nr. 82
VICTORIA, BC,
LISTOPAD 2017
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Sw. Mikołaj
Dom Polski
10 grudnia

Zabawa Sylwestrowa
Dom Polski
31 grudnia


ARTYKUŁY

Bibliotekarka
dyżurna


E.Caputa-
Dzien Niepodległości

w Domu Polskimę

E. Starosta-
Ojczyzna polszczyzna

język polski

S. Rdesiński
Flis

odrzański

W.A.Lasocki -
Pod znakiem
żubrai

w Białowieży

E.Kamiński-
Zapiski"

ciąg dalszy

Z.Kossak-
Andrzejki

i wróżby

E.Caputa-
Liście


W.Widział-
Na dwa głosy
z kanadyjskiej kuchni

Gravlax
z kanadyjskiej kuchni

Fotografika
i poezja-
Obywatele świata


Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 37

Rozmaitości

Indeks autorów

Edward Kaminski

U nas roboty mnogo...
zapisków ciag dalszy

...tolko Boga, towaru i czorta niet - mówili rosyjscy współpasażerowie w pociągu, upewniwszy się, że, mogą bezpiecznie z nami rozmawiać - wspominał Stanisław. W tym popularnym porzekadle zgadzały się tylko odniesienia do braku Boga i towaru. Czorta natomiast było w bród. Na każdym kroku dawał o sobie znać: “Czort z toboj, z nim, z nimi, paszoł kczortu, czort jewo znajet”. Czort był obecny we wszystkich odmianach i przypadkach.
- Tak więc gnaliśmy ponad 20 km na godzinę siłą “czortów” w parowozie sybirjskoj żeleznoj dorogi. Mogliśmy nawet prześcignąć dorożkę z pijanym woźnicą na koźle, ale daleko nam było do przekroczenia szybkości krytycznej. Ponoć w pierwszych latach 19 wieku jazda pociągiem w Anglii budziła zaniepokojenie. Pęd 20 mil na godzinę miał powodować uduszenie, a według znanych naukowców kruszenie się kości.
Wbrew ogólnej mizerii, w polskiej grupie naszego wagonu i w innych przeważał wolny duch. Przypominał, że śmiech nie słyszany od miesięcy w niewoli, też należy do ludzkich odruchów. W lepszym nastroju łatwiej było znosić prymitywne warunki, niewiele różniące się od tych w bydlęcych wagonach, którymi nas wieziono na Syberię. Przydługi czas między przystankami skracała uczta dla oczu - bajkowe pejzaże, ciekawe rozmowy i opowiadania, zwłaszcza dwóch kompanów: W średnim wieku Longina ze Lwowa, nauczyciela geografii. ( NKWD zwinęło go z ulicy, rodzinie powiedziano, że nie ma go w rejestrze aresztowanych. Ślad po nim zaginął) i młodszego, Zbigniewa ze Stryja, historyka. Oni zawsze mieli coś do opowiedzenia na temat fascynującej historii transsyberyjskiej trasy.
Po Chabarowsku pociąg zbliżał się do historycznego mostu na Amurze. Longin opowiadał: - Jedziemy najdłuższym mostem na świecie. Przerzucenie 18 stalowych przęseł nad rzeką Amur rozlewający się na szerokość 3 kilometrów, było nadzwyczajnym dziełem inżynieryjnym. Po roku od rozpoczęcia prac w 1913, wybuchła I Wojna Światowa. Ostatnie dwa przęsła produkowane w Warszawie przez firmę Rudzki i S-ka, transportowane do Chabarowska statkiem dookoła Eurazji, zatopił niemiecki krążownik “Emden” na Oceanie Indyjskim. Oczekiwanie na brakujące segmenty opóźniły zakończenie prac o ponad 12 miesięcy. Oficjalne otwarcie i połączenie transsyberyjskiej trasy klejowej nastąpiło w październiku 1916 roku. Pięć lat później, w czasie rosyjskiej wojny domowej, cofająca się Armia Czerwona wysadziła kilka przęseł. Naprawę ukończono dopiero w 1925 roku.
- Zanim będzie mowa o innych odcinkach kolei, cofnijmy się o kilka wieków do wydarzeń w Rosji - powiedział Zbigniew. W 1581 roku, 800 osobowy oddział pod dowództwem kozaka Jermarka Timofiejewicza , wyruszył na rozkaz Cara Iwana IV Groźnego za Ural. Mieli oni zobaczyć dokąd można dotrzeć i zanotować co widzieli. To w zasadzie był początek kolonizacji Syberii. Od tej daty, po upływie prawie 100 lat, dopiero w połowie XVII wieku, Rosjanie dotarli do Pacyfiku. Na ogromnych przestrzeniach nie było żadnej drogi łączącej stolicę Moskwę (a później Petersburg) z prowincjami na rosyjskim Dalekim Wschodzie. Car rządząc największym na świecie terytorium nie wiedział co się kryje za “siódmą górą, za siódmą rzeką”. Upłynęło dalszych 140 lat, gdy w roku 1890 z rozkazu Cara Aleksandra III, rozpoczęto budowę kolei transsyberyjskiej. Ze względów na koszt, niezwykle trudne warunki terenowe i klimatyczne Syberii, było to jedno z największych przedsięwzięć w dziejach ludzkości. Najdłuższa, 9289 km linia kolejowa na świecie, od Moskwy do Władywostoku, połączyła europejską część Rosji z najdalszymi jej krańcami w Azji. Przez pierwsze trzy dni od oficjalnego otwarcia trasy oferowano bezpłatny przejazd, bo nie było chętnych do jazdy. Podróż z Moskwy do Władywostoku z “kosmiczną” prędkością 20 km na godzinę trwała wówczas 3 tygodnie, ale konno bezdrożami blisko rok.
Duży wkład w budowę wnieśli Polacy. Abstrahując od zesłańców, wielu absolwentów petersburskiego Instytutu Inżynierów Komunikacji zajmowało wyższe stanowiska w zarządach i eksploatacji poszczególnych odcinków budowy. Szacowano, że Polacy stanowili 18-20 proc. pracowników.
- Przed wojną mówiło się w Polsce, że kolej, transsyberyjską zbudowali zesłańcy. Czym więc różniło się niewolnictwo za caratu od późniejszego w reżymie bolszewickim? - Padło pytanie.
- Przede wszystkim skalą aresztowań. Do czasów Cara Piotra I Wielkiego warunki kary zesłania nie były ściśle określone. Piotr I Wielki (1672 - 1725) oddzielił od zesłania karę katorgi, przeważnie za przestępstwa pospolite. W obu karach obowiązywało przymusowe przesiedlenie. Katorga wiązała się z ciężką pracą i osadzeniem w specjalnych więzieniach, natomiast kara zesłania nie pozbawiała wolności osobistej i nie wymagała przymusowej pracy. Umożliwiała zajęcia w zawodach umysłowych. Skazani za przestępstwa polityczne nie mogli tylko pracować w zawodach urzędniczych, czy wyzwolonych (związanymi z naukami społecznymi, przyrodniczymi, ścisłymi).
Można przyjąć, że od Cara Piotra Wielkiego po okres rozbiorowy, w czasie niemal 200 lat skazano na zsyłkę około 100 tysięcy Polaków. Po upadku powstania listopadowego na Sybir wysłano około 1,5 tysiąca powstańców. Znacznie więcej powstańców trafiło do rosyjskich karnych batalionów, wysyłanych do walk o rozszerzenie granic imperium i pilnowania rejonów zdobytych. Oblicza się, że najwięcej bo 40 tysięcy osób zesłano po upadku powstania styczniowego w 1863 r.
Różne publikacje podawały, że przy budowie transsyberyjskiej kolei pracowało 6 tysięcy specjalistów i 90 do 100 tysięcy robotników. Przy statystycznej średniej 1,2 człowieka na kilometr kwadratowy, wiele terenów na trasie było wówczas bezludnych, brakowało rąk do pracy. Zatrudniano więc oprócz mieszkańców tajgi i miejscowych chłopów także żołnierzy i katorżników. Uwięzionym skracano kary, co później w sowieckich łagrach nie zdarzało się. Zsyłki dotyczyły głownie polskich uczestników walk wolnościowych, co pozwala przypuszczać, że udział polskich zesłańców w przymusowej pracy przy budowie transsyberyjskiej kolei nie był znaczny.
Carskie okrucieństwo kontra NKWD
W okrucieństwie w stosunku do uwięzionych siepacze carscy i bolszewickie NKWD byli siebie warci. W pierwszym okresie (XVI -XVII wieków) warunki zsyłek były bardzo ciężkie. Nie było jeszcze więzień etapowych. Uwięzionych gnano setki kilometrów w kajdanach, wielu umierało. Dzienne normy marszu wynosiły 21 do ponad 50 kilometrów. Przeważnie wcześniej poddawano ich chłoście, piętnowaniu i okaleczeniu - odcinano język, nos. Specjalnie dobierano miejsca do zsyłek, trudne klimatycznie, daleko od miast i osiedli, gdzie sami musieli budować domy dla siebie. W zasadzie zesłanie było dożywotne, również dla pokolenia zesłańców.
Skazanych na krótki okres zesłania wieziono wozami. Ci o wysokiej pozycji społecznej, nie obciążeni wyrokiem za zdradę stanu, mogli podróżować pod konwojem własnym powozem, z dowolną ilością bagażu, bez kajdan. Jeńców wojennych traktowano lepiej w czasie transportu i pobytu. Mieli też prawo do pracy w administracji. Jeńcy szlacheckiego pochodzenia po przyjęciu prawosławia otrzymywali szlachectwo rosyjskie. Szybciej też ich zwalniano i werbowano do służby carskiej, nadawano liczne przywileje, a ich dzieci otrzymywały status ludzi wolnych.
W carskim systemie karnym, przymusowa praca choć ciężka, nie miała na celu fizycznej eksterminacji. Pod koniec XIX wieku nie posyłano już katorżników do eksploatacji złóż złota i kruszców na Kołymie. Praca więźniów w tamtych warunkach wydawała się nieopłacalna. W sowieckim systemie Kołyma dla polskich zesłańców była symbolem piekła.
Podstawowym celem sowieckich, masowych deportacji było zniszczenie elit i czystki etniczne na Kresach. (Niemal przez 2 lata, 1939 -1941r., okupacji ziem wschodnich, na Sybir wysłano około 1,6 miliona Polaków, wielokrotnie więcej niż przez 200 lat rosyjskiej dominacji. O tym nie mógł jeszcze wiedzieć historyk, Zbigniew. Dopisek autora.)
Wszystko dla frontu
W transporcie więziennym na Sybir, na stacjach kolejowych, przez szpary w deskach bydlęcych wagonów najbardziej widoczne były ogromne, propagandowe hasła. Przekonywały, że życie proletariatu kipiało tam nadmiarem wszelkich dóbr materialnych i duchowych. Na długich postojach w drodze powrotnej było aż nadto wolnego czasu i okazji by przekonać się jakaż to była “szczęśliwość” w kraju gdzie “tak swobodno dyszy czołowiek”. Migawki ze sowieckiej rzeczywistości, poczucie otaczającej ją beznadziei przyprawiały o depresję nawet tych, którzy przeżyli łagry.
Stałą cechę socjalizmu - zwalczanie przejściowych trudności - od czasu rewolucji dobitnie potwierdzały wielogodzinne kolejki po wszystko, po chleb, pół kilograma cukru, paczkę zapałek.
Ludność głodowała. Zarówno przed ofensywą niemiecką jak i w pierwszych dniach wojny brakowało
najbardziej podstawowych produktów niezbędnych do podtrzymania życia. Wśród zaufanych słuchaczy mówiono: Na rynku odczuwa się brak ryb, żeby odwrócić uwagę konsumentów od braku mięsa. Nowe hasło: “Wszystko dla frontu”, wzywało do kolejnych wyrzeczeń, ale też kamuflowało mizerię systemu. Czyżby Armia Czerwona zjadała w czasie wojny wielokrotnie więcej niż w pokoju. Powinna zjadać mniej. Już na początku ofensywy poddało się bez walki kilkaset tysięcy krasnoarmiejców. Spodziewali się, że u Niemców będzie im lepiej.
Przy wszystkich niedostatkach zaopatrzenia, nie brakowało wódki - jedynej odskoczni od powszechnej szarości do sztucznie kreowanego zadowolenia. Nie brakowało jej ani dla walczących na froncie , ani dla cywili. W kolejce po chleb lub szczyptę soli, każdy mógł nabyć odrobinę “radości” zawartej w półlitrowej butelce. W absurdzie życia szczęśliwego socjalizmu, zwykłą monopolową każdy brał, wymieniano ją na bazarze na produkty, których nie było w sklepach.
Pijaństwo było powszechne. Przykład szedł z góry. Pili na umór najwyżsi, partyjni i rządowi dygnitarze, generalicja wojskowa, artyści, pisarze , intelektualiści. Ukuło się powiedzenie, powtarzane przy każdej okazji: “samym umom etowo bez wodki nie razbieriosz” ( samym rozumem bez wódki nie zrozumiesz). Niby żart, biznes w stylu sowieckim: - ukraść skrzynkę wódki, wódkę sprzedać i pieniądze przepić. Pół-stan alkoholowego zamroczenia uwalniało widmo rosyjskiej duszy, skrajnej i nieobliczalnej. W euforii poetyckich wzlotów przeplatanych upadkiem nastroju, plugawymi przekleństwami, wszystko jest czudziestne (cudowne) a jednocześnie użastne i na wsio etowo naplewać, ( potworne i na wszystko to napluć). Z taką samą łatwością Rosjanin mógł, obdarzyć nas przyjaźnią - mówił Stanisław, jak podstawić pod ścianą i rozstrzelać, bo żyźń czełowieczeskaja eto kopiejka (życie człowieka tyle warte co kopejka).
Można powiedzieć, że stan przejściowy z socjalizmu do komunistycznej doskonałości przebiegał w pijanym widzie.
Jak cię widzą, tak cię piszą
Zewsząd wyzierała bieda, bylejakość. “Proletariat, wiodąca siła narodu”, w nonsensownym systemie ocierającym się na każdym kroku ze zdrowym rozsądkiem, na ulicach jawił się jak szary tłum w nędznych rubaszkach, kufajkach, połatanych sztanach (spodniach). - Nie było na kim oko oprzeć - wspominał Stanisław. Wszyscy wyglądali podobnie bezbarwnie i gnuśnie. Przypomniałem sobie ruskie przysłowie: “Ciszej jedziesz, dalej budziesz”. Sens tego można przełożyć na polskie porzekadło “lepiej się nie wychylać”. Po uwolnieniu z łagru, żeby upodobnić się do istoty ludzkiej, zgoliłem wielomiesięczny zarost i podciąłem obozową fryzurę. Pozbyłem się też więziennych łachów. Na szczęście w depozycie obozowym przetrwał mój przyodziewek, w którym zostałem aresztowany. To w czym chodziłem w Polsce na co dzień, na tołkuczce (bazarze) zwracało uwagę. Nagabywano mnie do sprzedaży spodni lub koszuli. Zauważyłem, że częściej niż innym kontrolowano moje dokumenty. Na towarzyszącego mi Józefa w zniszczonym ubraniu i z dziadowską brodą, którą miał zgolić dopiero w Kujbyszewie, milicja nie zwracała uwagi. Utknął mi w pamięci agent NKWD chodzący za mną jak cień. Ruchem ręki pozdrowiłem go przyjaźnie, a ten na mnie z góry: - No cztoż ty duraka walajesz? (udajesz głupka). Dokumienty !! Po ich sprawdzeniu powiedział z przekąsem: - Wy Polaczki teraz sojuszniki. Za to, że was władza radziecka uwolniła, powinniście wpierw odpracować w kołchozie albo w kopalni. Lepiej się tam nie wyróżniać.
Tłum upodobnił się do otaczającej zabudowy, albo odwrotnie, na jedno wychodzi. Niskie, zapadające się domki, na froncie zarośnięte zielskiem ogródki. Obok obskurne, odrapane, kilkupiętrowe “mrówkowce” z odpadającym tynkiem od betonowych ścian. Wokół brud, błoto albo kurz. Smród obsikanych klatek schodowych dopełniał obraz ogólnej brzydoty. Większość nowej zabudowy prowadzono pośpieszną metodą łączenia wielkich segmentów betonowych, często na niestabilnym, zapadającym się gruncie wiecznej zmarzliny. W skutek osiadania fundamentów między łączeniami płyt powstały szpary przez które hulał wiatr. Jeden z rosyjskich pasażerów w przedziale wagonu wyjaśnił dlaczego wielka płyta jest lepsza od cegły: - U nas wszystko należy do obywateli. Nikt nie kradnie, bo to jest zakazane. Za to każdy bierze ze wspólnego ile może, ale wielkiej płyty z placu budowy nie wyniesiesz. >

Cdn.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji