NavBar
nr. 8
VICTORIA, BC, Grudzień 2008

INFORMACJE 
LOKALNE
Nadchodzące imprezy, ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Od Redakcji
Zapowiadają się białe Święta


Ewa Korzeniowska - Uśmiechnięty Ksiądz
wspomnienie o księdzu Antonim Kwarcie


Monika Kurc - Mikołaj
Naprawde istniał św. Mikołaj...


Edward Kamiński - Ach Co Za Święta!
Święta Bożego Narodzenia 1943...


Ewa Korzeniowska - Archilimy
O sztuce archilimów


Edward Kamiński - Uwaga Turyści!
Przestrogi dla turystów


Ewa Caputa - Gościnny Występ
Zespół Białego Orła w Vancouver


FOTOREPORTAŻE

POLONEZ

WIECZORYNKA

DOBROCZYNNOŚĆ

MILUŚIŃSCY

Mikołaj w Polskim Domu


ROZMAITOŚCI


Edward Kamiński

Cóż to były za święta!

Święta Bożego Narodzenia 1943 roku zapowiadały się „biblijnie”. Przez na wpół zerwany dach zrujnowanej synagogi padał mokry śnieg. Zaszyci po uszy w stercie słomy, którą podrzuciła tu jakaś życzliwa dusza, nasiąkaliśmy z wolna wilgocią. Zwabiony naszą obecnością, przyplątał się bezpański kundel. Witał nas w słomianej pościeli pod ścianą z pięcioramienną gwiazdą (szóste ramię odpadło z płatem tynku). Było niemal jak w betlejemskiej stajence. Niczym Trzech Króli przygnało nas tu z daleka.

Jeszcze pod koniec listopada 1943 roku – ja, 12-to letni wyrostek, starsza o rok siostra Irena, brat Jędruś, niespełna 5-cio letni pędrak i nasi rodzice uciekaliśmy przed ukraińskimi „rezunami” z Równego na Wołyniu. Ulice 40 tysięcznego wówczas miasta zatłaczały hitlerowskie dywizje Panzer Waffen. Wciąż groźne „wściekłe psy” lizały tu rany po porażce w jednej z największych bitew II Wojny Światowej pod Łukiem Kurskim. Deutsche Soldaten nie przypominali już tych butnych z blitzkrieg i drang nach osten w 1941 r. Radość była patrzeć na ich zabłocone i postrzępione mundury, zapadnięte twarze z parotygodniowym zarostem - ślady skrajnego wyczerpania. Grozą wiało od oddziałów pancernych SS, upokorzonych odwrotem, ale jeszcze bardziej skłonnych kąsać z wściekłości. Przemykając się uliczkami trzeba było uważać by nie „podpaść”, bo życie ludzkie nie miało dla nich żadnej wartości.

6 listopada armia czerwona wyparła Niemców z Kijowa i nacierała w kierunku Żytomierza, zaledwie 150 kilometrów od Równego. W odwrocie niemieckich dywizji, ukraińskie bandy UPA upatrywały szanse na samoistną Ukrainę bez Lachów i Żydów. Totalna rzeź polskiej ludności zbliżała się z dnia na dzień. Na obrzeżach miasta, w dzielnicach willowych, kto jeszcze nie zdążył uciec szedł pod nóż nacjonalistycznych „rezunów”. Wysiedleni przez Niemców z luksusowego domu do zdewastowanej, śródmiejskiej rudery po wymordowanej rodzinie żydowskiej, byliśmy jak na ironię jeszcze zabezpieczeni obecnością koczujących tu frontowców. Biły jednak już ostatnie dzwony do ucieczki.

Słono przepłacony urzędnik kolejowy, w transporcie towarowym do Generalnego Gubernatorstwa, podczepił nam dodatkowy wagon. W końcowych dniach listopada, o świcie, z bagażem ile, kto potrafił unieść, chyłkiem by nie spostrzegła nas ukraińska straż kolejowa, ładowaliśmy się do bydlęcego wagonu. Z paroma innymi rodzinami, o głodzie, chłodzie ruszyliśmy w nieznane, bez żadnej gwarancji na przeżycie. W nieustannym strachu (podróż to już osobne opowiadanie) dotarliśmy do Krakowa. Nie pozwolono nam jednak opuścić stacji i wagon skierowano do Miechowa. W Miechowie zaś przeładowano na dychawiczną, wąskotorową ciuchcię do Działoszyn; dalej już nas nie posłano, bo tam kończyły się kolejowe rozjazdy. W miastecz-ku nie wiedziano, co z uciekinierami zrobić i tak znaleźliśmy się na słomie w zrujnowanej synagodze.

Nasz śpiewny, wołyński akcent, poniektórym tubylcom nasunął podejrzenia, co do naszej polskości. Miejscowe chłopaczyska z miejsca okrzyknęły nas Ukraińcami. Nawet pytano czy to prawda, że mamy czarne podniebienia, co ponoć miało być oznaką złych psów. Najgorsze mieliśmy jednak za sobą. Nawet znak równości między ofiarą a katem, jaki nam dano nie miał znaczenia. Z dwojga złego nowy kwaterunek był lepszy od błogosławieństwa ukraińską siekierą. Intonując kolędę „w żłobie leży” nie traciliśmy nadziei na spędzenie świąt pod stałym dachem. Miejscowy obywatelski komitet pomocy uchodźcom obiecał jakieś normalne lokum dla wszystkich, ale z tym w miasteczku były prawdziwe trudności.

W Działoszycach przed wojną przeważała zdecydowanie ludność żydowska, a w czasie okupacji niemieckiej jeszcze ich przybyło. Po włączeniu Górnego Śląska do Rzeszy, wysiedlono Żydów do Generalnego Gubernatorstwa. Dla wielu z nich Działoszce stały się miejscem docelowym. 2 Września 1942 roku blisko 9000 Żydów z miasta i okolicy wywieziono do obozu w Bełżcu, a około 1500 starych i niedołężnych rozstrzelano na miejscowym cmentarzu. Trzy dni później zaczęło się polowanie na pożydowskie skarby. Hitlerowcy zrywali podłogi, burzyli ściany w poszukiwaniu rzekomych skrytek z kosztownościami. Resztę zniszczeń dokonali miejscowi „dobrzy chrześcijanie”. Wyrywali okna i drzwi z futrynami, uzupełniali swoje zagrody kaflami, cegłami z pieców i ścian. W końcu nie łamali przykazań boskich, bo przecież zabierali tylko tym, którzy „ukrzyżowali Chrystusa”. W mieście zostało niespełna 2000 osób, ale nie było ani jednego pożydowskiego domu nadającego się do zamieszkania.

Wreszcie dostaliśmy własny kąt. Wprawdzie miał dach, ale w podłodze brakowało kilku desek. Jeden niezręczny krok i przez powałę można było zlecieć do piwnicy pełnej wody, bo fundamenty domu opływała rzeczka zwana Sancygniówką. Opowiadano, że w maju 1937 roku, po oberwaniu się chmury, rzeczka o rozmiarach strumyka wylała zatapiając okoliczne domostwa na wysokość dwóch metrów. Narożny pokój zdewastowanej kamieniczki był naszą jadalnią, sypialnią i kuchnią zarazem. Z dwóch okien w narożnych ścianach jedno było bez szyb, drugie miało tylko framugę. Braki te uzupełnił miejscowy stolarz dopiero po świętach, bo nie nadążał z zamówieniami.Szczęśliwym trafem były drzwi zamykane na haczyk. Okna natomiast  trzeba było zasłaniać kocami; jak się później okazało były strategicznymi punktami obserwacyjnymi. Ożywiony w tym rejonie ruch partyzancki kilkakrotnie sprowadzał na mia-steczko nalot karnych batalionów niemieckich. Lotem błyskawicy roznosiło się hasło Niemcy!!, Albo jeszcze gorzej – Własowcy!! Kto żył, rzucał wszystko. W śmiertelnej panice gnał w okoliczne zagony. Okna nasze wychodziły właśnie na stronę skąd mogli nadejść hitlerowscy siepacze.

Pomijając usterki, rezydencja nie pozbawiona była urządzeń komfortowych. Chwała ludziom dobrej woli – komitet pomocy, mimo skromnych możliwości, dwoił się i troił, by zaspokoić naszą tęsknotę do pałacu. Rozhuśtaną drabinę na piętro zastąpiono drewnianymi schodami. W przepierzeniu przedsionka pojawiła się toaleta i kran z bieżącą wodą. Miejsce zburzonego pieca kaflowego zajął przenośny piec kuchenny z rurą. Brak jednej nogi uzupełniały podstawione cegły, miał za to zbiornik na wodę obok paleniska. Była, więc ciepła woda, znalazła się też miednica i wiadro. Pokój wyposażono w stół, taboret, krzesło oraz łóżko, na którym można było siedzieć przy stole. Pod ścianami na podłodze leżały dwa sienniki wypchane świeżą słomą.

Błogie ciepło z rozgrzanej płyty kuchennej przywracało sens i barwę życiu. Grzech było oczekiwać więcej. Jest jednak coś w naturze człowieka, że gdy osiągnie jedno, chce czegoś więcej. W synagodze na słomie zapychaliśmy puste brzuchy darmową grochówką, na przemian ziemniaczanką i chlebem powszednim. Po przeprowadzce byliśmy już na swoim. Kilka pierścionków, kolczyków i wartościowe drobiazgi przejedzone zostały jeszcze na Wołyniu. Za ostatnie marki ojciec zdecydował się wyjechać do Warszawy. Miał tam swoich dłużników jeszcze z przed wojny. Nie wracał. Dzień po dniu mijał bez wieści. Mógł być zagarnięty w łapance ulicznej lub w pociągu jak setki innych codziennie. Warszawscy muzykanci uliczni śpiewali pod nosem Niemców:

... Im kultura nie zabrania robić takie polowania

Mama pocieszała nas młodych, ale ukradkiem popłakiwała sądząc, że nie widzimy. Święta były tuż, tuż, a nie było, co do garnka włożyć. Z pomocą przyszedł handel wymienny. Miejscowej sklepikarce wpadła w oko sukienka mamy. Trochę ją oszwabiła, bo produktów w zamian dostała niewiele. Widmo totalnego postu zostało jednak odroczone przynajmniej na najbliższe dni.

Zaczęły się przygotowania do wigilii. W podzielonych zadaniach mnie przypadło zgromadzenie drewna do kuchennego pieca i zawieszenia gałęzi jodłowej pod sufitem. Na ustawienie drzewka nie było miejsca. Jędruś - młodszy braciszek, z pasków kolorowej bibułki sklejał koślawy łańcuch choinkowy. Miał też przykazanie nie przeszkadzać, bo wiercił się jakby mu, kto wkręcił korkociąg w siedzenie. Irenie dostała się rola kuchcika.

W naszym jadalno-sypialno-kuchennym salonie działy się rzeczy pojętne tylko zmysłem powonienia. W atmosferze właściwej pracowniom wielkich mistrzów sztuki, powstawało dzieło kulinarne na miarę najlepszych wzorów kuchni staropolskiej, z której najbardziej zapamiętałem początek jakiegoś przepisu: weź czysty garnek. Mama jak w transie twórczym gotowała, mieszała, siekała, próbowała i przyprawiała. Szczypta tego, szczypta owego. Padały krótkie polecenia: obrać to, obrać tamto, podgrzać, ochłodzić, odcedzić, pokropić, dosmaczać, posypać, odstawić.

Z pierwszą gwiazdką niecierpliwie wypatrzoną przez Jędrka za oknem, zapłonęły świece. Ukazał się stół nakryty białym obrusem. Stół niezwykły, a na nim 12 potraw. Dwanaście potraw wyczarowanych z główki kapusty, kilku cebul, pęczka marchewki, paru buraczków, ziemniaków, tartej bułki, zacieru pomidorowego, mąki, odrobiny przypraw i tylko mamie wiadomo, z czego tam jeszcze. Magia stołu zaczarowała obskurne wnętrze. Zniknęły obite tynki ścian i dziury w podłodze. Nic to, że obrus był tylko czystym prześcieradłem z łóżka, że każdy wyszczerbiony talerz był z innej parafii, a noże i widelce już dawno winny odejść w stan spoczynku. Barszczyk nie zdążył jeszcze naciągnąć koloru z czerwonych buraczków, a dwa solone śledzie z beczki za krótko moczyły się w słoiku. Nic to, że dania z ryb były tylko mamie znaną, jarską kombinacją jarzyn i przypraw. Smakowały jak ryba. Tradycja 12 potraw wigilijnych została zachowana.

Kiedy minęło pół godziny po przyjeździe ostatniego pociągu z Miechowa wiedzieliśmy, że ojca na wigilii nie będzie. Talerz czekający na niego na stole naprowadzał najgorsze przypuszczenia. Pozostanie dla niespodziewanego gościa – powiedziała mama. Zwyczaj ten zawsze przestrzegano w naszym domu. I w tej chwili poderwały nas odgłosy ciężkich stąpań po schodach. Po chwili łomot do drzwi. Można było domyślić się, że to nie ojciec, ale zasugerowani oczekiwaniem rzuciliśmy się wszyscy do otwierania. Tato!, Tato! - Podskakiwał radośnie Jędrek.... W drzwiach stał niespodziewany gość – w mundurze wermachtu, w hełmie, z wymierzonym w nas pistoletem maszynowym. Licht stehen! Die Fenster ... nicht geschlosen! - wykrzykiwał. Zamarli z przerażenia nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Sprechen Sie Deutsche -  zapytał ? Nein - wykrztusiła mama. Zawrzyjcie okno – powiedział już łagodniej. To pan mówi po polsku? – Zapytała zdumiona mama. Dopiero wtedy zobaczyliśmy koc na oknie, uchylony w poszukiwaniu gwiazdki na niebie. Obowiązywało całkowite zaciemnienie. Szwab rozejrzał się po pokoju i widząc, że tu partisane bandit mu nie grozi, zaczął mówić jakimś dziwnym dla nas językiem i akcentem. Ja, po polsku tyż poradza. Boch jest Ślązok a nie Niemiec. Terozkij tam Deutsche Reich. Do wermachtu mnie wzieli i poradzić żech nic nie mógł. - To proszę niech pan wejdzie, usiądzie z nami – zapraszała mama. U nas taki polski zwyczaj. - Jo to znam - przerwał jej. Zdjął z głowy hełm, zaczął, przecierać oczy. - Jo tyż chcioł być z mojo Frelka na święta – mówił powstrzymując łkanie. Ino, że te pierońskie fryce wdycki som pierwsze. Nie chciał pozostać - pójda już, bo kamrat na dole czeka. Jak szrajbnie raport, że jo tu z Polakami tak godom, to bych na wschodnim froncie wylądował. Tam terozki ales caput. Ostańcie z Bogiem, a niech wos wynagrodzi za to krzywda co Niemce wom narobili.

Nim zasiedliśmy do wieczerzy, mama pomodliła się za duszę swoich pomordowanych rodziców na Wołyniu. Dziadka skrępowanego drutem kolczastym zastrzelono przy furtce ogrodu, a babci głowę przepołowiono siekierą. Smutne było dzielenie się opłatkiem i kiedy mama zaczęła kolędę „Bóg się rodzi” a potem „Boże coś Polskę”, głosy utknęły nam w krtani, łzy cisnęły się do oczu. Nie było w tym rozpaczy. Przynosiły ulgę napięciu, jakie towarzyszyło nam nieustannie.

Ojciec powrócił z Warszawy następnego dnia. Spóźnił się, ale umknął obławie na dworcu kolejowym. Przywiózł trochę wędliny i drobne upominki gwiazdkowe. Radości nie było końca.

Teraz, po latach przy wigilijnym stole, odżywa pamięć o tamtej wieczerzy okupacyjnej w 1943 roku. Ach cóż to były za święta!

Napisz do Redakcji