nr. 81
VICTORIA, BC,
WRZESIEŃ 2017
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Zebranie Informacyjne
Dom Polski
24 kwietnia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

J. Mróz (Młot)-
Bojownicy

o Polskę

W.Doroszewski-
Język Warszawy

gwara Wiecha

W.Widział
Wieloryb

The Globe

F.Lachowicz -
Język polski

za granicą

E.Kamiński-
"Sojusznicy"

Zesłańcy - ciąg dalszy

I.Kowalewski-
Nowe zasady

obywatelstwa Kanady

E.Caputa-
Piknik


E.Caputa-
Jagodowy bulgot
z kanadyjskiej kuchni

Fotoreportaż-
Piknik 2017


Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 36

Rozmaitości

Indeks autorów

z Mniszkówny przepisala ECK

Trendowata
(wersja odkurzona) cz. 36

Na boczną drogę wysunął się czerwony kabriolet. Ranek był odświeżający, pełen świeżych powiewów i nasiąkły rosą po nocnym deszczu. Tu i ówdzie na wodzie błyskały małe lusterka wody. Wysokie przydrożne topole i łany zbóż wykąpane zbierały na liście i kłosy mnóstwo złotych promieni. Kurz leżał przybity wilgocią, w powietrzu nie unosił się najmniejszy pyłek. Cały świat wyglądał jak niepokalanie czysty namiot z błękitnych iluzji, białych muślinów, złotych nici i brylantowych ozdób. Ptaki, zwilżając gardła rosą zbieraną z liści śpiewały rozgłośnie. Skrzyp koników polnych dźwięczał głośno, lecz wesoło.
Wszędzie powietrze, powietrze, powietrze! Bezmiar – nieskończoność.
Błękit, kryształ bezpylny, rosisty działał i na dusze ludzkie. W aucie nie było cieniów i nieprzyjaznych pyłków, tylko ożywcza rosa wesela, przeźroczystość uśmiechów.
Śpiewały ptaki, konie parskały, ludzie śmiali się i bawili. Auto połyskiwało w słońcu czerwienią, jaśniały suknie pań, twarze z zaróżowił zdrowy rumieniec poranku. Auto podskakiwało od czasu do czasu na wyboistej drodze.
- Panie Waldemarze, pan nas dzisiaj wyrzuci zanim dojedziemy do Glębowicz - zawołała hrabianka Paula Ćwilecka siedząca pomiędzy hrabią Trestką i młodym Wilhelmem Szeligą, bratem panny Rity. Spod ogromnego kapelusza spojrzała zalotnie na swych sąsiadów, potem na siedzącego naprzeciw barona Weyhera i szczebiotała znowu:
- Który z panów pragnie zastąpić pana ordynata za kierownicą, niech podniesie dłoń do góry.
- Proszę się nie fatygować, bo ja się zastąpić nie dam – zawołał z przodu Waldemar.
- My pana zmusimy.
- Ciekawe jak?
- Po prostu odda nam pan kierownicę na naszą prośbę.
- Nie. Ja nie jestem tak grzeczny.
- Wszystko przez pannę Ritę. Pan Waldemar pysznie prowadzi, tylko pani tam niepotrzebna- wołał Trestka.
Oparł się o poręcz siedzenia, pochylił głowę tak jakby chciał jej spojrzeć w oczy, ale spiorunowała go wzrokiem.
- Siedź pan cicho, kiedy panu dobrze. A jak nie, to proszę sobie maszerować pieszo.
Stefcia pokręciła głową.
- Niepotrzebnie o tym rozmawiamy, bo pan ordynat dowiezie nas na miejsce i jak sam mówi, nie da się zastąpić.
- Dziękuję za poparcie. Przynajmniej jedna osoba w tym towarzystwie rozumie, że jestem niezastąpiony.
W tym momencie usłyszeli klaksony zbliżającego się wehikułów. W jednym jechali książę i księżna z panem Maciejem, w drugim reszta towarzystwa. Oba wehikuły zatrzymały się na chwilkę. Okazało się, że zmierzają w tę samą stronę, więc ruszyli jedni za drugimi.
- Widziałeś, jaka ładna z nich para – szepnęła cichutko księżna do swojego męża.
- Kto?
- No Waldemar i ta…panna Stefcia
- Widziałem, że są rozpromienieni.
- O czym mówicie spytała starsza księżna.
- O młodej parze w tamtym aucie.
- O tak. Waldy jest jak odrodzony.
- A ona kwitnie dodał pan Maciej
Dopełniają się wzajemnie.
Inna rozmowa toczyła się w aucie, którym jechała pani Idalia ze swymi gośćmi.
Hrabina rzekła z gniewem do pani Idalii:
- Wiesz, to jest natręctwo tej dziewczyny
- Co? – Spytała pani Idalia.
-No to siadanie na siłę obok Waldemara.
- Słyszałaś, co Rita mówiła, ciągnęli węzełki.
- Już tylko ty jej nie broń. Jest arogancka. Dziwię się, że pozwalasz jej na te wybryki.
- Nie widzę żadnych. Lucia ją bardzo kocha.
Pani Idalia była dziś w wyjątkowo dobrym humorze.
Spostrzegła to hrabina i już nic więcej nie powiedziała, zaczęła tylko sapać z irytacji.
W aucie tymczasem wrzało.
Rozmawiali wszyscy, hrabianka z baronem, panna Rita z Treską. Lucia i Waluś śpiewali krakowiaki zanosząc się od śmiechu. Przy kierownicy Waldemar mówił do Stefci:
- Widzi pani te dwa białe słupy po bokach drogi. To są słupy graniczne. Już jesteśmy na gruntach głębowickich. Nigdy może nie czułem tyle szczęścia z posiadania tych obszarów ziemskich, jak w tej chwili, i to wszystko przez panią.
- Przeze mnie. Jakim sposobem? – Spytała Stefcia zdziwiona.
Waldemar uśmiechnął się.
- A choćby, dlatego, że te ukwiecone, własne łany mogę pani pokazać, że panią wiozę do siebie. Czy to samo nie może już dać pewnej dozy zadowolenia?
- Spojrzała mu prosto w oczy.
- Takie niepodobne do pana, co pan powiedział – rzekła poważnie.
Popatrzył na nią ciekawie.
- A do kogo? – Zapytał
Choćby do pana Szeligi, bo ja wiem, zresztą.
- Niech mi to pani wytłumaczy.
- Po co, skoro pan doskonale rozumie.
- Przyznam się pani, że niezupełnie.
- Nie podobne to do pani, bo jest zbyt szablonowe.
- O…!
- Zresztą, pan był nieszczery mówiąc tak.
- Jak mi Bóg miły, skandal! Dlaczego miałem być nieszczery? Wilusiowi wolno panią porównywać do kryształów i błękitów, złota, a ja nie mogę powiedzieć tego, co czuję? Dlaczego Wiluś może?
- Bo to Wiluś, zaśmiała się ubawiona Stefcia z ładnym grymasem ust.
- A ja jestem Waldy.
- A pan jest ordynat Waldemar Michorowski.
Żachnął się zły.
_- Ordynat głębowiecki, właściciel Słodkowic, Grabonowa, Biało-Czerkas i czegoś tam jeszcze z przyległościami, niech pani doda dla okrągłości – przedrzeźniał ją zirytowany.
- A tak, ordynat, magnat, wielki arystokrata – powtórzyła wesoło Stefcia.
Waldemar wzruszył ramionami, po czym zaczął mówić wolno nie patrząc na Stefcię:
- Jak mnie pani drażni! Ale rozumiem i powiem pani coś. Uwierzy pani, dobrze. Nie to trudno. Ja będę szczery.
- Wszystkie tytuły i godności, jakimi mnie pani obdarzyła posiadam. Lecz ponieważ obracają się one w dusznej atmosferze, więc często uczuwam brak powietrza. Zawsze wolałem szerokie pola i rwałem się do nich druzgocąc oszklenia sferowe, którymi barykadują nas od dziecka. Jesteśmy egzotyczni, kochamy się w kameliach, stroimy w tuberozy, nie przypuszczając, że na naszych łanach rosną piękne bławatki. Wiemy, że one istnieją, ale są od nas tak oddalone przesądem, że nasze magnacko- arystokratyczne nogi nie zadają sobie trudu w odszukiwaniu ich, po prostu nie interesują nas. Czasem los zdarzy, że taki bławatek przypadkiem zabłąka się w naszych cieplarniach i wówczas doznajemy rożnych wrażeń: zdziwienia, ciekawości, coś na nas wionie swojskiego, obudzi się w naszej krwi ojczysta kropla, diabelnie przytłoczona cudzoziemszczyzną. Poczujemy się dziećmi swojego kraju i ten, co zawsze czuł pociąg do szerokich pól, teraz poczuje pragnienie. Ojczyste pola staną mu się drogami.
Umilkł na chwilę i mówił znowu:
- Pani jest dla mnie właśnie takim bławatkiem. Pani wśród nas jest niejako typową przedstawicielką rodzinnego kraju. Bo my jakkolwiek możemy mieć równą i słuszną pretensję do owego przedstawicielstwa, jednak jesteśmy zbyt mocno skosmopolityzowani, by odpowiadać wielkości zadania. Pani jest symbolem naszych złotych niw. Wiluś miał słuszność porównując panią do natury, on zauważył to równie prędko jak ja. Na mnie pani od pierwszej chwili zrobiła wrażenie kwiatu zrodzonego na bujnych polach. Jednocześnie jest pani niezaprzeczalnie mimozą.
Podniósł głowę i spojrzał na Stefcię.
- Wypowiedziałem otwarcie, co myślę o pani. I powtarzam, że czuję się szczęśliwy z posiadania obszarów ziemnych w naszej ojczyźnie, dlatego, że czuję się synem tej ziemi i jest mi ona droga.
Czy i teraz mi pani powie, że jestem nieszczery?- spytał cicho.
- O nie, teraz mówi pan inaczej. Ziemia pańska może być dumna z takiego syna. >

CDN

Przejdź dalej

Napisz do Redakcji