nr. 78
VICTORIA, BC,
MARZEC 2017
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Teatr Brawo
Ożenek

Dom Polski
2 kwietnia

Wielkanocne Jajeczko
Dom Polski
24 kwietnia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

E.Korzeniowska-
Dzień Kobiet

dawniej i teraz

A.Ibis-
Ordonka

przedwojenna gwiazda

E.Korzeniowska
Rewolucje

w modzie

Chłodnym okiem
Między Panem
Studentami i Plebanem

E.Kamiński-
Krąg śmierci

Zesłańcy - ciąg dalszy

L. Mongard-
Zioła witalności


M.Lachowski-
Teatr Brawo

informacje

CIEKAWOSTKI
z bliska i daleka

Kobieta w malarstwie
polskim

galeria Stron

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 33

Rozmaitości

Indeks autorów

Edward Kaminski

W zamkniętym kręgu śmierci
zapisków ciag dalszy

Do obozu przeznaczenia niedaleko - powiedział dowodzący konwojem. Niedaleko w skali syberyjskiej - tylko dwa, do trzech dni marszu, zależnie od pogody. Kręty szlak zboczami wzniesień, zasypany śniegiem po kolana, którym pędzono Stanisława z grupą 80 zeków (skrót od zakluczonyj), miał prowadzić do łagpunktu lesopował (podobóz wyrębu lasu). Trudno było śledzić kierunek przy wzmagającej się zawiei, zaklejającej oczy śniegiem. Od wściekających się konwojnych, że to im przypadło iść w taką zawieruchę, dowiedzieli się, że łagpunk jest - w samoj bieszczołowiecznoj stranie (na bezludziu), gdzieś nad brzegami rzeki Boreya.
- Mimo starań wypadłem na targu niewolników bardzo dobrze - mówił Stanisław - czyli źle, żeby wróżyło mi dobrze. Zgarbiłem się, podnosiłem nogi i ramiona udając, że nie mogę ich wyprostować. Starałem się nie napinać mięśni. Nic z tego. Uznano mnie za zdolnego do najcięższych prac, do których zaliczono też lesopował (karczowanie lasu).
- Od 5 rano, po sześciu godzinach brodzenia w zaspach, szliśmy otępiali, u kresu wytrzymałości ludzkiej. Trudno uwierzyć ile człowiek w zagrożeniu może wydobyć z siebie wysiłku. Każdy krok wydawał się ostatnim, ... I następny ... I następny. Konwojni mieli lepiej o tyle, że byli cieplej ubrani i dobrze odżywieni. Zeki z czoła konwoju nogami ubijali śnieg, torowali drogę. Prowadził jeden ze strażników i co jakiś czas zmieniali się. Najwidoczniej znali już ten szlak. Cały oddział podzielono na cztery grupy po trzech w rzędzie. Było zbyt wąsko na więcej. Konwojni, żeby nie brodzić po bokach w kopnym śniegu, szli w przerwach między grupami. W tamtych warunkach na ucieczkę mógł zdecydować się tylko samobójca. Mimo to ostrzegano - dwa kroki w lewo, dwa kroki w prawo strzelamy bez uprzedzenia. Nie były to czcze pogróżki. Strażnicy tylko czekali na okazję, żeby postrzelać do żywego celu. Strażniczych psów do poganiania opieszałych nie wzięto. Na taką “pieską” pogodę szkoda było zwierząt. Każdy wiedział, że pozostanie w tyle oznaczało pewną śmierć. Tył konwoju zamykały duże sanie ciągnięte przez zmieniających się zeków. Na saniach pod brezentowymi plandekami był prowiant - czarna kawa w blaszanych bańkach i worki z komiśnym, zamarzniętym chlebem. Strażnicy mieli osobne pojemniki na solone ryby i porcje tłustej wędzonki. Nic dziwnego, że mieli jeszcze siłę dźwigać swoje karabiny. Na zboczu po zewnętrznej stronie łatwo było o wypadek. Nieopatrzny krok, potknięcie się na nierówności groziło zsunięciem się w dół. Zdarzyło się jednemu! Zatrzymał się kilkadziesiąt metrów poniżej na krzaku. Nie zdążył nawet podnieść się jeszcze, gdy padł strzał.
- Który na ochotnika zejdzie by zdjąć z niego kufajkę i buty? -Zapytał morderca.
Ot, zakrwawiony łach, jedyne co pozostało do odzyskania po człowieku, który miał nadzieję przeżyć ten koszmar, wrócić do domu, do swoich bliskich. Nie było chętnych. Mogła to być okazja do następnego strzału.
Zarządzono krótką przerwę na posiłek. Wszyscy padli bezsilni, z trudem podnosili się po zamarznięte pajdy chleba.
Po następnych godzinach, długich jak wieczność, zapadał już zmrok, konwój dowlókł się do miejsca na nocleg koło małego jeziorka. Nad wodą stało coś w rodzaju nadwyrężonej czasem stodoły z grubych bierwion. Syberyjski komfort zapewniało palenisko pośrodku wnętrza, a nad nim otwór w poszyciu dachu. Było tam zaciszniej i cieplej, ale ci, którzy dopchali się jak najbliżej paleniska przypiekali się nadmiernie. Ci po pod ścianami przymarzali i domagali się zmiany. Ruch trwał całą noc. Miejsca było mało. Przemieszczający się bliżej ognia deptali po stłoczonych na klepisku, W przepychankach o lepsze miejsce budził się w ludziach zwierzęcy insekt o przetrwanie.

Sukces po sowiecku
Podczas drugiego noclegu zmarło z zimna sześciu zeków, kilku odmroziło palce u stóp. W podobnej jak uprzednio budowli, widocznie starszej, hulał wiatr na przestrzał. Niektórzy usiłowali łatać szpary i dziury w ruderze, czym się dało, inni przykrywać się brezentowymi płachtami, których i tak nie starczyło dla wszystkich. Na szczęście przed trzecią nocą konwój dotarł do łagpunktu. Po drodze czterech zakluczonych padło z wyczerpania. Nie mogli się podnieść o własnych siłach i nikt nie mógł im pomóc. Dobito ich strzałami w głowę. Podobno w myśl instrukcji, mogli przecież symulować zamierzając ucieczkę. Szczęśliwcy dostawali po nich buty i kufajki. Razem ubyło tylko jedenastu zeków, co zdaniem kowojnych zasługiwało na pochwałę.
- U nas ludziej i zakluczonych mnogo (dużo) - mówili.
- “Sukces” według mnie - mówił Stanisław - zawdzięczano temu, że większością zeków w konwoju byli wieśniacy, lepiej zaprawieni w trudniejszych warunkach życia niż miastowi. Ja przeżyłem
Nowo przybyłych przywitano stosownie do okoliczności utartymi formami sowieckiej kurtuazji:
- Kogo tu mi przyprowadziliście - ryczał komendant obozu do konwojentów. Oni kak podochłyje j..... ich mać! (zdechli). Samoje barachło! (bezwartościowe odpadki). Poczym, w mowie powitalnej mieszał przyrzeczenia dobrej opieki z groźbami natychmiastowego rozstrzelania za niepodporządkowanie się nakazom obozu.
Istotnie, podobnie jak w Komsomolsku, zeków otaczano szczególną opieką. W łagpunkcie “broniły” ich karabiny maszynowe na drewnianych wieżach, w czterech rogach ogrodzenia i takież przy bramie wejściowej do obozu. Różniło się nieco ogrodzenie. Przy olbrzymim zapotrzebowaniu na drut kolczasty w kraju dobrobytu, “gdzie tak swobodno dyszy czołowiek”, przemysł nie nadążał z produkcją. Nawet wynalazek genialnego naukowca Timofieja Łysenki, który skrzyżował węża z jeżem - dowcipkowali anegdotczyki , nie poprawił zaopatrzenia. W przerwach dostaw drutu łatano braki palisadami z grubych bierwion. Tak “zabezpieczeni” przed dzikim zwierzem, uwięzieni mogli spać spokojnie. Natomiast w dzień, podczas pracy poza ogrodzeniem, strażnicy z karabinami gotowymi do strzału, strzegli ich przed ucieczką, by nie zamarzli gdzieś w kniejach.
Po pierwszym dniu w łagpunkcie, który zleciał nowoprzybyłym na poznawaniu zakazów i nakazów, zaczęło się “normalne” życie obozowe. Zamknięty czworobok z palisad i drutu kolczastego kierował się własnymi regułami, podporządkowanymi metodom przyśpieszającym śmierć uwięzionych. Nawet język, jakim oprawcy posługiwali się w obozie, miał własną terminologię i znaczenie wyrazów. Morderstwo nazywano likwidacją wrogich elementów, niewolniczą pracę - odrabianiem popełnianych win. Złodziei, morderców, gwałcicieli nazywano braćmi, którzy zbłądzili, ale nadają się do wychowania w nowym, socjalistycznym duchu. W przeciwieństwie do nich “polityczni” byli największymi wrogami, których należało uniecztożyć (zniszczyć).
Gdyby to był tylko scenariusz sztuki teatralnej, trudno by o lepszy psychologiczny obraz: jak najgorsze instynkty mogą wydobyć się z człowieka w specyficznych warunkach.
Głównym zadaniem zeków był wyrąb okolicznych lasów. Drewno miało być użyte na podkłady pod szyny torów kolejowych. Baraki obozowe mieściły 300 prycz noclegowych. Kiedy jednak, po nowych dostawach “żywego towaru” wypadało po dwóch zeków na jedną pryczę, tłok rozładowywano specjalnymi metodami. W barakach ubywało, natomiast sterta martwych ciał przysypanych śniegiem rosła w kącie pod płotem. Wszystkie miały rozłupane toporem czaszki, żeby przypadkiem nie udało się komuś uciec z obozu. Dopiero wiosną po odmarznięciu ziemi chowano je we wspólnym dole.

Samo zagęszczenie stwarzało zabójcze warunki higieniczne. Więźniowie spali na spłosznych marach. Były to długie, piętrowe ławy niepodzielone na osobne legowiska, na których układali się rzędami obok siebie jak sardynki w konserwach. Sienniki napychano wiórami, bo słomy nie było. Wióry po krótkim czasie zbijały się w wyboiste podłoże. Lepsze już były twarde, ale płaskie deski. Zamiast poduszki raz na cztery lata przydzielano powłoczkę. Każdy mógł wypchać ją, czym mu się żywnie podobało. Raz na pięć lat przysługiwał koc, raz na rok nowy ręcznik. Gdy uwięzieni nie wymierali wystarczająco szybko, by zwolnić miejsca dla nowo przybyłych, wszyscy musieli spać na jednym boku. Bez możliwości zmiany pozycji noce stawały się koszmarem. Jeszcze na początku marca w baraku było tak zimno, że spano w ubraniach roboczych. Mimo to wielu rozbierało się kilkakrotnie bijąc wszy i pluskwy atakujące tysiącami. Większość zeków miała przeziębione drogi moczowe. Za przepierzeniem w baraku stała przepełniona parasza (kibel), z wylewającym się moczem. Mało który zdążył zwlec się z narów, by wyskakując w nocy na zlodowaconą zonę (strefę obozową), zdołał donieść zawartość nabrzmiałego pęcherza do odległej latryny. Załatwianie się w najbliższej zaspie śniegu karano karcerem. W barakach, wszędzie gdzie się dało wisiała susząca się, przemoczona, brudna odzież. Wnętrza nie wietrzono by jeszcze bardziej go nie wychłodzić. Zaduch i smród był okropny. W porównaniu z innymi mizerotami życia obozowego nie było to najgorsze. Mówiono, że od smrodu jeszcze nikt nie zginął, a od zimna wielu już poszło do dołka.
Przeziębienia, choroby dróg moczowych i wszystkie możliwe inne, w tak aktywnym środowisku bakteryjnym zbierały obfite żniwo.

Kto nie pracuje ten nie je
Do przyśpieszonej śmierci zeków najwięcej przyczyniali się: kierujący karczowaniem lasu i więzienny system żywieniowy. Od nadziratiela i normirowczyka (dozorcy prac i nadzorującego wykonanie dziennej normy) zależał przydział poszczególnych zadań i zaliczenie ich wykonania. Ci dwaj “dygnitarze” byli również więźniami skazanymi za przestępstwa kryminalne. Urki (dosłownie złodzieje), po kilkakrotnej recydywie pozostawali już na stałe w obozie. Korzystając z kilkutygodniowego urlopu popełniali nowe kradzieże, napady i wracali jak do przystani domowej. Zawdzięczając przynależności do świata przestępczego, na zasadzie: “kruk krukowi oka nie wykole”, należeli do elity obozowej, z przywilejami zbliżonymi do przysługującymi najemnej administracji. Po dowódcy warty byli oni najwyższymi funkcjonariuszami, kierowali nawet programem kulturalno-wychowawczym. Oceniali też prawomyślność więźniów w podlegających im brygadach roboczych.
Najcięższe było ścinanie drzew ręczną piłą na kabłąku zwaną łuczkiem, zwłaszcza nieprzyzwyczajonym do pracy fizycznej. Byli skazani na rychłą śmierć jeżeli nadziratel przynajmniej raz dziennie nie dał im odetchnąć nieco przy odrąbywaniu gałęzi zwalonych drzew. Natomiast od normirowszczyka zależało czy zapisze im wykonanie dziennej normy, czy też zaliczy ją na korzyść innym, protegowanym zekom. Z kolei od wyrobienia normy zależało ile dostaną jedzenia, w myśl obowiązującej oficjalnie zasady: “Kto nie rabotajet tot nie kuszajet” ( kto nie pracuje ten nie je). Wykonującym 100 procent normy przysługiwał dziennie tak zwany drugi kocioł: na śniadanie kasza, na kolację zupa i 500 do 700 gramów chleba. Zupą nazywano wywar z kapusty, często zgniłej a chlebem - twardy jak kamień, czarny komiśniak. Ci, którzy wykonywali 75 - 80 procent dostawali kaszę, zupę i 400 - 500 gr chleba. Najmniej dostawali z trzeciego kotła chorzy i zbyt słabi, chwilowo nie pracujący - 250 gramów chleba oraz dwa razy dziennie wodnistą zupę. wystarczyło to by nie umrzeć nagle z głodu. Nikt nie mógł podzielić się z nimi swoją głodową racją. Pozostali, zdolni jeszcze do ciężkiej pracy na siarczystym mrozie, sami popadając w coraz większy spadek sił nie wyrabiali dziennej normy. Związane z tym co raz mniejsze racje żywności wystarczały tylko na kilka tygodni do podtrzymania życia. I tak się zamykał krąg śmierci. W zasadzie gułagi stworzono ze względów ekonomicznych. Nie były nastawione na masową trupiarnię. Jednak w łagpunkcie, do którego trafił Stanisław, śmierć była niemal pewna. Nie dość szybkie wymieranie przyśpieszano wyrokami śmierci. Wyłącznie lekarz mógł uznać za niezdolnych do pracy tych, którzy nie mogli podnieść się o własnych siłach. Ropiejące rany od częstych okaleczeń siekierą, odrąbane palce u nóg i rąk, uważano za samookaleczenie żeby wymigać się od pracy. Do tak oddalonego łagpunktu lekarz docierał raz na kilka miesięcy. Nie czekano więc na jego orzeczenie. Po trzech dniach uchylania się od pracy zwołany naprędce “sąd” najczęściej wyrokował rozstrzelanie z natychmiastowym wykonaniem.

Dochadiaga
“Czołowiek eto samyj cennyj kapitał” (człowiek to najcenniejsza wartość) - głosił transparent w stołówce obozowej. Traf chciał, że Stanisław już w pierwszych dniach w łagpunkcie zadarł z tym “kapitałem’. Dla młodych złodziejaszków z uprzywilejowanym statusem elity więziennej nowi byli szczególnym celem zainteresowania. Nie wyzbyli się jeszcze różnych drobiazgów z poprzedniego etapu życia na wolności. Papierośnice, zapalniczki, grzebienie, chusteczki, nawet zwykłe gatki i podkoszulki z zachodu ceniono jako wykwintne. Łatwo je było wymienić na wódkę i tytoń. Urki nieustannie myszkowali w cudzych tobołkach, kradli co im tylko w złodziejskie łapy wpadło. Jednego z takich przyłapanych na grzebaniu w osobistym bagażu, Stanisław wciąż jeszcze krzepki, złapał za kark i kopniakiem wyrzucił z baraku. Stało się! Z miejsca zyskał sobie uznanie współtowarzyszy niedoli, ale wypowiedział wojnę urkom.
Nadzariciel, szef tej bandy nie usiłował nawet ukryć wrogich zamiarów przed buntownikiem z prywiślnowo kraju ( z nad Wisły). Nie takich już kozaków wykończyłem - powiedział. Do pracy w lesie dobierał Stanisławowi najtrudniejsze miejsca do karczowania, przydzielał wycofane już z użytku tępe piły i wyszczerbione siekiery. Takimi narzędziami trudno było wyrobić nawet połowę normy. W krótkim czasie nastąpił spadek sił z niedożywienia. W osłabionym organizmie odezwała się zaleczona w komsomolskim szpitalu wątroba.
Wiedziałem co mnie czeka - wspominał Stanisław. widziałem u kilku zeków w baraku postępujące skutki wyczerpania z głodu i chorób, kończące się śmiercią. Nazywano ich w obozie dochodiagami (od dochodit, dochodzić do kresu życia). Początkującego dochodiagę można było zauważyć koło śmietnika, w pobliżu kuchni poszukującego odpadków. Na czworakach pod stołami stołówki zbierał najmniejsze okruchy chleba. Jeden ze zeków, bardziej zawansowany, bredził coś niezrozumiale i snuł się po baraku z wyciągniętymi przed siebie ramionami - znak, że dotknęła go już kurza ślepota w zmroku. Nieustannie drapał się, ciało miał pokryte swędzącymi bąblami i wrzodami. Z opuchniętych, krwawiących dziąseł wypadały zęby. Pod tylną ścianą baraku leżało dwoje zeków na podłodze. Nie mieli już sił wdrapać się na nary. Bił od nich straszliwy fetor. Przy całkowitym rozstroju żołądka nie kontrolowali już wydalanie, robili pod siebie. Byli już jedną nogą po tamtej stronie. Szczęściarze umierali czasami niespodzianie, w podczas apelu porannego, w drodze do pracy, w czasie karczowania lasu. Zwłoki przywożone na saniach rzucano na stertę pod płotem. Nie miałem złudzeń - wspominał Stanisław - nic już nie mogło mnie uratować. Dobrze by było nagle wyzionąć ducha, zanim dojdę do ostatniego etapu dochodiagów. >

Cdn.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji