nr. 77
VICTORIA, BC,
STYCZEŃ 2017
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Zebranie
Sprawozdzwczo-
Wyborcze
Dom Polski
19 lutego

Zabawa Walentynkowa
Dom Polski
11 luty


ARTYKUŁY

Od Redakcji

J.Łukaszewski -
Początki

polskiego futbolu

K.N.
Ewa Kłobukowska

skrzywdzona mistrzyni

J.Parol
Pasja

biegania

Historia roweru
najdawniejszai

E.Kamiński-
Targ niewolników

Zesłańcy - ciąg dalszy

L. Mongard-
Tymianek


M.Lachowski
Podziękowanie

za poparcie teatru

K.Ryczkiewicz-
Wyprawa na
Mt. Blanc
wspinaczka górska
K.Ryczkiewicz
Mt. Blanc

fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 32

Rozmaitości

Indeks autorów

Krzysztof Ryczkiewicz

Wyprawa górska na Mt. Blanc, sierpień 2016

W połowie sierpnia zeszłego roku, będąc w Polsce, otrzymałem telefon od mojego bliskiego kolegi, byłego goprowca Edka z zapytaniem, czy nie mam zamiaru wybrać się na Mount Blanc z jego kolegami? Wypad na tydzień, jednym samochodem, 4 osoby, szybko i tanio…
Zgodziłem się na to, jako że zawsze marzyłem o zdobyciu “Dachu Europy”, a Edmunda znałem już z wielu naszych wspólnych wspinaczek po Tatrach Wysokich. Kolega Edek zaplanował sobie zdobycie szczytu na swoje 80-cio lecie i miał nam służyć, jako przewodnik wyprawy. Do wyprawy dołączył Roman i nauczycielka Magda
Wyjazd z Polski o 2giej w nocy, jazda non-stop, zmienialiśmy się przy kierownicy przez Słowację, Austrię, Włochy (Mediolan) aż do miejscowości Courmayeur na końcu doliny Aostii. Tam znajduje się 12 km. tunel pod „Blankiem”. Wykupiliśmy potrzebne winietki, popłaciliśmy wszystkie autostrady i znaleźliśmy się w kolejce do tunelu, który prowadzi z Włoch do Francji.
Okazało się, że po ostatniej katastrofie w tunelu, która miała miejsce kilka lat temu, komputer puszcza samochody co 150 m. W kilometrowej kolejce czeka się przeciętnie 50 min. My mieliśmy 2 km kolejki do tunelu… i jeszcze zapłacić trzeba było ok 60 Euro. Do Chamonix Dotarliśmy o zmroku, na kampingu było już ciemno, więc namiot rozbiliśmy przy światłach z samochodu.

Mt. Blanc (4803m), najwyższy szczyt Europy (według Międzynarodowej Unii Geograficznej) leży po stronie francuskiej i zaliczany jest również do szczytów “Korony Ziemi”, czyli najwyższych szczytów wszystkich kontynentów. Edek zdobył już trzy z nich: Aconcaguę, Elbrus i Mt. Blanc.
Mt. Blanc nie jest łatwy. Wyjście wymaga aklimatyzacji, polegającej na progresywnej zmianie wysokości. Na wierzchołku góry zawartość tlenu w powietrzu jest o połowę mniejsza, więc niezbędna jest adaptacja organizmu do tych warunków. Do tego temperatura powietrza spada 1.5C, co 200m przewyższenia, a na szczycie bywa nawet -50 st. C przy silnym wietrze. Średnio, co roku podczas prób zdobycia góry ginie 8-10 turystów, głownie z powodu załamania pogody, braku umiejętności posługiwania się sprzętem, czy słabej sprawności fizycznej. 79 % Ludzi powracających z „Blanca” cierpi na chorobę wysokościową AMS (Acute Mountain Sickness).
Jako, że pogoda była w kratkę i zmęczenie jazdą non-stop dało nam we znaki, drugiego dnia postanowiliśmy zwiedzić Chamonix. Polecam wszystkim udającym się w Alpy zwiedzić to malownicze francuskie miasteczko. Kamieniczki, kawiarenki, mostki, kwiaty, pomniki etc…
Na kampingu wieczorem przygotowałem swoje jedzenie na kilka dni, linę, karimatę, raki, uprzęż, lonże i kijki składane. Nie zabraliśmy śpiworów ani namiotów, aby nie nosić dodatkowego obciążenia, ale i tak nasze plecaki ważyły, co najmniej 20 kg. Na prośbę zespołu zarezerwowałem miejsce w schronisku Tete Rousse (3167m), na jeden nocleg, gdyż resztę nocy mieliśmy spędzić w górskich schronach.
Wyjście na szczyt zaczęliśmy z miejscowości Les Houches do La Chalette i dalej po torach kolejki pieszo do podnóża Mt. Blanc. Tutaj wydarzyła się zabawna sytuacja.
Edek postanowił jechać kolejką torową do ostatniej stacji, a nam zaproponował trening, czyli wspinaczkę po torach; wszyscy mieliśmy się spotkać na końcowej stacji. Gdy kolejka nadjechała, Roman dał swój plecak Edkowi do pociągu, aby mu podrzucił. Idąc po torach, Magda zgubiła kółko na końcu kijka i postanowiła się cofnąć, aby je odszukać. Gdy doszedłem do końcowej stacji kolejki (2300m) nikogo już nie było koło mnie. Edek poszedł do przodu wiedząc, że go dogonimy, Roman poszedł szukać swojego plecaka, a Magda jeszcze nie wróciła z dołu.

Usiadłem i z uśmiechem zachwytu zacząłem podziwiać przepiękne widoki.


Lodowce w Alpach spływają do wysokości 2000m, tak więc większość drogi ma się je pod nogami.

Po jakimś czasie Magda i Roman się pojawili, pytając czy nie widziałem Edka, który jako jedyny znał trasę na szczyt, jako że zdobył go kilkanaście lat temu. Zajęło nam trochę czasu, aby znaleźć prawidłową ścieżkę do schroniska Tete Rousse, gdzie mieliśmy nocować.
Ze względu na spadające lawiny w „Kuluarze Śmierci”, wielu alpinistów unika wyjścia na szczyt od strony francuskiej (przez schronisko Goutier). Jest to niebezpieczny żleb, który trzeba przeciąć wspinając się na szczyt. Po kilku godzinach wspinaczki dogoniliśmy Edka i dalej kontynuowaliśmy wspinaczkę razem.
Po drodze spotkaliśmy stada kozic a tuż pod nami otwierały się niesamowite widoki na popękane języki lodowców, pola lodowe, seraki…
Prognoza pogody na następny dzień była już fatalna. Opady deszczu i silny wiatr na tej wysokości oznacza odwrót. Jednak po długiej wspinaczce dotarliśmy do schroniska Tete Rousse (3167m), gdzie ze względu na warunki meteorologiczne spędziliśmy 2 noce. Tutaj przed wejściem do schroniska buty trzeba wymienić na gumowe kapcie, w których chodzi się po obiekcie, a plecaki, sprzęt zostawia się w sieni i nie wolno nic wnieść do środka. W schronisku nie ma bieżącej wody i nie ma prądu. W nocy było dość zimno, jako że nie ma ogrzewania w pokojach. Sama woda w schronisku jest bardzo droga, więc na początku topiliśmy śnieg na herbatę, ale potem odkryłem potoczek, który płynie spod lodowca. Zachód słońca widziany ze schroniska zapierał dech w piersi.
Dwa dni pobytu na wysokości ponad 3000 m dobrze wpłynęły na nasza aklimatyzację, do tego Edek podzielił się z nami aspiryną, która też przyspiesza ten proces.
Prognoza pogody się poprawiła, zapowiadało się kilka dni czystego nieba, tak więc następnego dnia ruszyliśmy razem, nocleg planowaliśmy w schronie Vallota na wysokości 4300m.
Idąc wcześnie rano przetrawersowaliśmy Kuluar Spadających Kamieni: co roku ktoś tam ginie i najlepiej go pokonać wcześnie rano albo późno wieczorem, gdy kamienie są zamarznięte.
Po kilku godzinach wspinaczki alpejskiej używając karabinki i uprzęże pokonaliśmy bardzo stromą ścianę, na której krańcu znajduje się schron Goutera 3817m. Tam krótki odpoczynek i dalej w górę. Przed schronem Goutera założyliśmy już raki na nogi, jako że na trasie był tylko lód i śnieg. O godz. 4- tej po południ dotarłem, jako pierwszy, do schronu Vallota na wysokości 4300m. Tam zostawiłem plecak, zjadłem kanapkę, zabrałem wodę i postanowiłem zaatakować szczyt. Miałem jeszcze dość energii w tym momencie. Roman, który szedł za mną zdecydował odpocząć i następnego dnia spróbować z reszta zespołu. Do szczytu szedłem, więc sam. Nie można było przyspieszyć, jako że mniejsza ilość tlenu w powietrzu, na tej wysokości, nie pozwalała na to. W połowie drogi dochodzi się do eksponowanej grani, na której wiał silny wiatr porywając tumany śniegu. Po drodze mijały mnie zespoły turystów z przewodnikami, którzy zawracali z góry, mówili, że za silny wiatr, ja też miałem chwile zwątpienia. Chwilami nie wiedziałem za bardzo gdzie mam iść, gdyż silny wiatr zdmuchiwał ślady przede mną. Po drodze trzeba było pokonać kilka nawisów śnieżnych, bardzo stromy lodowy kominek, szczeliny lodowcowe, niebezpiecznie było na wąskiej grani pod szczytem bardzo eksponowanej, gdyż silny wiatr chciał mnie z niej zdmuchać. Bardzo ciężko było zrobić jakiekolwiek zdjęcia, woda, którą zabrałem ze sobą zamarzła, pod szczytem było ok -18 st. C i wiał silny wiatr. O godz. 6: 30 po południu stanąłem na wierzchołku z wielkim uczuciem radości.
Widoki na szczycie są rewelacyjne, w dole morze mgieł, z którego sterczą 4-tysieczne szczyty skaliste, lodowce, seraki lodowe, ciemne niebo, wszystko w koło jest niższe. I ta świadomość, że zdobyło się najwyższy szczyt Europy daje ogromną satysfakcję.
Po krótkim odpoczynku na szczycie zorientowałem się, że jestem zupełnie sam i robi się późno, gdyż słońce chyliło się ku zachodowi. Ostatnie spojrzenie na panoramę i zejście w dół. Po dwóch godzinach w wielkim zmęczeniu przy silnym wietrze zszedłem do schronu Vallota 4300m, gdzie spotkałem się z resztą zespołu. Zostałem poczęstowany gorącą zupą, ugotowaną na naszej kuchence. Edek gratulował mi wyjścia, a ja zdałem relacje z trasy. Nocleg w blaszanym schronie to był prawdziwy horror, ujemna temperatura, silny wiatr, który co jakiś czas otwierał drzwi wejściowe; wszyscy żałowali, że nie mamy śpiworów. W nocy Edmund dostał hipotermii nie czuł się dobrze. Prosił mnie o asekurację i postanowił następnego dnia zejść z powrotem. W nocy i wcześnie nad ranem schron robił się pełny. Zespoły pospinane linami wpadały do schronu, aby się ogrzać, gdyż na zewnątrz było bardzo zimno z powodu silnego wiatru. Ja nie zamknąłem oka całą noc. Przeczekaliśmy do 10 rano i razem z Edkiem spięci liną w rakach zaczęliśmy drogę powrotną w dół. Magda i Roman postanowili jeszcze poczekać i później zaatakować szczyt. Idąc w dół, dotarliśmy do Wielkiego Kuluaru Spadających Kamieni.
Edek pamiętał poprzednią wyprawę, kilkanaście lat temu, gdy jego kolega zginął, on sam był świadkiem, jak czyjeś zwłoki spadały z góry. Przez Kuluar przechodziliśmy osobno, pora była fatalna, co jakiś czas rozpędzone kamienie staczały się z góry. Para młodych Węgrów po drugiej stronie pomogła nam obserwować górną partię żlebu, dali sygnał i pierwszy przeszedłem ja, a potem Edmund. Zmęczeni, ale szczęśliwi dotarliśmy do schroniska Tete Rousse, gdzie już późno wieczorem dołączyli do nas Roman i Magda szczęśliwi, bo też zdobyli szczyt. Podziwiałem Edka za jego wspaniały wyczyn w tym wieku. Potem zdjęcia, toasty, relacje z trasy, wymiana opinii i nocleg na podłodze, jako że wszystkie pokoje były już zajęte. Następnego dnia zejście do tramwaju górskiego, kamping i wyjazd samochodem przez tunel do Włoch i nocleg w upalnej pogodzie, nad otoczonym palmami jeziorem Garda. >

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji