nr. 77
VICTORIA, BC,
STYCZEŃ 2017
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Zebranie
Sprawozdzwczo-
Wyborcze
Dom Polski
19 lutego

Zabawa Walentynkowa
Dom Polski
11 luty


ARTYKUŁY

Od Redakcji

J.Łukaszewski -
Początki

polskiego futbolu

K.N.
Ewa Kłobukowska

skrzywdzona mistrzyni

J.Parol
Pasja

biegania

Historia roweru
najdawniejszai

E.Kamiński-
Targ niewolników

Zesłańcy - ciąg dalszy

L. Mongard-
Tymianek


M.Lachowski
Podziękowanie

za poparcie teatru

K.Ryczkiewicz-
Wyprawa na
Mt. Blanc
wspinaczka górska
K.Ryczkiewicz
Mt. Blanc

fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 32

Rozmaitości

Indeks autorów

Edward Kaminski

Targ niewolników
zapisków ciag dalszy

Ani Borys ani Stanisław nie mieli złudzeń, że władza radziecka zapomni. Przyszli po Stanisława nad ranem. Było ich dwóch - jeden z odpiętą kaburą pistoletu u pasa, drugi z pepeszą gotową do strzału. “Wsiegda gotow” (zawsze przygotowani), jak w ich pieśni wojskowej: “Jeśli zawtra wojna,/ jeśli zawtra pochod,/budz siewodnia w pochodu gotow “ (jeżeli jutro wojna i wymarsz, bądź gotowy do wymarszu już dzisiaj). W kraju przodującego socjalizmu, w którym “smród, bród i ubóstwo” było codziennością życia, jedynie gigantyczny aparat represji działał jak dobrze naoliwiona sieczkarnia./*
Wprost z ciepłego łóżka wywlekli Stanisława na siarczysty mróz. Wcześniej przygotowane przez Borysa waciaki, czapka uszatka i walonki złagodziły szok uderzenia różnicy temperatur. Doprowadzony do stacji kolejowej w Komsomolsku, za pokwitowaniem niczym żywy inwentarz, znalazł się znów wśród zakluczonych.
Miasto Komsomolsk na lewym brzegu rzeki Amur powstało w latach 1932-33 na miejscu wioski Permskoje. Oficjalnie budowali komsomolcy - ochotnicy komunistycznego związku młodzieży, (stąd nazwa). W rzeczywistości główną siła roboczą byli łagiernicy z rosnącej jak grzyby po deszczy sieci obozów niewolniczej pracy. W latach 1930 - 40 przewinęło się przez nie 900 tysięcy katorżników. Komsomolsk, z nieustającym zapotrzebowaniem na nowe transporty więźniów, rozrósł się w duży ośrodek przemysłowy i centrum obozów Gułagu (Gławnoje Uprawlenje Łagierej) w Chabarowskim Kraju nad Amurem.
Na bocznicy kolejowej wyładowywano transport nowej siły roboczej. Byli to przeważnie wieśniacy z Nadbałtyckich krajów podobnie jak połowa terytorium Polski, “wyzwolonych” z pod jarzma imperialistycznych wyzyskiwaczy. Ponoć sprzeciwiali się kolektywizacji gospodarstw. W próbach nawiązania rozmowy zbywali Stanisława półsłówkami. Zaledwie udało się wyciągnąć od nich, że są z Łotwy, niektórzy z Litwy. W nowym ekwipunku zimowym, z narzuconym na kufajkę kożuszkiem, wciąż w dobrym stanie, wzbudzał nieufność i podejrzenia więźniów w nędznych łachmanach. Również strażnicy nie byli pewni, kto zacz jest ów zakluczony. Na wszelki wypadek wstrzymywali się od brutalności. Mógł to być przecież jeden z tych inspektorów NKWD w przebraniu. Lepiej było się nie narażać.
- Korzystając z kamuflażu - wspominał Stanisław poruszałem się swobodnie na bocznicy, w czasie przygotowań więźniów do wymarszu. Po raz pierwszy od aresztowania napawałem się złudnym uczuciem wolności. Przyjemność psuła mi jedynie świadomość, że “nie strój zdobi człowieka”, a ci biedacy mogą uważać mnie za jednego z ciemiężców.
Formowanie kolumny marszowej przeciągało się. Liczono ustawiane rzędy wciąż od nowa. Za każdym razem coś się nie zgadzało. Obozowe służby, tak zwani “aparatczyki”, produkt i ofiary walki klasowej (między tymi którzy ukończyli dwie klasy, a tymi co ukończyli trzy), mieli duże trudności z tabliczką mnożenia. Brakował im palców u ręki do ostatecznego rachunku.
Zapadał półmrok i gdy już wszyscy przemarzli do kości, padła komenda do wymarszu, poprzedzona ostrzeżeniem: wystąpienie dwa kroki w prawo, dwa kroki w lewo z kolumny - strzelamy bez uprzedzenia. Nie była to jedynie czcza pogróżka. Strażnicy z upodobaniem czekali na okazję, by pociągnąć za cyngiel. Wystarczyło by więzień potknął się i upadł na pobocze drogi, co wydarzało się wycieńczonym nader często. W raporcie figurowali: Zastrzeleni w czasie ucieczki. Nawet opinia o zbydlęceniu konwojentów nie jest adekwatna. Porównanie ze zwierzętami ubliża zwierzętom. Zwierzęta zabijają żeby żyć. Oni żyli żeby zabijać.
Po blisko dwóch godzinach marszu, w zupełnych już ciemnościach kolumna dotarła do obozu szczelnie okolonego plątaniną drutu kolczastego. Wieżyczki z karabinami maszynowymi po obu stronach bramy zapowiadały, co się kryje po drugiej stronie ogrodzenia. Brakowało tylko złowieszczego napisu z “Boskiej Komedii” Dantego Alighieri, nad bramą piekła: “Wy, którzy przekroczycie tą bramę, porzućcie wszelką nadzieję”.
A jakże, nie obyło się bez mowy powitalnej komendanta obozu. Głodnym więźniom, zmarzniętym na -35 C. mrozie, u kresu sił, roztaczał słowa o wspaniałomyślności władzy radzieckiej. Za dobrą pracę przy budowie kolei, którą potrzebuje nasza ojczyzna do obrony przed wrogami - mówił - majcie szanse odkupić winę za popełnione przestępstwa. Zostaniecie wynagrodzeni dobrym jedzeniem i opieką. Ci którzy będą się ociągali albo złapani na sabotażu, zostaną natychmiast rozstrzelani - dodał na zakończenie.
- Słyszałem już o “bardziej porywających” przemówieniach - wspominał Stanisław. Więzień, który odbywał ponowne 10 lat skazania, opowiadał mi o sadystycznym komendancie któregoś z obozów. Ten za dobrą pracę przyrzekał, że co najmniej jeden z 10 zakluczonych przeżyje do końca wyroku, a potem dostanie następny. Gdy jeden z nieszczęśników poprosił o natychmiastowe rozstrzelanie, bo przy takim chlebie i wodzie normy pracy nie wyrobi, komendant obrzucił go przekleństwami: Ach ty swołocz! Chciałeś oszukać władzę radziecką. Zanim zdechniesz musisz odrobić swoją winę!
Efektywny czas “odrabiania winy” w administracji obozów opracowano “naukowo”. Podstawą były doświadczenia pierwszego obozu na Wyspach Sołowieckich na Morzu Białym w 1923 roku, założonego na terenie XV-XVI -wiecznego, prawosławnego klasztoru. To Gangster z Odessy, więzień Naftalij Frenkel, który w drodze awansów stał sie jednym z najbardziej wpływowych naczelników obozów sołowieckich, opracował schemat wyżywienia więźniów, podstawę działania obozów: “Musimy wycisnąć z więźnia wszystko w pierwszych trzech miesiącach - po tym jest już dla nas bezużyteczny”. Można było go odstrzelić, zastąpić nowym aresztantem, a najlepiej pozwolić mu umrzeć z głodu, obcinając dzienne porcje żywności w myśl zasady - Kto nie rabotajet, tot nie kuszajet (kto nie pracuje ten nie je). Ten zabójczy system w ciągu kilku tygodni wykończył niezliczoną ilość więźniów. Sołówki dały początek systematycznej eksterminacji rosyjskiej inteligencji: intelektualistów, naukowców, pisarzy, poetów, artystów, oficerów i arystokratów. Bodajże Sołżenicyn wspominał, że damy w balowych sukniach, na wysokich obcasach, przywożono na Wyspy Sołowieckie wprost z balów. Wielu z nich zagłodzono, nie przeżyło pracy ponad siły, lub zostali rozstrzelani. Zachowany rejestr z roku 1927 wymienia 353 Polaków. Ogółem, w ciągu 16 lat przewinęło się przez tamtejszy lagier 840 000 więźniów, z czego przynajmniej kilkanaście tysięcy rozstrzelano. Wielu zmarło w następnych latach, po przeniesieniu do innych obozów.

Wielkie budowle komunizmu
Po serdecznościach powitania kolacji już nie było. Zakluczeni poszli spać do baraku nie wiedząc nawet, przy budowie której linii kolejowej? Nie zdążyli jeszcze zasłużyć na pajdę chleba i wywar z kapusty. Kto wówczas wiedział o tych wielkich budowach komunizmu? O Kanale Białomorskim, o kopalniach złota, uranu, węgla na Kołymie, Workucie, gdzie setki tysięcy niewolników umierało z głodu i wyczerpania? Do Polski przed wojną dochodziły jedynie propagandowe osiągnięcia Kraju Rad. Kto słyszał kilka lat później, po wojnie o “Drodze Śmierci”, jednej z tych osławionych budów, pod kierownictwem owego Naftaliji Frenkla? “Droga Śmierci” - Wielka Północna Magistrala Kolejowa miała prowadzić do strategicznego portu na arktycznym brzegu Syberii. Stalin planował lokalizację portu u ujścia rzeki Ob. Przez rok katorżnicy brodzili po pas w wodzie, spędzili zimę w namiotach i lepiankach. Cały wysiłek poszedł na marne. Nie zbadano uprzednio, że morze u ujścia rzeki jest za płytkie i Stalin przeniósł lokalizację do ujścia Jeniseju, 1300 km na wschód. Tam w zimie, w gigantycznych zamieciach, 70 000 więźniów budowało prowizoryczne tory i mosty na zamarzniętych rzekach. W tajdze wyładowywali z barek lokomotywy i wagony, które już nigdy nie odjechały ze ślepych torów. Wiosną, latem, roztopy i powodzie wszystko porywały. Setki kilometrów torów na rozmarzniętej ziemi wykrzywiały się i zapadały. Wielka budowla komunizmu ugrzęzła w śniegach i bagnach. Tymczasem Stalin, któremu donoszono o sukcesach, planował już rozbudowę tej magistrali przez całą arktyczną Syberię, od Uralu aż do Półwyspu Czukotka gdzie tylko wąski pasek Cieśniny Beringa dzielił ZSRR od Alaski.
Pierwsza noc w baraku, jak wszystkie następne, na gołych deskach narów (piętrowych prycz) ustępowała komfortowi stułpinek (więziennych wagonów). Brakowało słomy pod obolałe gnaty. Wprawdzie woda nie zamarzała w baraku, ale i tak nikt się nie rozbierał i nie zdejmował butów. Miało to też dodanie strony. Zakluczeni zerwani ze snu o 4 nad ranem, świdrującym w uszach dźwiękiem gongu, nie tracili cennego czasu na ubieranie i poranne ablucje. Ponaglani wrzaskiem strażników do apelu na zewnątrz, stali niestety tracąc czas na parokrotne liczenie szeregów, a potem w kolejce po kubek ciepłej, niesłodzonej, rozwodnionej kawy i pajdę razowego chleba - zadatek na przyszłe “dobre jedzenie”. No i nareszcie gotowi i ochoczy do czynów na wielkich budowlach komunizmu, oczekiwali aż nadziriatiel i nariadczyk (nadzorca i przydzielający do konkretnych prac) pozwolą im działać. Ku ogólnemu rozczarowaniu - wspominał Stanisław - do pracy nie zaganiano, natomiast trwały przygotowania do imprezy, w jakiej więźniowie nigdy dotąd nie mieli okazji uczestniczyć.
W holu baraku zgromadzili się apartczyki okolicznych i dalszych łagrów. Na podium z bloku drewna ustawiano więźnia, zaczęła się licytacja. Oglądano go ze wszystkich stron. Każdy starał się wyjść jak najgorzej. Sprawdzali wygląd, próbowali muskuły, oszacowywali siłę roboczą. Kupowano albo odrzucano ofertę. - Zaglądali mi w zęby jak ja ongiś na targu - wspominał Stanisław - kupując wierzchowca w burżuazyjnej Polsce.
W następnym dniu rozsyłano w pośpiechu “zakupionych” do obozów niewolniczej pracy. Przygotowywano się do przyjęcia następnego konwoju. Był już w drodze. >
_________________________________
/* Rosja Sowiecka jak żaden dotąd kraj rozbudowała aparat represji swoich i obcych obywateli na skalę wcześniej nie notowaną. Liczba 600 tysięcy skazanych na prace niewolniczą w łagrach w roku 1930 wzrosła do 8 milionów w 1938 r. Według półoficjalnych statystyk, rok później, w czasie gdy wywieziono do Rosji Stanisława Urbańskiego, w obozach więziono już 12 milionów katorżników w 40 000 gułagów rozsianych na całym terytorium ZSRR. Jak do wybuchu II wojny światowej w 1939 r. rozrósł się aparat przemocy NKWD służy dla przykładu porównanie: w 1938 r. w kolejnictwie radzieckim pracowało 930 000 ludzi, w górnictwie 589 tysięcy, a dozorców i strażników więziennych było aż 2 126 000. Już w marcu 1922 roku Lenin powiedział, że “ im więcej zdołamy zastrzelić przedstawicieli czarnosecinnego kleru i reakcyjnej burżuazji, tym lepiej. Musimy im dać teraz taką nauczkę, by przez kilkadziesiąt lat nie odważyli się nawet pomyśleć o jakimkolwiek oporze”. Mając takich “mentorów” radziecki aparat bezpieczeństwa szybko opanował sztukę wykrywania wrogów nie tylko rzeczywistych, ale też potencjalnych i tam, gdzie żadnych nie było.
Jak dotąd dociekania historyków badaczy ofiar rewolucji, systemu stalinowskiego nie daje pełnej odpowiedzi na pytanie ilu zginęło. Francuscy autorzy Czarnej księgi komunizmu mówią o 20 milionach ofiar śmiertelnych do czasu upadku ZSRR. Jeden ze zespołów badaczy na podstawie materiałów archiwalnych doliczył się 786 098 wyroków śmierci wykonanych na więźniach politycznych w latach 1934 - 1953. A ilu rozstrzelali strażnicy bez żadnego wyroku? Tak dla zaspokojenia potrzeb sadystycznych, pod byle pozorem, dla uciechy, w pijanym widzie? Ilu zmarło z głodu i zimna w czasie masowych deportacji? Ilu padło w masowych, nieudokumentowanych egzekucjach, od chorób, z wycieńczenia pracą ponad siły? Jaka była śmiertelność wśród represjonowanych rodzin skazańców, z żalu, ze zgryzoty, z głodu, pozbawionych w czasie wojny racji żywnościowych? Ile zmarło dzieci “wrogów ludu” od tyfusu, chorób zakaźnych w ponurych sierocińcach, w czasie gdy ich rodzice za kolczastymi drutami odpracowywali na rzecz socjalizmu niepopełnione winy?
Jeżeli nawet kiedykolwiek ujawnione zostaną wszystkie, źródła statysty-
czne, to trzeba się z tym pogodzić, że żadna statystyka, nawet najbardziej wiarygodna, nie odzwierciedli bezmiar cierpień jakich system stalinowski zgotował ludziom. Cdn.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji