nr. 81
VICTORIA, BC,
WRZESIEŃ 2017
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Zebranie Informacyjne
Dom Polski
24 kwietnia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

J. Mróz (Młot)-
Bojownicy

o Polskę

W.Doroszewski-
Język Warszawy

gwara Wiecha

W.Widział
Wieloryb

The Globe

F.Lachowicz -
Język polski

za granicą

E.Kamiński-
"Sojusznicy"

Zesłańcy - ciąg dalszy

I.Kowalewski-
Nowe zasady

obywatelstwa Kanady

E.Caputa-
Piknik


E.Caputa-
Jagodowy bulgot
z kanadyjskiej kuchni

Fotoreportaż-
Piknik 2017


Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 36

Rozmaitości

Indeks autorów

Edward Kaminski

"Sojusznicy" mimo woli
zapisków ciag dalszy

Szli z dziwnym uczuciem lekkości, jakby w transie zachłyśnięcia się wolnością, unosili się w powietrzu.
- Nogi same niosły mnie nie czując pod stopami kamieni i wybojów leśnej drogi - wspominał Stanisław Urbański
- Tylko uwierający, acz cenny ciężar pięciokilowych bochenków zakalcowatego chleba, woreczków z kiszoną kapustą i suszonymi śledziami trzymały przy ziemi nasze nieważkie ciała. Józef Malinowski jeszcze po kilku godzinach wędrówki instynktownie, raz po raz, oglądał się za siebie nasłuchując odgłosów ujadania psów gończych. Wciąż wydawało się mu, że uciekają ze świata okolonego drutem kolczastym. Udostowierenie (dokument zwolnienia) potwierdzony pieczątką i podpisem naczelnika łagru, to jeszcze jedna fikcja i łgarstwo. Znany przecież był sposób NKWD na wykonanie planu aresztowań i dostaw więźniów do niewolniczej pracy. Po pięciu latach odsiadki uwolnionego zamykano ponownie na 5 lat w innym obozie i tak do końca marnego żywota. Zapotrzebowanie wciąż wzrastało. W łagpunktach, w których uwięzieni zbyt szybko wymierali, komendanci nie wykonywali narzuconych planów pracy i ponosili ryzyko kary. Dla „odświeżenia” siły roboczej zwalniali przedterminowo dogorywających już zeków. Umierali, więc oni już, jako wolni nie zawyżając w obozie statystyki umrzyków.
Pierwsza noc na wolności zleciała w połowie nieprzespana, w tej samej starej szopie, w której konwoje uwięzionych zatrzymywały się w połowie drogi z Komsomolska do obozu „Lesopował”. Po zmurszałych wrotach pozostało zaledwie kilka rozpadających się desek. Już na początku września chwytały silne przymrozki i tylko dzięki małemu ogniowi wznieconemu na palenisku w centrum szopy, ustrzegli się od odmrożeń i wizyt dzikiego zwierza. Legowiska po kątach wyścielone ich włosiem świadczyły, że buszowały tam częściej niż ludzie.
Niewygaszone emocje nie pozwalały zasnąć. Wciąż wracali do wydarzeń ostatnich dni. Przeżywali je na nowo. Słuchy o amnestii krążyły już w obozie wcześniej nim dowiedzieli się niby „oficjalnie” od komendanta. Niby, bo wezwani przed oblicze, mówił tak by niewiele powiedzieć, trudno było mu uwierzyć.
- Możemy was uwolnić od dalszego odbywania kary. Poślemy was do Armii Czerwonej. Teraz najważniejsze jest bić faszystów.
- Co po takich jak my w armii? Karabinu nie utrzymamy - argumentował Stanisław.
- Armia was odżywi, a po wojnie wrócicie do nowej Polski wolnej od burżujów i pomieszczyków (obszarników).
Po bezskutecznych namowach, wściekły komendant zmienił ton.
- Ot wy Polaczki. Władza radziecka chce wam przebaczyć, a wy, co? Duraki! Macie do jutra czas do namysłu. Jak nie, to ja was sobie zapamiętam.
Dalsza rozmowa o „przebaczeniu” nie miała sensu. „ Zapamiętanie” komendanta mogło oznaczyć wszystko, do przyśpieszonej śmierci włącznie. Wezwani ponownie, przygotowani byli na najgorsze.
- Jesteście wolni. - My? Jak to wolni? - No wolni. Wolny znaczy wolny. Możecie iść bez eskorty - oznajmił.
- A gdzie możemy iść? - Idy kczortu, eto nie majo dzieło, kuda zachoczesz (idź do diabła, to nie moja sprawa, gdzie chcesz) - zakończył „audiencję” wręczając obojgu udostowierenie na dotarcie do Kujbyszewa.
Bardziej pomocny okazał się jeden z funkcyjnych administracji obozowej. Słowo po słowie, oglądając się na boki, szeptem wyjawił, co usłyszał o przysłanym rozkazie.
- Wot wy tepier sojuszniki. Wam nużno w polskujy armiu. Tam charaszo popadiocie, budziet wam łutsze. A u nas w łagieriach chleb da kasza.
- A gdzie ta armia?
- Gławna kwatiera waszgo genierała w Kujbyszewie Tam wam nużno jechać.

Do stacji kolejowej w Komsomolsku dotarli nazajutrz wieczorem. Na wokzale (dworcu kolejowym) tłum oczekujących na pociąg układał się do snu gdzie popadło, na każdym wolnym skrawku gołej podłogi. Przeciskając się w tej gęstwinie usłyszeli rozmawiających po polsku, takich jak oni, uwolnionych amnestią z różnych łagrów. Oczekujący na pociąg już od dwóch dni ostrzegali nowo przybyłych: leżenie jest zabronione, ale opierając się wzajemnie plecami można spać na siedząco. Wszechobecna milicja porządkowa, z typową dla nich uprzejmością - paszoł won swołocz - wyrzucała z dworca zaspanych horyzontalnie.
Porzekadło sowieckie głosiło, że „złodzieje, kurwy i NKWD operują głównie nocą”. Ale i w dzień roiło się od nich nadzwyczajnie. Ani na moment nie można było spuścić z oczu swoich przynależności. Szczególnie ostrzegano przed agentami NKWD.
- Miejcie się na baczności. Oni imają się różnych sposobów by oskarżyć uwolnionych o przestępstwa kryminalne, bo tym nie przysługuje amnestia. Kilku małoletnich uliczników, napuszczonych przez agenta opadnie cię lżąc i szarpiąc. To prowokacja. Wystarczy, że w normalnym odruchu obronnym zamachniesz się na jednego z nich. Osławione trójki sędziowskie - (świniopas, koniokrad i agent NKWD) na poczekaniu skażą za pobicie nieletniego, chlubę i przyszłość bolszewickiego ładu.
Skoro świt tłum ożywił się, ustawiał się w długich kolejkach do wszystkiego, do kas biletowych, bufetu, ubikacji. W chwili otwarcia pierwszego okienka kasy, cierpliwie dotąd oczekujący ruszyli jednocześnie ze wszystkich innych rzędów. W zbitej masie ciał każdy chciał być pierwszy. Do bufetu coś dowieźli. Nikt nie wiedział, co, ale było wiadomo, że dla wszystkich nie wystarczy. W batalii przepychania się stratowano jakąś babuszkę. Krzyczała przeraźliwie - rebiata, wy cztoże, czełowieczeskawo pozora u wasą niet !? (Nie macie wstydu?) Nikt nie zwracał uwagi na starowinę. Ludzkimi odruchami żołądka nie napełnisz. Od wstydu nikt się tu nie rumienił.
Trudno było dopchać się do ubikacji. Niektórzy z podróżnych nie widzieli chyba papieru toaletowego od czasów rewolucji, albo i nigdy. Muszle klozetowe zapchane propagandą, to jest gazetami, wylewały wszystko wprost na śliskie od kału podłogi. W okolicznym pejzażu dworca nie było lepiej. W pobliskich krzewach trudno było nie wdepnąć w ludzkie odchody.
Z odebraniem biletów do Kujbyszewa Stanisław i Józef odczekali aż przewalił się tłum do kas. Nie było pośpiechu. Cały ruch kolejowy podporządkowany przewozom militarnym, zepchnął transport pasażerski na boczne tory. Dyżurny stacji nękany pytaniami, kiedy pociąg odjedzie, odpowiadał - nie znaju, podażdziom, uwidzim (nie wiem, poczekamy, zobaczymy). W końcu zniecierpliwiony odsyłał natrętów - paszoł kczortu. Większość taboru zarekwirowało wojsko i składy wagonów dobierano z tych bydlęcych, którymi przywożono skazanych do łagrów. Wyposażano je w ławki z nieheblowanych desek, zamiast snopków słomy do siedzenia. Ubikacyjną dziurę w podłodze osłaniano przepierzeniami zapewniającym radziecki komfort podróży.
Godnym uwagi wydarzeniem była ciepła zupa w kolejowej stołówce, nie dla wszystkich, bo za okazaniem udostowierenia. Nie dużo lepsza od obozowej, ale urozmaicała posiłek. Kwaśna kapusta otrzymana na drogę biła już w nos fetorem przyprawiającym o brak apetytu. Najważniejsze, że twardniejącym zakalcem chleba, umoczonym w zupie, można było jeszcze się delektować.
Do Polskiej grupy skazańców, (trudno było wciąż uwierzyć), wolnych “sojuszników” bolszewickiego imperium wciąż przybywało. W długich rozmowach rodaków jeden z nich, bardziej biegły w geografii i historii Rosji, wyjaśnił gdzie znajduje się ów tajemniczy Kujbyszew. - To dawny piętnastowieczna Samara, fort na lewym, wysokim brzegu Wołgi, po drugiej stronie pasma Uralu. Służył, jako strażnica dróg lądowych i wodnych do stolicy - carskiej Moskwy, przed naporem plemion koczowniczych i band zbrojnych. Z czasem osiedle rozrastało się. Obecnie to już kilkumilionowe miasto, duży ośrodek przemysłowy i kulturalny. W 1935 roku Sowieci przemianowali Samarę na Kujbyszew. W prostej linii od Komsomolska do Kujbyszewa za Uralem jest ponad 6,5 tysięcy kilometrów, a krętą linią kolejową sporo dalej.
Zapowiadała się długa podróż. Pierwszym etapem jazdy był o 350 kilometrów oddalony Chabarowsk. Tu się zbiegały drogi uwolnionych z łagrów usianych nad morzem Ochockim i cieśniną Tatarską. Od Władywostoku przybywały niedobitki z Kołymy, Magadanu. Tam w najcięższych obozach kopalń srebra, złota, strategicznych, rzadkich metali wyprowadzano do pracy nawet przy temperaturze minus 51 stopni C, mimo, że przepisy mówiły o tym w tak niskiej temperaturze nikt pracować nie powinien.
W Rosji carskiej praca przymusowa funkcjonowała na Syberii od XVII stulecia. Po rewolucji październikowej stała się nieodłączną częścią systemu sowieckiego. Gławnoje Uprawlenie Łagieriej (główny urząd) zarządzał w ZSRR blisko 480 niezależnymi kompleksami obozowymi, tysiącami pojedynczych obozów i podobozów. W każdym z nich pracowało od kilkuset do wielu tysięcy więźniów, w tym kilkaset tysięcy Polaków. Już wiosną 1919 roku ukazały się pierwsze oficjalne dekrety dotyczące obozów specjalnych. Listy przepisów i zaleceń polecały każdej stolicy guberni założenie obozu dla nie mniej niż 300 więźniów. Ucieczkę karano dziesięciokrotnym czasem skazania, a za drugą wyrokiem śmierci. W zasadzie gułagi stworzono ze względów ekonomicznych a nie, jako trupiarnie, aczkolwiek niektóre łagry przyśpieszony zgon zapewniały. Gdy brakowało skazańców do przymusowej pracy, organizowano łapanki uliczne. Do śmierci Stalina w 1953 roku przewinęło się przez łagry około 18 milionów niewolników. Razem z 6 milionami deportowanymi rodzinami na pustkowia Kazachstanu i do leśnych ostępów Syberii, w samoje bezczełowieczeskoje strany (bezludne strony) - 24 milionów skazanych.
Exodus polskich katorżników i ich rodzin, im bliżej Kujbyszewa przybierał biblijne rozmiary. Już w Chabarowsku władze nie panowały nad kompletnym chaosem. Tłok na dworcu kolejowym, wyobrażalnie jak na sądzie ostatecznym, powiększali bezdomni szukający noclegu, złodzieje, włóczędzy, wszelkiego rodzaju wykolejeńcy, żebracy a nawet dzieci zbiegłe z sierocińców, w których podstawą dyscypliny było bicie.
Kolejki do kas biletowych ustawiały się na kilkanaście godzin przed rzekomym odjazdem pociągu. Miejsc w wagonach nie starczało dla wszystkich. Na domiar za otrzymane ruble nic nie można było kupić. Skazańcy za okazaniem udostowiernienia otrzymywali w stołówce miskę zupy i kawałek chleba. Polskim rodzinom, które po ukazie sowietskogo prawitielstwa pieresielenym w druguju obłast zupa nie przysługiwała. Głód zmuszał do wyprawy na targowisko w pobliżu dworca. Wśród ponurych, zapadających się w wieczną zmarzlinę domów, ubodzy kołchoźnicy wystawiali ubogie warzywa, jakieś liche owoce z przydomowych działek. Miejskie Kobiety oferowały ugotowane ziemniaki z odrobiną omasty, domowe pierożki nadziane serem. Przeważał handel wymienny. Łatwiej było dobić transakcji za skarpetki z dziurami na pięcie, stary podkoszulek niż za pieniądze. Pierwsza wyprawa Stanisława na ten targ, w błocie po kolana, wśród stert śmieci, przyprawiła go o chwile ciężkiej depresji. Zgrzybiała staruszka z determinacją gasnącego w nędzy człowieka poprosiła go o jedną kopiejkę w zamian za jedynie, co miała do sprzedania - pięć zielonych cebulek. Dał jej całego rubla i ... nie wytrzymał napięcia - rozpłakał się. Ona też płakała - ze szczęścia. >

Cdn.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji