nr. 79
VICTORIA, BC,
KWIECIEŃ 2017
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Wielkanocne Jajeczko
Dom Polski
24 kwietnia

Akademia 3 Maja
Dom Polski
7 maja

Andrzej
Rosiewicz

Dom Polski
27 maja

Gooral
Dom Polski
5 czerwca


ARTYKUŁY

Od Redakcji

ks.Puchalski-
Polskie zwyczaje

wielkanocne

M.Krasowski-
Bigos

gotujemy

E.Korzeniowska
Kucharka

pozytywistyczna

E.Korzeniowska
Do Grobu Pańskiego

w Jerozolimie

E.Kamiński-
Anioł Stróż

Zesłańcy - ciąg dalszy

L. Mongard-
Owoce granatu


Teatr Brawo
i nie tylko

Ożenek
Teatru Brawo

fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 34

Rozmaitości

Indeks autorów

Edward Kaminski

“Anioł stróż” kontra stróż bolszewicki
zapisków ciag dalszy

Stare porzekadło ludowe powiada, że każdy ma swego anioła stróża. Stąd też w dość powszechnym mniemaniu, ochrona przed śmiertelnym zagrożeniem w nadzwyczajnym zbiegu okoliczności przypada siłom wyższym.
Nawiązując do owych, nadprzyrodzonych mocy, trzeba zauważyć, że Stanisław miał wyjątkowe szczęście do interwencji aniołów opiekunów. Jeden z nich w ciele lekarza Borysa z komsomolskiego szpitala ratował mu życie po ciężkim zatruciu więzienną aprowizacją. Drugi “anioł” o ziemskim nazwisku Józef Malinowski, śpiesząc na ratunek, był już w drodze. Należy, więc poświęcić mu nieco wyjaśnień, w dużym skrócie.
Przyszły “anioł” - Józef Malinowski urodził się w 1912 roku w ubogim domu wieśniaka w Trzemieśni koło Myślenic. Sześć lat później, w 1918 roku Polska odzyskała niepodległość. Po kolonialnej eksploatacji Galicji, austriackiego zaborcy, pozostała zacofana, rolnicza gospodarka. Na nowo organizowano szkolnictwo. Mały, sześcioletni Józek, w jednoizbowej szkole wiejskiej uczył się czytać i pisać. Bystry chłopak ukończył szkołę podstawową z odznaczeniem. Kraj potrzebował więcej instruktorów i nauczycieli szkół rolniczych. Dzięki stypendium za wyróżniające postępy w nauce, Józef ukończył specjalną, średnią szkołę rolniczą w Czernichowie pod Krakowem. Sąsiedzi we wiosce pytali, po co mu te szkoły? Żeby w gminie być pisarzem (co w ich mniemaniu było najwyższym, możliwym awansem dla wieśniaka), żeby nami dyrygować? Niektórzy dogryzali: jak się z chłopa zrobi pisorz, to se myśli, że jest cysorz. W wieku zaledwie 17 lat, Józefa z dyplomem agronoma polecono do pracy w majątku ziemskim hrabiostwa Mikuliczów w Czetwertni na Wołyniu.
Już pierwsze spotkanie w pałacu, z despotycznej natury arystokratką Marią Mikuliczową, potwierdziły stare porzekadło ludowe: “Z panem jak z ogniem, z bliska się sparzysz, z daleka nie ogrzejesz”. Kogo mi tu przysłali? Nie dość, że wieśniak, do tego smarkacz - mówiła. Dzień po dniu, zmagając się z chęcią ucieczki z tej zapadłej, wołyńskiej głuszy, Józef zapoznawał się z problemami zaniedbanej, wymagającej wielu zmian gospodarki. Wszelkie propozycje związane z wydatkami spotykały się ze sprzeciwem pani dziedziczki. Cały dochód z majątku wydawany był na podróże zagraniczne i kosztowne życie towarzyskie w warszawskiej siedzibie Mikuliczów w Warszawie.
Jaki związek miała praca Józefa w Czetwertni z dalszym wątkiem wspomnień o Stanisławie Urbańskim, który dogorywał z głodu i wyczerpania na zesłaniu? - Ano wieś była niczym scena teatralna, na której zaczynał się niezwykły splot wspólnych powiązań dramatu.
Wiosną 1928 roku do Czetwertni zawitał 32-letni kawaler Jan Kamiński - mój przyszły ojciec. Przyjechał obejrzeć darowiznę przyznanych mu 20 hektarów państwowej ziemi na osadnictwo dla legionistów i byłych wojskowych. Jedynym miejscem gdzie mógł zasięgnąć języka był dwór Mikuliczów. Przyjęto go gościnnie. Któregoś wieczoru do biesiady przy węgrzynie i pałacowych nalewkach dołączył ksiądz proboszcz Edward Zajączkowski z pobliskiego miasteczka Kołki. Ksiądz zaprosił Jana do plebanii, a w Kołkach zapoznał z rodziną Franciszka i Pauliny Urbańskich. Tam między innymi poznał ich syna Stanisława i jedną z córek - Janinę, do której - mówiło się - zapałał afektem. W splocie owych okoliczności, w Czetwertni Jan zaprzyjaźnił się z Józefem Malinowskim. Za jego poradą dokupił do darowanych 20 hektarów jeszcze 180 i zamierzał osiąść tam na stałe. Józef z kolei poprzez Jana też poznał w Kołkach rodzinę Urbańskich, a Jadwigę, córkę jednej z sióstr Janiny pojął za żonę, ale to już inna, odległa w czasie historia.
Do pałacu w Czetwertni hrabina zjeżdżała ze stolicy z żądaniem więcej pieniędzy, traktowała młodzika “per noga” i znikała. Zdesperowany Józef po czterech latach zrezygnował z pańskich apanaży i przyjął posadę nauczyciela w wiejskiej szkole w Starosielu koło Kołek. Po wybuchu wojny w 1939 roku i wkroczeniu bolszewików na tereny wschodnie Polski nasiliły się antypolskie działania nacjonalistów ukraińskich. Zaczęły się masowe aresztowania i kolejowe transporty zakluczonych na Sybir. Fałszywie oskarżony o znęcanie się nad uczniami, Józef znalazł się w jednym z tych bydlęcych wagonów. Skazany z kryminalnych a nie politycznych paragrafów “prawa”, uniknął sadystycznych tortur NKWD w czasie przesłuchań. Kryminaliści, pokrewne im dusze mieli ulgową taryfę w reżymie, był więc mniej zmaltretowany niż większość “pasażerów”.
Pomińmy opis przymusowej podróży nieodbiegającej od wspomnianych już sowieckich standardów. Wszystko tam było jak w uprzednich transportach: zimno, głód, wszy, sadyzm strażników konwoju. Czymś nowym była niewątpliwa ingerencja wspomnianych już “sił wyższych”. Jak inaczej można sobie wytłumaczyć, że, podczas gdy wszystkich Polaków z transportu rozsiali po różnych obozach, najwięcej w rejonie Chabarowska, gdzie budowano drugą linię transsyberyjskiej kolei, jedynie Józef trafił do podobozu w Komsomolsku. Stamtąd skierowano go tą samą drogą do łagpunktu Lesopował, w którym dogorywał Stanisław Urbański.
Początkowe dni upłynęły Józefowi na poznawaniu drylu obozowego. Pierwszy sygnał - 4 rano, pobudka. Drugi sygnał - koniec pory śniadaniowej i roboczy apel poranny. Zaczynał się od ustawiania więźniów przed bramą i sprawdzanie obecności. Jeżeli kogoś brakowało wszyscy czekali aż straż znajdzie, zwykle niezdolnego już do pracy. Po pół godzinie omyłek w przeliczaniu na siarczystym mrozie, zaczynano od nowa, co zabierało następne pół godziny. Wszyscy już solidnie poodmarzali. Rozwod (rozprowadzanie) do pracy odbywało się w kolumnach po pięciu w rzędzie. Za każdym razem kolumnie opuszczającej zonę (strefę ochronną w obozie) za bramą, towarzyszył donośny krzyk strażnika: dwa kroki w lewo, dwa kroki w prawo, strzelamy bez ostrzeżenia. Po powrocie do obozu znów przeliczanie, przeliczanie, szczęśliwie bez pomyłek raz, ale częściej dwa i więcej. Dzień pracy przeciągał się do 11 godzin i więcej. Więźniom przysługiwało 8 godzin snu, ale w praktyce zależało od wykonania narzuconych obozowi planów. Komendanci skracali sen ile im się podobało.
Doświadczony po szkolnych wykładach z podstaw eksploatacji lasów, uzupełnionych poglądową praktyką w lasach majątku Mikuliczów, Józef już w pierwszych dniach spostrzegł zupełny brak organizacji. W chaotycznej, niekontrolowanej wycince, tworzyły się zwały pni, gałęzi i konarów. Ścinane drzewa, zawieszając się na innych, stojących, groziły lada chwila upadkiem, wstrzymywały prace. Godziny trwoniono na rozładowaniu tej plątaniny. Nadzorcy rekrutowani z pospolitych kryminalistów tylko poganiali. Ze sadystycznym zacięciem wyżywali się na więźniach, jakby zasadniczym celem obozu było uśmiercanie zeków a nie uzysk drewna. Spece od złodziejskiego fachu nie pozwalali ostrzyć wyszczerbionych toporów i tępych pił, którymi wykonanie dziennej normy wymagało śmiertelnego wysiłku. Codziennie przywożono z lasu na saniach 2- 3 martwych więźniów. Padali nagle przeciążeni pracą.

Rozmowa z “nieboszczykiem”
Przekazać moje uwagi naczalstwu obozu? - Nie przekazywać. Walczyłem ze sobą - wspominał Józef. Za, przemawiało wrodzone poczucie porządku i chęć ulżenia wysiłku współwięźniom. Przeciw - zwiększony uzysk drewna wzmocni jedynie znienawidzonych ciemiężców. Podniosą natychmiast dzienne normy, a ludzie będą ginęli jak giną. Im więcej zakatują na śmierć tym częściej będą powtarzali “ u nas ludziej mnogo”. Rozsądek podpowiadał: nic się nie zmieni, a ja podpadnę nadzorcom. Oni już będą wiedzieli jak pośpiesznie wyprawić mnie na stos ciał pod płotem, czekających na wspólny dół mogilny, gdy tylko puszczą mrozy. Dla własnego bezpieczeństwa postanowiłem milczeć. Nie przypuszczałem tylko, że wkrótce będę musiał zmienić zdanie.
Od współwięźnia, jedynego, z którym mogłem porozumieć się językiem własnym, dowiedziałem się, że w sąsiednim baraku leży chory. Czasami wykrzykuje coś gwałtownie. Niektórzy bardziej zaawansowani w mowach obcych orzekli, że to przekleństwa polskie. Zaciekawiony zapuściłem się tam ryzykując zatarg ze strażnikami. W końcu baraku od trzech leżących na gołej podłodze trudno było coś wydobyć, szeptali niezrozumiale. Ich twarze pokryte kilkutygodniowym zarostem, oblepione własnymi wymiotami, wskazywały, że niewiele życia im pozostało. Na chybił - trafił sięgnąłem pierwszemu do wewnętrznej kieszeni kufajki w nadziei znalezienia jakichś dowodów tożsamości. Jeden z wydobytych, mocno już sfatygowanych świstków był pokwitowaniem odbioru rzeczy osobistych, zdeponowanych w więzieniu Łuckim, aresztowanego Stanisława... Mrowie przebiegło mi całym ciałem, zatarte już częściowo nazwisko układało się... U,... Urb,... Urbański ! Sflaczałe nogi odmówiły posłuszeństwa, fala gorąca uderzyła do głowy. To był Staszek! Szok!!
Po umyciu mu twarzy i zmoczeniu ust otworzył oczy. Pierwszymi słowami było wołanie w o d y! Wypił zachłannie całą zawartość litrowej menażki. Kto ty jesteś, zapytał? Józef Malinowski, ten z Kołek - odpowiedziałem. A... Józek, a Muza na pogrzeb nie przyjechała? Na jaki pogrzeb - pytałem?
No na mój, Trumna będzie gotowa za dwa dni - bredził. Głos mi zamarł w krtani. Musisz się wstrzymać, pociągi się spóźniają, ona jest już w drodze - wykrztusiłem z siebie. Na szczęście wkrótce zasnął.
Tej nocy prawie nie spałem. Układałem gorączkowo plan ratowania przyjaciela. Najbardziej realne wydało mi się dotarcie do komendanta obozu, zaproponowanie mojej współpracy i wskazanie Staszka jako cennego fachowca, niezbędnego w moim planie do zwiększenia dostaw drewna. Od czego zacząć?
Strażnicy nie wdawali się w rozmowy z więźniami. Oni byli od poganiania wrzaskiem i trzymania palca na cynglu. Moją uwagę - wspominał Józef - zwrócił jeden z nich, najczęściej sprawdzający barak, gdy zakluczeni spali już pokotem. Był jakby “nienormalny” w tej zdziczałej zgrai. Młokos nie krzyczał, nie bluzgał przekleństwami i jakby stronił od kompanów.
- Od czasu aresztowania, papierosy ułatwiały mi nawiązywanie znajomości. Zachowałem jeszcze paczkę wonnego tytoniu - rarytas w porównaniu ze skrętami śmierdzącej machorki. Dawaj zakurim, kiwnąłem na młodzieńca przechodzącego wzdłuż narów (drewniane, piętrowe prycze do spania w baraku). Po dwóch wieczorach skryci za przepierzeniem gdzie stała parasza (kibel) z wylewającym się moczem, rozmawialiśmy już jak starzy znajomi. Zarywałem cenny czas na sen, ale się opłaciło. Młody strażnik żalił się rozgoryczony. Śniły mu się manewry, ćwiczenia, poznawanie nowych broni, tymczasem wcielili go do straży. By wzbudzić zaufanie, pytałem tylko o rodzinę, szkołę, jego dziewczyny, aż ten rozgadał się i o obozie. Zakluczeni patrzą na mnie jak na najgorszego wroga - zwierzał się. Starsi z kompanii to powinowaci samego czorta. Najgorszy gad to ten komsomolec - znaczy się komendant, sukinsyn służbista. Nim go do obozu z Komsomolska przystali, robił karierę pomiatając ludźmi jak śmieciem. Nawet tylko część z tego, co o nim mówił mogło być punktem zaczepienia w zamierzonej rozmowie z komendantem, a to nie było łatwe. Tylko wezwani dostępowali “zaszczytu” spotkania. Obawiano się tego na równi z karą chłosty albo kilku dni w nieogrzewanej izolatce. W zimie kończyło się to zazwyczaj odmrożeniem albo i śmiercią. Nawet pridurki (donosiciele) nie byli dopuszczani przed oblicze władzy. “Serwis informacyjny” przekazywali po przez wyznaczonych aparatczyków obozowych. Odbywało się to w tajemnicy, ale i tak wszyscy w baraku wiedzieli, kto zaprzedał duszę za dodatkowy kawałek chleba. Postanowiłem wykorzystać “agencję ucho”. Igrałem z ogniem. Gdyby urki nadzorujący wyrąb dowiedzieli się o tej konspiracji moje życie nie warte było by kopiejki. Nie mogłem liczyć na ochronę zanim komendant uzna, że jestem mu potrzebny.

W “jaskini smoka”
W baraku zwierzyłem się w “tajemnicy”, że byłem specjalistą od gospodarki leśnej, znam się na wyrębie. Zataiłem to w obawie, że poślą mnie do lasu. No i masz, garbaty los, tu mnie przysłali. Nie długo czekałem na odzew. Po dwóch dniach, pod eskortą doprowadzono mnie do kancelarii obozowej, a stamtąd wprost do “jaskini smoka”. Byłem przygotowany do rozmowy, ale nie na aż tak dramatyczne starcie:
- Zdrastwuj towaryszcz komandant - grzecznie powitałem władzę.
- Kakij ja tobi towaryszcz!? - wykrzyknął - ktoż ty?!
- Ja czarnoroboczy. A twój dzieduszka (pradziadek), co? Był Carem? Komendant zerwał się z za biurka. Jeszcze nikt w obozie tak bezczelnie z nim nie rozmawiał i do tego zakluczony.
- Ja komandant ukazom Sowieckoho Prawitelstwa. Mogu tiebia rostreliać!!
Moje życie - wspominał Józef - zawisło na włosku. Przegrałbym okazując przestrach, ugięcie się przed autorytetem tego watażki. Od wieków zakorzeniona w rosyjskiej kulturze zasada “Ty naczalnik - ja durak, ja naczalnik - ty durak”, nakazywała odpowiedzieć krzykiem. Ten był ważniejszy, kto donośniej wygłaszał swoje racje.
- Możesz! - Wrzeszczałem, ale to najgłupsze, co zrobisz! Posłuchaj wpierw, co powiem! Może ci się przydać! Nie zważając, że komendant doprowadzony do wściekłości sięgnął po pistolet leżący na biurku, nie miałem już odwrotu, ciągnąłem dalej: - Władza radziecka nie obroniła cię przed fałszywym oskarżeniem i tu zesłała, daleko od domu, żony i dzieci. Twoja sprawa była głośna. Przypomnij sobie jak ty młody, ambitny komsomolec dziesięć lat temu budowałeś tu przemysł. Zaszedłeś wysoko. Dla niektórych za wysoko. Oskarżyli ciebie o nadużywanie władzy. Chciałbyś im pokazać... Zrobiłem gest ręki zgiętej w łokciu. Możesz się stąd wydostać, wrócić do dawnych stanowisk, ale nie wiesz jak. Teraz mnie rozstrzelasz? Czy wysłuchasz do końca?!
Ryba chwyciła haczyk, a ja czułem jak mi zimny pot spływa po grzbiecie. Komendant jeszcze gardłował, tylko już bez przekonania. - Masz szczęście, że jeszcze nie wezwałem strażnika żeby ciebie wyprowadził po ścianę. Jasnowidiaszszy się znalazł (jasnowidz) i wie ?!
- Takimi metodami pracy nigdy nie wyrobisz naznaczonych planów - podsycałem jego ciekawość. Na każdym kroku marnotrawstwo czasu i wysiłku ludzi. Wiem, bo jestem fachowcem od organizacji wyrębu lasu! Do tego tufta (oszustwo). Nadziratel i normirowszczyk (dozorca i nadzorujący wykonywania normy) oszukują. Przy odbiorze drewna wszystko wyjdzie na jaw. Drewno jest tak układane, że ilość sągów się zgadza, a drewna jest mniej. Można sprawdzić. Jak powiesz, że to ja ci wskazałem, zanim zdążysz z nimi się rozprawić, mnie poderżną gardło! To mafia!
- Jest sposób na wydostanie się stąd. O obozie musi być głośno, nie o ilości zakatowanych więźniów a o wysokim uzysku drewna. Żeby się rozniosło, że tu pracują stachanowcy i to twoja zasługa. Przypomniałem mu o stachanowcach, aby go nieco połechtać. Od kiedy górnik Aleksiej Stachanow w 1935 roku uzyskał rekordowy urobek węgla, zapoczątkował błyskawiczne kariery przodowników pracy. Dzięki rozgłosowi, jakie uzyskali, niektórzy wywindowali się do najwyższych władz. Odznaczano ich medalami, przydziałem dużych mieszkań, specjalnymi przywilejami. - Prędzej niż później odkryją, że potrzebują ciebie w Komsomolsku, na bardziej odpowiedzialnym stanowisku.
- No a ty co? Chcesz mieć specjalny status, chcesz tu rządzić? - Zagadnął ze złością.
- Mnie wystarczy, że twoi strażnicy będą traktować mnie po ludzku. Też zostałem fałszywie oskarżony. O tym możemy pogadać później. Radzę teraz udawać, że nic nie wiesz, żeby oszuści nie zdążyli zatrzeć śladów. To może ich zaalarmować. Zanim przedłożę listę wybranych więźniów do nowej brygady i szczegółowy plan działania, natychmiast potrzebna jest opieka lekarska nad więźniem Stanisławem Urbańskim z baraku II. Pochodzi z moich stron. To fachowiec, będzie potrzebny.
- To przecież odkazczik (więzień odmawiający pracy) Nie będziemy utrzymywać darmozjadów.
- Nie odkazczik a chory dochadiaga (więzień u kresu życia z głodu i wyczerpania). Opłaci się go uratować. Ja nie potrzebuję rozgłosu. Teraz wszystko zależy od ciebie.
Tym musiałem ostatecznie go przekonać. Złagodniał, bez podnoszenia głosu pozwolił mi odejść. Wyszedłem na miękkich nogach, jak po karczowaniu lasu. Na drugi dzień sanitariusze zabrali Staszka do izby lekarskiej. >
(cdn)

Cdn.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji