nr. 77
VICTORIA, BC,
STYCZEŃ 2017
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Zebranie
Sprawozdzwczo-
Wyborcze
Dom Polski
19 lutego

Zabawa Walentynkowa
Dom Polski
11 luty


ARTYKUŁY

Od Redakcji

J.Łukaszewski -
Początki

polskiego futbolu

K.N.
Ewa Kłobukowska

skrzywdzona mistrzyni

J.Parol
Pasja

biegania

Historia roweru
najdawniejszai

E.Kamiński-
Targ niewolników

Zesłańcy - ciąg dalszy

L. Mongard-
Tymianek


M.Lachowski
Podziękowanie

za poparcie teatru

K.Ryczkiewicz-
Wyprawa na
Mt. Blanc
wspinaczka górska
K.Ryczkiewicz
Mt. Blanc

fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 32

Rozmaitości

Indeks autorów

Jacek Parol

Pasja

Każdy ma jakąś pasję. Jedni zbierają znaczki, inni skaczą ze spadochronem, jeszcze inni kolekcjonują gołe fotki. Ja kocham biegać. Tyle, że bieganie po asfalcie jest nudne. Ja biegam byle gdzie, a najlepiej, jeśli to „byle gdzie” wymaga solidnego zmęczenia.
Zacząłem biegać dwa lata temu. Najpierw kilka kilometrów po asfalcie. Potem zawody. Biegnij Warszawo nuuuudy. Tłum biegaczy, gorący asfalt, warszawskie powietrze potrafiące zabić na dłuższą metę nawet zdrowego biegacza, widoki znane z okna samochodu.
Potem odkryłem biegi survivalowe. W 2015 roku pobiegłem kilka ekstremalnych biegów terenowych, w tym Runmageddon Classic, na terenie warszawskiego Służewca na 12-kilometrowej trasie i Mistrzostwa Europy Spartan Race na 31-kilometrowej trasie górskiej, której pokonanie zajęło mi sześć i pół godziny i zapewniło największe zakwasy w życiu. Kiedy jednak myślę o najlepszym biegu zeszłego roku- myślę Katorżnik.
Bieg Katorżnika organizowany jest w Lublińcu. W tym roku odbędzie się już XII edycja biegu. Według legendy, krążącej wśród uczestników, trasa biegu pierwotnie wykorzystywana była przez lubliniecką jednostkę komandosów jako trasa ćwiczebna. Trasa co roku jest trochę modyfikowana w zależności od stanu wód i suchości lasów, przez które przebiega. Trasa liczy mniej więcej 10-12 km. O Katorżniku, jako biegu, który daje w kość, usłyszałem prawie rok wcześniej. Zapisanie się nie jest łatwe i wymaga również sporej sprawności. Zapisy odbywają się w styczniu i trwają około 4 minut od rozpoczęcia do zamknięcia list. Chyba żaden bieg nie ma takiego wyniku i nie cieszy się taką sławą.
Tyle suchych faktów. A było tak.
Rok 2015 zasłynął z piekielnych upałów. Nie inaczej było w pierwszych dniach sierpnia. Stanęliśmy na linii startu w 37-stopniowym upale, z jeziorem o konsystencji i temperaturze zupy ogórkowej u stóp. Warto od razu zaznaczyć, że słowo „bieg” kompletnie nie opisuje rzeczywistości, jaka czeka uczestników tego szaleństwa. W mojej ocenie więcej pływałem niż biegłem, ale być może to upał i zmęczenie zmąciły mi obraz, a faktycznie biegu i pływania było tyle samo.
Gruchnęła muzyka z mocnym rytmem WE WILL ROCK YOU – Queenów, a my zaczęliśmy podskakiwać od nadmiaru adrenaliny. Wreszcie start. Start od razu z niskiego nadbrzeża do wody. I ta woda towarzyszyła nam przez większą część biegu. Generalnie trasa wiodła wokół jeziora, raz przybliżając się do samego brzegu, innym razem biegnąc w wodzie w szuwarach, by na chwilę oddalić się i biec przez rowy melioracyjne towarzyszące zbiornikowi. Woda w jeziorze była równie ciepła jak powietrze, tyle, że zmącona setkami nóg do stanu gęstej zupy. Nie było mowy, mimo upału, by chociażby zwilżyć nią usta. A potem zaczął się prawdziwy Katorżnik. Z płytkiego strumienia wybiegliśmy na brzeg wyschniętego prawie całkowicie mniejszego jeziorka.
Potrafię sobie wyobrazić, że w innych latach uczestnicy musieli po pas lub po szyje w wodzie przeciąć ten zbiornik. My brnęliśmy przez gliniaste, ciężkie błoto oblepiające buty kilkukilogramowymi bryłami. Na drugim brzegu wszyscy odczuli pewnie złudną ulgę, bo w tym momencie wpadliśmy w szeroki, błotnisty kanał melioracyjny. Błoto miało konsystencję rzadkiego betonu, czarny kolor i woń bagna. Mimo upału było lodowate, miało pewnie z 7 stopni, co przy stojącym, rozgrzanym powietrzu pod gałęziami drzew dawało odczuwalną 30-stopniową różnicę temperatur.
Skrywało pod powierzchnią gałęzie i całe pnie drzew, które ze złośliwością rzeczy martwych wbijały się w każde możliwe miejsca, ze szczególnym upodobaniem do piszczeli. Brnęliśmy jeden za drugim, potykając się i wywracając. Co chwila padały przekleństwa, będące jednocześnie czytelnym komunikatem dla idących z tyłu o znalezieniu metodą organoleptyczną kolejnej ukrytej przeszkody. Kiedy wydawało się, że ciężej już nie może być, z rowu z lodowatym błotem wybiegaliśmy w szuwary, by po zrobieniu kilkudziesięciu, może kilkuset metrów, wrócić do rowu. Nie wiem, ile razy przećwiczyliśmy ten manewr rów – wbiegniecie w szuwary – brnięcie przez szuwary – brzeg – rów melioracyjny. Nie wiem, bo wtedy po raz pierwszy w mojej biegowej karierze poczułem, że zbliżam się do kresu wytrzymałości.
Szuwary okazały się chyba najgorsze. Brnęliśmy w nagrzanej słońcem wodzie, gęstej od pociętych ostrych kawałków trzciny wodnej, wpadaliśmy w dołki nurkując z głową, przepełzaliśmy przez pnie drzew, najeżone końcówkami połamanych gałęzi. Woda chwilami była tak gęsta, że każdy krok wymagał wysiłku.
Był moment, gdy mój mózg wysłał stanowcze oświadczenie, ze nie ma mowy o kontynuowaniu tej zabawy. Tyle, że nie było się jak cofnąć.
To jest właśnie sedno niepowtarzalności Katorżnika. Prawdziwa walka z samym sobą i z otaczającą naprawdę dziką przyrodą. Tu nie było starych opon samochodowych do przeskakiwania, nie było drewnianych ścianek wybudowanych na potrzeby biegu, ani wykopanych dołków. Tu każdy konar, każda kropla wstrętnej, brudnej wody, każdy kawał błota włażący do oczu i ust był prawdziwy tak jak to tylko możliwe.
Do kompletu i uzupełnienia nastroju, przez całą drogę towarzyszyły nam stworzenia boże. Muchy końskie wielkości helikoptera musiały na nas czekać, pilnując terminu biegu w jakimś owadzim kalendarzu. Jestem pewien, że zorganizowały z tej okazji jakieś swoje zawody. Komary były w ilościach wystarczających do obsługi większej imprezy. Na większe stworzenia natykaliśmy się okazjonalnie. Ja na przykład tylko raz nadepnąłem na szczura.
Wydawało się, że sucha droga przez las zaprowadzi wprost do mety. Na karb niedocukrzenia mózgu należy złożyć nieskojarzenie faktu, że wszyscy, ale to wszyscy wbiegający na metę z wcześniejszych fal startowych byli ubłoceni po czubek głowy. To spowodowało zdziwienie obecnością rowu z błotem gęstości, jaka wcześniej na trasie nie wystąpiła.
Ciężko powiedzieć, z czego to wynikało, może lekkie nasłonecznienie spowodowało odparowanie wody, a może to błoto było inne. Byliśmy już po 10 kilometrach i ponad dwóch godzinach ciężkiego wysiłku.
Zderzenie z tym błotem było kompletnie dobijające. To był marsz krok za krokiem, z potykaniem się, zanurzaniem w błoto po czubek głowy, łapaniem oddechu na czworaka i mozolnym brnięciem w stronę mety, która gdzieś tam – być może – była…
Gdy wybiegłem na ostatnią prostą, byłem skrajnie wykończony, nie wiedziałem dokładnie jak mam się poruszać, by dotrzeć do końca. Brakowało mi cukru, energii i siły.
A potem była meta. Meta i poczucie nieśmiertelności. Żadne miejskie rozrywki nie dadzą wam takiej dawki energii i poczucia mocy jak Katorżnik. Oczywiście potem, jak już się domyjecie z błota i pozbędziecie bagiennego zapachu, i podleczycie sińce i skaleczenia.>

(www. studioopinii.pl)

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji