszą drogę. Zdarzało mi się nocować w kopie siana na polu i we wioskach ukraińskich. Oni nazywali siebie Rusinami. Tam musiałem udawać niemowę, żeby nie wzbudzić moim rosyjskim językiem, jakichś podejrzeń. Szczególnie musiałem uważać w okolicach Żytomierza, gdzie pamięć o Konarmii kipiała nienawiścią. Nasza dzicz wsławiła się wycięciem do nogi garnizonu obrońców miasta. Jeńcom podrzynano gardła. W oddalonym o 40 km Berdyczowie spalono szpital z 600 rannymi Polakami i z siostrami Czerwonego Krzyża. Ani chybi, gdyby dowiedzieli się, że jestem z tej formacji, wisiałbym na pierwszym napotkanym drzewie.
- Dzięki “kogutkom”, które daliście mi na drogę - opowiadał Borys, zostałem cudotwórcą. (tu należy wyjaśnić, że proszki i tabletki z wizerunkiem kogutka na opakowaniu, były popularnym środkiem produkowanym w Polsce, który można było nabyć bez recepty. “Kogutek” był dobry na “wszystko” i co ważne skuteczny na ból głowy i zębów, stawów i przeziębienie). W jednej z wiosek nocowałem u miłej staruszki. Babunia skarżyła się na uciążliwy ból głowy. Dałem jej jednego “kogutka” rozpuszczonego w szklance wody. Ból wkrótce ustał. Wieść o “cudownym uzdrowieniu” rozeszła się błyskawicznie. Nazajutrz miałem już po drzwiami kilka oczekujących pacjentów. Nie mogłem pozbyć się wszystkich proszków. Pomogła mi siła sugestii. Nawet jedna trzecia porcji uśmierzała ból głowy czy zęba. Wiara czyni cuda. Wyniosłem się ze wsi pośpiesznie, nie czekając aż zwali się reszta potrzebujących.
Im bliżej do Kijowa, tym bardziej było niebezpiecznie poruszać się w strefie cofającego się frontu. Nikt nie wiedział gdzie przebiega linia starć. Chroniąc się przed możliwym spotkaniem, Borys zaszył się w wertepy, w których stracił orientację gdzie jest. Po dwu nocach pod nawisem skalnym, przemoczony i zmarznięty, był bliski załamania się fizycznego. Nie mógł nawet rozpalić ogniska zawilgoconymi zapałkami. Znalazł go przypadkowo leśniczy, który w pobliskim szałasie schronił się z żoną i dzieckiem przed bandami uciekających rabusiów. “Pątnikiem” zaopiekowała się żona leśniczego, a on zaś ich gorączkującą, kilkuletnią córeczką. Przeziębiona, bliska zapalenia płuc oddychała z trudem. Przydały się znów “Kogutki”. Po kilku dniach kuracji dziewczynka wracała do życia, a Borys wydobrzał do drogi. Leśniczy, wtajemniczony w plan Borysa dotarcia do Kijowa, odwdzięczył się przeprowadzeniem go sobie znanymi ścieżkami przez strefę graniczną. W pierwszej miejscowości dowiedział się, że od 18 października odgłosy walk ustały.
- W dominującym na tym terenie obrządku prawosławnym - wspominał - przeszedłem ponownie na prawosławie, ale już w roli bezdomnego żebraka. Bolszewickie władze bały się pobożnych pątników jak diabeł święconej wody. Po pierwszym spotkaniu z milicją groziło mi zesłanie na przymusowe roboty. W podarowanej przez leśniczego wysłużonej kufajce, narzuconej na habit, nie wyróżniałem się specjalnie. Wszyscy wyglądali biednie, nawet ci, którzy przed rewolucją paradowali strojnie.
W Kijowie zastałem moje, leciwe już wujostwo bez zmian i utknąłem u nich na dobre. Nie mogłem pojechać do matki w Charkowie. Tam już o mnie pytano. W wojskowej ewidencji figurowałem jako zagubiony na froncie. Mój oddział w czasie ucieczki, “ratuj się kto może”, zgubił się w nieznanym terenie. Kto wówczas wiedział gdzie są te główne siły? Zwykle takich jak ja zaliczano do dezerterów, których z reguły skazywano na rozstrzelanie. Nie mogłem się ujawnić, nie mogłem więc pracować. Pozostawałem na garnuszku wujostwa a im się nie przewalało. Na domiar oboje, naukowcy, inteligenci, jako podejrzany element obco klasowy, byli “na oku” władz rewolucyjnych.
- Widocznie jednak nie było mi pisane stanąć przed plutonem egzekucyjnym, albo zginąć od strzału w potylicę. Otóż zachowując środki ostrożności, odwiedzał nas pod pozorem wizyty lekarskiej, przyjaciel ojca, również chirurg. Po wybuchu wojny otrzymał nakaz pracy w kijowskim szpitalu wojskowym. Szpital w marcu 1921 roku przygotowywał się do przyjęcia partii chorych jeńców sowieckich z Polski./** Wiązaliśmy z tym nadzieję, że uda się mnie dopisać do listy liczniejszej grupy chorych. I rzeczywiście okazało się to łatwiejsze niż przypuszczaliśmy. Przekazane szpitalowi dokumenty nie grzeszyły starannością. Było wiele skreśleń i odręczne dopiski nazwisk. W panującym wówczas harmiderze kilka minut, oczywiście nie pozbawionych ryzyka, zalegalizowana została moja obecność w Kijowskim szpitalu. Po trzech tygodniach “intensywnego leczenia”, wypuszczono mnie z orzeczeniem czasowej niezdolności do służby wojskowej.

x

Stanisław pod czujnym okiem Borysa nabierał sił. Nawet zapadnięte policzki nieco mu się wypełniły. Niestety, coraz częściej oficer NKWD nadzorujący szpital dopytywał się o więźnia. Zbliżał się dzień przeniesienia do obozu pracy. Dalsze wybiegi i odciąganie tej decyzji groziło, że chory i lekarz powędrują do gułagu razem.

/* Tam też, w Kołkach, czasowo znalazły opiekę pani Natalia z córką Muzą, z niedalekich Kulikowicz. Stanisław wydarł je z rąk sowieckich uchodźców w poprzedniej akcji na Styrem. Pisaliśmy o tym wyczynie pod tytułem “Historia wielce romantyczna” w Nr.20 Stron.

/** Wojna zakończyła się podpisaniem traktatu pokojowego w Rydze
18 marca 1921 roku. Wcześniej, w rozmowach wstępnych ustalono obopólną wymianę jeńców. Masowe przekazywanie, najpierw jeńców wojennych, a następnie repatriantów, osób internowanych i wygnańców rozpoczęło się 16 marca. Do Polski powróciło blisko 26.5 tysięcy jeńców (w tym 418 oficerów). Do Rosji bolszewickiej wydano około 66 tysięcy jeńców. Akcja trwała kilka lat i objęła łącznie około 1.5 miliona osób, w tym 1.2 miliona osób z Rosji do Polski. Do roku 1922 zatrzymano w Polsce blisko 1000 jeńców (oficerów i komunistów) , którzy stanowili gwarancję, iż Sowieci odeślą wszystkich, zatrzymanych jeńców w Rosji.

Cdn.>

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji