nr. 85
VICTORIA, BC,
Październik 2018
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

100 lecie
niepodległości

Dom Polski
zaprasza do
współpracy


ARTYKUŁY

Od Redakcji

D.Wisniewski-
przeciw Dudzie


E.Korzeniowska-
Wiekszy niż życie

Bogdan Majewski

S.Soszyński
Oni sie nas bali

powstanie Warszawskie

W.Widział-
Cichy bohater

Bogusław Linde

F.Przyłubski-
Pierwsza biblioteka

Rzeczypospolitej

E.Kamiński-
W Kraju Rad

Zapiski

Wystawa
Egipt Faraonów

w muzeum RBC

ECK
Chicago 1966
teatru Brawo

Rusycyzmy
w języku polskim

Migawki z
Chicago 1966
fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 40

Rozmaitości

Indeks autorów

Ewa Korzeniowska

Wiekszy niż życie

Jakby żywcem zszedł z kartek powieści Conrada, Bogdan Majewski był człowiekiem większym niż życie: marynarzem, rybakiem o artystycznej duszy, inżynierem, wynalazcą,botanikiem, przyrodnikiem, poetą, śpiewakiem… Miał przezroczyste niebieskie oczy, twarz przeoraną morskim wichrem, duże spracowane dłonie i sławę doświadczonego rybaka, znawcy Zachodniego Wybrzeża.
W latach osiemdziesiątych, gdy rybołówstwo było, obok wyrębu lasu, najważniejszą gałęzią gospodarki Brytyjskiej Kolumbii, Bogdan Majewski łowił łososie. Przewodził grupie rybackiej, która w środowisku uchodziła za najlepszą. Doświadczenie i wiedza Boba, jak go nazywali kanadyjscy koledzy, imponowała innym rybakom. Każdy z przybyłych do Victorii polskich marynarzy, a było ich po 1980 roku wielu, chciał pracować z „Madżjuskim”. Na jego statku, błękitnej „Pacyfice” pracowali ówcześni uchodźcy, ale również przyjezdni z Polski, szukający czasowego zarobku i przygody. Bogdan, Bob czy Robert jak również go nazywano, nawet po latach pozostawał dla wielu legendą i mistrzem.
Przekonałam się o tym kolejny raz, gdy niedawno niespodziewanie odwiedził nas Adam, od lat niewidziany znajomy. Jako młody człowiek był z Bogdanem na kilku rybackich podróżach. Słyszał o tym, że Bob choruje. Prosił o adres, telefon. Chciał zadzwonić, wysłać kartkę… Przed dwudziestu kilku laty był deckhandem na Pacyfice, bo chciał się nauczyć rybaczki od najlepszego.
- Dzięki pracy na Pacyfice u Boba zostałem rybakiem. Zaraził mnie tym fachem, oceanem, pasją. To był najlepszy szyper, u którego pracowałem - powiedział na odchodnym Adam.
Pacyfika… dawne dzieje. Wróciły wspomnienia wywołane słowami naszego gościa...:

Adam już jest na pokładzie, gdy w pogodny lipcowy dzień, jako cook okrętuję na Pacyfice w porcie rybackim w Uclulet. Na pomostach przystani niemieccy turyści przyglądają się przygotowywaniom do połowów. Pełna optymizmu rozpakowuję prowiant. Bogdan sprawdza urządzenia, a może tylko bawi się najnowszym elektronicznym gadgetem, który zainstalował na statku. Słyszę jak podśpiewuje:
– Czerwona sukienka, a w niej twoje ciało, taka była cienka, że aż przeświecało.
Odpływamy w kierunku północnym. Wieczorem rzucamy kotwicę, siadamy do kolacji, pijemy wino. Bogdan z folii owijającej butelkę wyczarowuje kwiat roży.
– Łosoś jest coraz bardziej kapryśny – tłumaczy przy tym.
– Często przybywa do swych rodzinnych stron z opóźnieniem, ryby jest coraz mniej. Już niedługo cały przemysł połowu łososia kutrami upadnie - mówił jakby proroczo lub po prostu wyczuwał koniunkturę.
Wstajemy o świcie i płyniemy na łowisko Duk duk duk… stukocze spalinowy motor, serce statku. Z jego brzucha unosi się, co chwila czarny obłok tłustego dymu. Nad pokładem wisi smród palonej ropy. Po drodze mijamy inne jednostki w pogoni za rybą. Po opracowaniu strategii z członkami grupy rybackiej, której przewodzi, nasz szyper prowadzi przez radio towarzyską konwersację. Niewiele słyszę, bo wszystko nieznośnie zagłusza stukot diesla. Adam nakłada przynęty na haczyki wędek. Tym razem są to gumowe ośmiorniczki mieniące się brokatem.
– Sockeye takie najbardziej lubi – objaśnił nam wczoraj Bogdan
Po godzinie dopływamy na łowisko. Silnik cichnie. Wiatr rozdmuchuje spaliny. Bogdan pokazuje Adamowi jak zrzuca się przyczepione do tyczek wędki – dziesięć po jedne i dziesięć po drugiej stronie łodzi, każda z własnym mechanizmem wyciągania. Gdy zaczyna się połów dwie tyczki umieszczone z dwóch stron masztu, do których przyczepione są stalowe liny wędek pochylają się na boki, bliżej powierzchni wody.
Przyglądam się temu z messy przygotowując śniadanie: kawę, grzanki, jajecz-nica, dżem i serek do smarowania. Messa jest mikroskopijna, ale funkcjonal-na jak wszystko na Pacyfice. Bogdan zaprojektował ją sam i sam ją zbudował. Wszystko bardzo dopracowane, wypieszczone, z najlepszego materiału, nierdzewnej blachy i egzotycznego drewna do najmniejszego detalu. Był pedantem. Pacyfika służyła, jako jednostka rybacka, ale mogła też, w razie potrzeby, szybko stać się żaglowym jachtem, dlatego miała natrysk z ciepłą wodą, telewizor i inne bajery nietypowe dla rybackich kutrów. Dla Bogdana piękny błękitny statek bywał często domem.
Po śniadaniu z dreszczem emocji obserwuję wyciąganie z wody pierwszych ryb. Bogdan uwijają się jak w ukropie. Dwie cztery… ryby, piękne srebrne okazy niemal metrowej wielkości każdy, jeszcze nie całkiem wycieńczone, choć w dół wyginające się szczęki świadczą o tym, że zbliżają się do końca swego żywota. Te, które wpłyną za parę tygodni do swojego strumienia na tarło, będą już u skraju życia.
Łup. Wielkie ryby ogłusza się kijem bejsbolowym. Bryzga krew. Ryba podskakuje jeszcze na stole, gdy Bogdan zgrabnym cieciem przecina jej brzuch. Srebro noża spotyka się ze srebrem łuski. Wypływają błękitno różowe wnętrzności. Bogdan jednym ruchem przesuwa rybę w ręce Adama, ten sprawnie patroszy rybie wnętrze. Wyrzuca trzewia za burtę. Ptaszydła szaleją walcząc o ochłapy. Wyczyszczona i umyta ryba ląduje w ładowni na lodzie. Bogdan już obrabia następną sztukę. Łup. Łup. Łup. Twarda sztuka. Ma chyba ze 20 kilo. Pracują sprawnie i szybko, co chwila sprawdzając wędki. Ryby przybywa. Czasem na wędkę złapie się jakaś zabłąkana makrela, albo ryba wyglądająca ja czerwony diabeł. Wracają do wody, ale haczyk wyciągany w pośpiechu zabija czerwoną i martwe ciało wpływają na powierzchnię jak czerwona sukienka… Tylko najlepszego gatunku ryba interesuje rynek, ręcznie łowiona, osiąga w BC Packers najwyższe ceny. Płyniemy w inne miejsce. Po drodze mijamy stado orek. Wyskakujące w niebo biało-czarne stwory zachwycają gracją. One też biorą udział w polowaniu. Dzień po dniu na pokładzie Pacyfiki odbywa się pacyficzna rzeźnia i wyścig miedzy ludźmi i zwierzętami.
Mimo, że jesteśmy na pełnym morzu na statku panuje upał. Na niebie ani jednej chmurki, a słońce pali niemiłosiernie. Powierzchnia oceanu jest gładka jak szkło. Godzinami obserwuję jak dwóch mężczyzn uwiją jak się jak w ukropie, by oprawiona ryba jak najszybciej znalazła się na lodzie w ładowni. Wieczorami siedzimy przy kolacji składającej się z najwspanialszych morskich frykasów: smażone policzki dorsza, makrele lub inne ryby dziwnego kształtu i smakach niepowtarzalnych. Pijemy wino. Bogdan snuje opowieści o Wyspie Vancouver, zna na pamięć jej długą i skomplikowaną linię brzegową, która gdyby ją wyprostować, byłaby długości równika. O wybrzeżu wie wszystko, zna każdy wpadający do oceanu potok, najmniejsze zatoczki, sekretne zakątki i niedostępne miejsca. Wszystko to nie przesłania mdłego zapachu wżerającej się w pokład krwi. Krótko po zachodzie słońca kładziemy się spać w niewygodnych kojach.
O świcie znowu płyniemy na łowisko znane tylko Bogdanowi. Konkurencja jest duża. Pojawiają się foki. Mijamy coraz więcej kutrów. Rybacy z jednej grupy, by ich nie podsłuchiwano często posługują się szyfrem, niektórzy rozmawiają po polsku.
Każdy dzień na statku jest taki sam, tylko krwi ciągle więcej i zarobku. Przy kilkunastu takich jak ten letnich połowach można zarobić na życie przez resztę roku i mieć dużo wolnego czasu.
Po pięciu dniach połowów ładownia wypakowana jest po brzegi, wracamy do portu. Gdy schodzę ze statku, ziemia chwieje mi się pod nogami. Z utęsknieniem myślę o gorącym prysznicu i własnym łóżku. Moja przygoda się skończyła. Bogdan z Adamem wrócili na morze.

Po tygodniach takiej harówki Bogdan odreagowywał budując własnymi rękoma dom swoich marzeń. Pomagały mu w tym żona i córka. Na półakrowej posesji położonej na niewielkim zboczu stanął przeszklony dom w kształcie piramidy o ściętym wierzchołku. Sam go zaprojektował. Okna były wielkie, bo Bogdan lubił jasne słoneczne przestrzenie, może, dlatego, że na statku spędzał czas w ciemnej i ciasnej kabinie? Dom był oryginalny z sypialnią o szklanym suficie na najwyższej kondygnacji, niewielką oranżerią u jednej z podstaw bryły i kominkiem z rzadkiego kamienia. Wokół powstawał ogród było pięknie… gdy nagle pękła cuma…
Życie odwróciło się o 180 stopni i północne wiatry pognały Bogdana na południe. Osiedlił się w Nowej Zelandii – znowu na wyspie! Znów sam zaprojektował i zbudował dom nad morzem z widokiem za milion dolarów. Do Victorii wracał na połowy. Zaczął też poważnie zajmować się twórczością artystyczną: stworzył recepturę specjalnego materiału, w którym odlewał rzeźbione przez siebie ptaszki i inne ornamenty. Prace podpisywał pseudonimem Pliszka. Cieszyły się dużym powodzeniem. Turyści przejeżdżający obok jego galerii wstępowali i wywozili je, jako pamiątki z podróży do Nowej Zelandii.
Po dziesięciu latach Bogdan wrócił do Kanady. Znowu zamieszkał nad oceanem, na wyspie Lasqueti, słynnej z niezależności, a należącej do archipelagu Wysp Golfowych między Wyspą Vancouver, a kontynentem. Jego spiżarnią był ocean. Żywił się w większości tym, co złowił, upolował wyhodował lub znalazł: ryby, małże, kraby morskie szparagi, jaja dzikich gęsi. Był nieomal samowystarczalny. W nowym miejscu zamieszkania, zasłynął jako muzykant grający na liściu. Nawet dysk ze swoją muzyką nagrał. Niestety go nie otrzymałam, bo wtedy już Bogdan wpadał coraz rzadziej.
Po kilku latach mieszkania w rajskiej siedzibie na bezludnej plaży wrócił na Wyspę Vancouver. Zamieszkał w Parksville. Przestał pić. Chodził na spotkania AA. Znalazł tam grupę przyjaciół. Wie-czorami występował w lokalnych pubach biorąc udział w muzycznych improwizacjach. Odkrył w sobie nowe pasje, uprawiał ogród, zbierał owoce w sadzie, robił przetwory, opracowywał swoje własne przepisy kulinarne, pracował przy domu i tworzył: rzeźbił, rysował, komponował, muzykę do słów własnego autorstwa, pisał wiersze, wymyślał techniczne wynalazki. Nagrywał piosenki i pieśni. Grał na liściu, ostatni raz dla nas na ślubie swojego chrzestnego syna, ale jakoś słabł i niknął.
Smucił nas jego stan, ale pocieszaliśmy się, że ma przy sobie przyjaciół i bliskich, brata i córkę, w obecności, których odpłynął w końcu w swoją ostatnią podróż. >

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji