nr. 79
VICTORIA, BC,
KWIECIEŃ 2017
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Wielkanocne Jajeczko
Dom Polski
24 kwietnia

Akademia 3 Maja
Dom Polski
7 maja

Andrzej
Rosiewicz

Dom Polski
27 maja

Gooral
Dom Polski
5 czerwca


ARTYKUŁY

Od Redakcji

ks.Puchalski-
Polskie zwyczaje

wielkanocne

M.Krasowski-
Bigos

gotujemy

E.Korzeniowska
Kucharka

pozytywistyczna

E.Korzeniowska
Do Grobu Pańskiego

w Jerozolimie

E.Kamiński-
Anioł Stróż

Zesłańcy - ciąg dalszy

L. Mongard-
Owoce granatu


Teatr Brawo
i nie tylko

Ożenek
Teatru Brawo

fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 34

Rozmaitości

Indeks autorów

Ewa Korzeniowska

Kucharka pozytywistyczna

Guru gospodarstwa domowego i kulinarny ekspert, Lucyna Ćwierczakiewiczowa (1829-1810), była celebrytką XIX wiecznej Warszawy. Dziś postrzegamy ją, jako prekursorkę zdrowego stylu życia i kultury odżywiania.
Urodziła się w Warszawie w zamożnej rodzinie. Odebrała staranne, domowe wykształcenie, jak na pannę z dobrego domu przystało. W młodym wieku wyszła za mąż ziemianina, ale po kilku latach się rozwiodła. Wkrótce, ponownie wyszła za mąż za inżyniera. Drugie małżeństwo było szczęśliwe, ale bezdzietne. Dlatego, postanowiła znaleźć sobie jakieś zajęcie, i trafiła w dziesiątkę, wydając w 1858 roku, za pożyczone pieniądze, pierwszy poradnik dla gospodyń zatytułowany „Jedyne praktyczne przepisy wszelkich zapasów spiżarnianych oraz pieczenie ciast.” Nic dziwnego, że odniosła sukces, bowiem pisała ciekawie i ze swadą, a podawane przez nią przepisy jak zmysłowe obrazy pobudzają apetyt czytelnika. Można się domyśleć, że nie tylko dobre rady i przepisy, ale również umiejętności literackie autorki nie pozostały bez wpływu na popularność tego dzieła.
Następna książka kucharska jej autorstwa „365 obiadów za pięć złotych” ukazała się już w 1860 roku i stała się natychmiastowym bestsellerem. Podbijała wszelkie rekordy wydawnicze, wystarczy powiedzieć, że miała 18 wznowień i sprzedawała się lepiej niż dzieła Bolesława Prusa czy Henryka Sienkiewicza. W ciągu pierwszych dziesięciu lat swej działalności pisarskiej sprzedała pani Ćwierczakiewiczowa 70 tys. egzemplarzy “Obiadów” i zachwycona swym sukcesem i tak chwaliła się przed znajomym pisarzem Marianem Gawalewiczaem:
“Bądź zdrów, jadę za granicę; wydałam trzynastą edycję moich „Obiadów”, napisz o tem i dodaj, że wzięłam dotychczas 84 000 za moje książki gospodarskie!... 84 000!...”, co ten potem tak skomentował: “Spuściłem głowę upokorzony, zgnębiony, zawstydzony tą cyfrą, której w najśmielszych marzeniach literacko-wydawniczych nawet nie dotknąłem. Mój Boże, dlaczegóż nie obdarzyłeś mnie kulinarnym geniuszem!”. (Porządny majątek ziemski wart był w tych latach ok. 35 tysięcy)
Ćwierczakiewiczowa umiała robić pieniądze, znała się również na marketingu i często korzystała z dobrodziejstw reklamy. Wykorzystując doświadczenie i wiedzę, a także znajomość języków obcych, spełniała się też w pracy dziennikarskiej, (jej teksty ukazywały się w Bluszczu, Przeglądzie Tygodniowym i w Żurnalu Mód) i promowała nowy typ kobiety polskiej twierdząc, że „tylko wykształcona i inteligentna kobieta zdolna jest rządzić domem z korzyścią dla rodziny”.
W prowadzeniu gospodarstwa domowego radziła kierować kilkoma prostymi zasadami, a mianowicie zalecała: wstawanie skoro świat, oszczędność, staranne planowanie budżetu, pracowitość i dbanie o porządek. Czytelniczki z jej artykułów uczyły się zasad higieny - pisząc teksty dotyczące zdrowia współpracowała z lekarzami, by uświadomić czytelnikom znaczenie higieny w prewencji zdrowotnej, wprowadzała w tajniki medycyny, bakterii i zarazków, chorób i instruowała ich, iż tylko czystość i dobrze skomponowana dieta mają wielki wpływ na stan zdrowia.
Trudno uwierzyć, że nasze prababki nie przywiązywały uwagi do spraw czystości. A jednak mycie czy pranie w ówczesnych domostwach, nie było powszechne. W ogóle nie myto włosów; nieczęsto zmieniano ubrania, bieliznę pościelową czy osobistą, nie wspominając o kąpielach, które odbywały się raz do roku, około Wielkiejnocy. Pani Lucyna przekonała Polki, że warto założyć w mieszkaniu pokój kąpielowy, wyjaśniała sekret prania, ale i ogrodnictwa, dobrego smaku, mody, ubioru; uczyła sposobów robienia zapraw, uczulała na ruch na świeżym powietrzu, zapoznawała je z najnowszymi kuchennymi urządzeniami i narzędziami, wyjaśniała im sztukę nakrywania stołu, zasady zdrowego odżywiania, układania kwiatów i wywabiania plam z odzieży; jej poradnictwo miało szerokie spectrum tematyczne: od instrukcji jak zaszlachtować i oprawić prosiaka do tego jak zrobić domowym sposobem różany krem do twarzy. Była encyklopedią wiedzy gospodarskiej i kulinarnej, potrafiła też dzielić się nią z czytelnikami w interesujący sposób.
W latach 80. XIX w zaczęła wydawać również kalendarze dla kobiet. Oto jak pisze o tych kalendarzach Bolesław Prus w swej kronice tygodniowej z grudnia 1881 roku:
Najważniejszym wypadkiem ostatnich dni, nadającym się do dziennikarskich rozmyślań, jest naturalnie “Kolęda dla gospodyń” przez autorkę “365 obiadów”.
Kolęda obejmuje: zaćmienia w r. 1882, ewangelie na wszystkie święta, przepisy gospodarskie tudzież rejestrzyk bielizny do prania na każdy miesiąc, dalej jarmarki, a nareszcie wielką liczbę artykułów dotyczących: kuchni, spiżarni, pracy kobiet, filozofii, nerwowych cierpień, dramatu i poezji.
Między innymi znajdują się tam i aforyzmy, na przykład:
„Czarninę, zamiast mąką, zaprawiać miodownikiem, a będzie wyborna.”
„Kobiety to anioły, które przez bramy raju na dno piekła nas prowadzą.”
I tak dalej.
Największą jednak osobliwością Kolędy jest dołączające się do niej premium w formie butelki soku i słoika gruszek w occie. Jeżeli każdy egzemplarz książki posiada tego rodzaju dodatek, to naprawdę wypada się lękać, że autorka w roku bieżącym dołoży do swego wydawnictwa.
W każdym razie Kolęda jest książką fachową i pożyteczną. Szczerze pragnąłbym doczekać tych czasów, kiedy u nas nie tylko “gospodynie”, ale także szewcy, krawcy, ślusarze, stolarze otrzymają specjalne noworoczniki, obejmujące tyle przynajmniej nowych i praktycznych wiadomości, ile znajduje się ich w kalendarzu autorki 365 obiadów.
Błagam jednak przyszłych wydawców kolęd dla: „budujących lokomotywy” - „żelazne mosty” - „fortepiany” - „kasy ogniotrwałe” itd., ażeby, przysyłając mi do reklamy swoje edycje, nie dołączali do nich premiów, z którymi, dalibóg! nie wiedziałbym, co robić i gdzie je postawić?
Była kiedyś epoka, w której zajmowanie się kuchnią i spiżarnią należało do złego tonu. Wówczas znikła rasa znakomitych gospodyń i tradycja polskich potraw. Panny na wydaniu nie umiały przepowiedzieć: czy pewna kura zniesie lub nie zniesie jaja natomiast i karteczowały ludzi panieńskimi wiadomościami z zakresu: słownikarstwa, chronologii i encyklopedii.
Była to epoka romansów George Sand, bladych dziewic i katarów żołądka. Przeciw niezdrowym prądom owego czasu pani Ćwierciakiewiczowa podniosła sztandar 365 obiadów i - zrobiła pierwszy krok do ocalenia kraju.
Dziś każda młoda gospodyni, jeżeli nie potrafi ugotować nawet lanego ciasteczka, to przynajmniej posiada w swojej biblioteczce wydawnictwa - wskrzesicielki naszych gospodarskich tradycyj. Jest to więc zapowiedź lepszych czasów: dla żołądka przez kuchnię i dla społeczeństwa - przez żołądek.
Lucyna Ćwierczakiewiczowa była również sufrażystką, czyli entuzjastką wyzwolenia kobiet. Zachęcała, by poprzez chałupniczą pracę – produkcja miodu, przetwórstwo, szycie luksusowej bielizny, tkactwo, itd. Uważała, że panie z dworów wykorzystując sytuację rynku mają szansę, sprzedając swoje produkty, osiągnąć niezależność finansową, a swoim poddanym dać pracę. To chwalebne przedsięwzięcie wzięła na siebie pani Lucyna, posługując się nie tylko własnym doświadczeniem i praktyką, ale i materiałami z zagranicy. Odpowiadała na zapotrzebowanie chwili, ale świadomie czy nie, wpisywała się w nurt polskiego pozytywizmu, który głosił potrzebę pracy u podstaw i pracy organicznej.
Pani Lucyna jaśniała na firmamencie ówczesnej „śmietanki towarzyskiej”, ale również słynęła, jako skandalistka. Podobno, gdy przychodziła do kogoś nie zastawszy gospodarza w domu, bez pardonu, nie zważając na protesty służy, wchodziła do salonu i sprawdzała czy jest kurz na meblach. Jeśli tak, to zostawiała na zakurzonej powierzchni swój autograf, zamiast wizytowego biletu. Mówiła o niej cała „Warszawka”. Ludzie cenili sobie jej rady, choć nie szczędzili złośliwości, a ona swym zachowaniem jeszcze ich do tego prowokowała wychodząc z założenia, że nawet jeśli mówi się o niej źle, to i tak lepiej, niż by się nie mówiło wcale. Bali się jej restauratorzy i drżeli sklepikarze, gdy pojawiała się w progach ich establishmentów. W teatrze, gdzie bywała często, siedząc w loży, głośno komentowała potknięcia aktorów, szeleściła papierkami, gdy coś się jej nie podobało.
Oto jak opisała ją Eliza Orzeszkowa:
“Kobieta z gatunku tych, którym ojcowie nasi dali miano herod-baba. Ruchliwa, krzykliwa, nieustraszona, gotowa zawsze do celów swych ludzi za gardła brać albo im oczy wydzierać. W biały dzień i na ulicy wyłajać bliźniego może ona tak dobrze, jak przełknąć ostrygę”.
Mimo to u „Herod Baby” w mieszkaniu przy ulicy Królewskiej 2, we czwartki o 14-tej, otwierały się podwoje salonu i przybywali zacni goście, luminarze kultury i sztuki, nauki i teatru, bowiem był to salon intelekualno-kulinarny. Bywało, że zaproszeni goście, zwłaszcza poczatkujący literaci czy studenci oczekiwali w kolejce na klatce schodowej, by się tam dostać. Po sutym i wykwintnym obiedzie w salonie pani Lucyny odbywały się uczone dyskusje, odczyty, recytacje, słuchano muzyki, a także wymieniano ploteczki.
Niektórzy się oburzali, bo pani Ćwierczakiewiczowa zapraszała na te spotkania również Rosjan. Robiła to celowo, by między przystawką, a deserem załatwiać komuś pozwolenia na widzenia więźniami warszawskiej cytadeli, na wysłanie paczki na Sybir. Mimo trudnego charakteru i wybujałej osobowości chętnie pomagała ludziom. Starała się zaradzić nędzy i brudowi. Pomagała finansowo ochronkom, wspomagała samotne matki. Zbierała odzież dla biednych. Robiła kwesty na rzecz rodzin uwięzionych, które pozostały w kraju. Była, więc nie tylko celebrantką krzewiącą kulturę osobistej higieny, nie tylko kuchmistrzynią najlepszą na ziemiach polskich, była też społecznicą i patriotką.
Któregoś razu z pobudek patriotycznych właśnie, dopuściła się pono czynu niezwykle śmiałego, gdy w katedrze Św. Jana w Warszawie, protegowany cara, arcybiskup Feliński wygłosił kazanie wzywające wiernych do posłuszeństwa carowi. Oto jak żartobliwie opisuje ten incydent we wspomnieniach, autorka doskonałych książek, Zofia Kossak-Szczucka:
„Środkiem opróżnionej nawy kroczy postać doskonale znana: pani Lucyna Ćwierczakiewiczowa, autorka książki kucharskiej “365 obiadów”. Potężna i groteskowa (trudno zliczyć, ile karykatur pani Lucyny zrobił Kostrzewski). Ostatnio przestał, bo mu się sprzykrzyło). Kobieta niespożyta. Postrach dorożkarzy, z którymi kłóciła się o pół grosza, postrach przekupek, z których żadna tej paniusi nie przegada. Teraz wali prosto przed ołtarz, staje i donośnym, choć piskliwym głosem woła: Powolny sługo carski, arcybiskupie Feliński! W imieniu dobrych Polaków, co wyszli z katedry, w imieniu całego narodu polskiego, przeklinam ciebie, przeklinam do trzeciego pokolenia! - To powiedziawszy zawraca, szeleszcząc fałdami sukni żałobnej…”
Ostatnio ukazało się w Polsce kilka wznowień książek tej autorki, Warto do nich sięgnąć, by się przekonać, że pani Lucyna w swych działaniach była nowatorką, której przyświecała futurystyczna, jak na owe czasy, wizja zdrowego trybu życia. Jej książki stanowią interesującą lekturę, pisane ciekawie są skarbnicą informacji, a zawarte w nich przepisy kulinarne, o zmodernizowanych jednostkach i proporcjach są w przeważającej mierze oparte na diecie 20 km, a więc jakby skierowane do dzisiejszego odbiorcy.>

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji