nr. 85
VICTORIA, BC,
Październik 2018
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

100 lecie
niepodległości

Dom Polski
zaprasza do
współpracy


ARTYKUŁY

Od Redakcji

D.Wisniewski-
przeciw Dudzie


E.Korzeniowska-
Wiekszy niż życie

Bogdan Majewski

S.Soszyński
Oni sie nas bali

powstanie Warszawskie

W.Widział-
Cichy bohater

Bogusław Linde

F.Przyłubski-
Pierwsza biblioteka

Rzeczypospolitej

E.Kamiński-
W Kraju Rad

Zapiski

Wystawa
Egipt Faraonów

w muzeum RBC

ECK
Chicago 1966
teatru Brawo

Rusycyzmy
w języku polskim

Migawki z
Chicago 1966
fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 40

Rozmaitości

Indeks autorów

Władysław Widział

Cichy bohater

W piękny jesienny dzień 1798 roku dzwon przy bramie klasztoru ojców franciszkanów, gdzieś pod Bochnią, oznajmia przybycie gościa. Brat furtian uchyla lufcik w potężnie wyglądających odrzwiach. Po chwili rozmowy otwiera się brama, przez którą na klasztorny dziedziniec wtacza się bryczka przybysza zaprzężona w dwa zmęczone konie, jego krużganki błyszczą nieskazitelną bielą na tle błękitu nieba.
– Prowadź do komnaty z księgami, ojcze wielebny – zwraca się do mnicha przybysz. To Samuel Bogumił Linde (1771-1847), który właśnie „jest na polowaniu” jak nazywał uczony swoje wyprawy na prowincję w poszukiwaniu cennych voluminów ksiąg i manuskryptów.


Odmawiając zaproszenia na posiłek, Linde spędza godziny w ciemnościach komory bez okien, w zapachu stęchlizny przesiąkniętych wilgocią kamiennych ścian, przy świecach, mimo, że na świecie jasny dzień. Stoi przed skrzyniami, sięga na półki. Bierze do ręki tom po tomie. Przygląda się oprawnym w pleśniejącą skórę księgom, usuwa z nich pajęczyny, prostuje zagięte stronice, układa kolejno powyrywane karty, wygładza grzbiety. Rozwija zwinięte w rulony rękopisy. Wydmuchuje kurz. Przegląda je w końcu, by złowić w nich jakiś rarytas: stare w polskim języku, albo takie, który zawiera polskie słowa zapomniane lub zdania, niezbędne przykłady użycia danego słowa, które zamierza umieścić w słowniku języka polskiego, nad którym pracuje od lat.
Samuel Gottlieb Linde był z pochodzenia Szwedem, urodził się i wychował w rzemieślniczej rodzinie, w pruskim, niemieckojęzycznym wówczas Toruniu. Po ukończeniu toruńskiej protestanckiej szkoły akademickiej, dzięki stypendium ufundowanemu przez radę miejską, młody Linde wyjeżdża w 1789 roku na studia teologiczne do Lipska. Ma zostać pastorem, ale jego zainteresowania, podobnie jak u wielu ludzi młodych tamtego okresu, wychodzą znacznie poza ciasne okowy ówczesnej teologii.
W europejskiej kulturze panuje epoka Oświecenia. Ide-ologia oświecenia propaguje wiarę w potęgę rozumu i wiedzy opartej na racjonalnych, empi-rycznych przesłankach.
Dzieła wybitnych filozofów takich Kant, Wolter, Rousseau krytykują stary porządek świata, sprzeciwiają się feudalizmowi głosząc prawo do osobistej wolności każdego człowieka i społecznej sprawiedliwości; tworzą podwaliny dla społeczeństw obywatelskich.
Ludzie oświecenia mają szerokie zainteresowania i snują śmiałe myśli o nowych systemach społecznych i latających maszynach. Rozwijają się różne dziedziny nauki, między innymi językoznawstwo, czyli nauka o języku.

Linde nie pozostawał obojętny na nowe prądy, ale o tym, że zainteresowało go językoznawstwo zadecydował przypadek: w niewielkiej księgarni w Lipsku wpada mu w ręce książkowe wydanie komedii politycznej „Powrót Posła”, autorstwa polskiego poety Juliana Ursyna Niemcewicza (1758-1841). Zachwycony dziełem, decyduje się, by sztukę przetłumaczyć na niemiecki. Nie przeszkadza mu fakt, że zna polski w sposób bierny – potrafi czytać i pisać, ale słabo mówi.
Szybko jednak nadrabia braki, gdyż dzięki pracy nad przekładem polskiego dzieła Linde zbliża się do kręgu polskich uchodźców, intelektualistów, bohaterów konstytucji 3-go Maja, chroniących się w Lipsku przed represjami ze strony zaborców. Są wśród nich politycy, uczeni i arystokraci: Kościuszko, Kołłątaj, Staszic, hr. Ossoliński; poznaje nawet samego Niemcewicza, z którym się serdecznie zaprzyjaźnia. Z niechęcią więc myśli o powrocie do Torunia, gdy w 1792 roku, po uzyskaniu tytułu magistra nieoczekiwanie otrzymuje propozycję posady lektora w katedrze języka polskiego na lipskiej Alma Mater. Zamiast więc teologią, niedoszły pastor zajmuje się nauczeniem języka polskiego.
Nie ceni zbyt wysoko ówczesnych podręczników do nauki tego języka, ale fascynuje go polsko-niemiecko-francuski słownik autorstwa Michała Abrahama Trocka, który ukazał się w 1768 roku, a nad którym pracował już poprzednik Lindego w słowiańskiej katedrze, profesor Stanisław Nałęcz Moszczyński. Linde szybko przekonuje się, że słownik Trocka świetnie się nadaje na podręcznik akademicki i zaczyna nad nim studia. Oczarowany polskimi słowami wypisuje je z Trocka, także wyrazy potoczne, wymieniając w notatkach wiele odcieni znaczeniowych jednego słowa. Wynotowuje również przysłowia i powiedzenia zaczerpnięte z mowy kolokwialnej, codziennej. Cały spisany materiał porządkuje według jednego systemu. Ta praca, dzięki stypendium z polskiego Towarzystwa Naukowego, jakie powstało w Lipsku w 1893 roku staje się podwalinami pierwszego „Słownika Języka Polskiego”.
Już od dawna mowa ludzka fascynowała filozofów i uczonych. Dostrzegano podobieństwa i różnice pomiędzy językami. W XVIII wieku angielscy uczeni zaczęli zgłębiać sanskryt, dawny język mieszkańców Indii, i odkryli, że niektóre europejskie języki zawierają wyrazy o tym samym znaczeniu i podobnym brzmieniu zbliżonym do odległego sanskrytu, a inne, mimo, że rozwijają się po sąsiedzku (czeski i węgierski) brzmią zupełnie niepodobnie. Przypatrzmy się na przykład słowu „brat”: po łacinie i po grecku „frater” po francusku „frere”, po rosyjsku i bułgarsku „brat”, po czesku „bratr”, po angielsku „brother”, po niemiecku „bruder”, a w starym indyjskim języku „bhrata”. Te rewelacje o osobliwym podobieństwie sanskrytu do niektórych języków europejskich doprowadziły w oświeceniu do rozwoju lingwistyki porównawczej i językoznawstwa. Nauka o języku budziła zainteresowanie również wśród polskich uczonych, nie tylko dlatego, że była taka moda.
Oświecenie w Polsce miało swój tragiczny finał spowodowany upadkiem państwa polskiego na skutek zaborów (1792, 1793, 1795) dokonanych przez naszych ówczesnych sąsiadów. Groziło zaginięciem polskiego narodu. By temu zapobiec, należało zadbać o kondycję, czystość i przetrwanie ojczystego języka. Myśliciele, arystokraci, ludzie uczeni i świadomi tego, iż rozbiory stanowią zagrożenie dla istnienia narodowego bytu, rozumieli, że język ojczysty jest istotnym spoiwem w budowie jedności narodowej, że utrata państwowości nie może doprowadzić do zatracenia. W okresie niewoli język ojczysty stanowi najważniejszą broń przed wynarodowieniem. Należało go dokładnie zapisać, zanim zostanie całkowicie wyrugowany przez zaborców. W tym celu należy spisać ojczystą gramatykę, ustalić ortografię, interpunkcję i zachować słownictwo. Pracowało nad tym szereg uczonych. Lindemu przypadło spisanie polskiego słownictwa wraz z definicjami i przykładami użycia ich w zdaniu. I przyniosło mu to zaszczyty.

Zbieranie materiałów do słownika zajmuje badaczowi dziesięć lat, w ciągu, których, sponsorowany przez Ignacego Potockiego i Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, a także Towarzystwo Naukowe, Linde mieszka w Warszawie, Krakowie i w Wiedniu na przemian, organizując badawcze wyprawy do kościołów, klasztorów i dworów w poszukiwaniu polskich pergaminów i starodruków potrzebnych dla budowania precyzyjnych definicji słów i przykładów na ich użycie, niezbędnych do budowy polskiego leksykonu.
Układał słownik alfabetycznie i gniazdowo, to znaczy, że oprócz zdefiniowania znaczenia słowa, występują jego wyrazy pochodne. Każde znaczenie danego słowa jest potwierdzone przykładem. Dzieło Lindego zawiera prawie 60 tysięcy haseł zebranych w 6 tomach powstających na przestrzeni niemal dwudziestu lat.
Drukowanie słownika, które rozpoczęło się w 1807 roku, okazało się trudniejszym i równie długotrwałym przedsięwzięciem jak jego napisanie. Na potrzeby druku sprowadzono ze Szwajcarii, robioną na zamówienie czcionkę przystosowaną do polskiej pisowni, nowoczesne prasy i zecerów, wysokiej, jakości farby i specjalnie czerpany papier. Finansowali te wydatki prywatni sponsorzy i Towarzystwo Naukowe, a także sam Linde wykładając niejednokrotnie pieniądze z własnej kieszeni.
W swej pracy spisywania słów i zamiłowania do słowiańszczyzny Linde poszedł jeszcze nieco dalej, niż początkowo zamiarował. Oprócz słów polskich jego słownik zawierał też słowa z innych słowiańskich języków i ze staro cerkiewno-słowiańskiego. Mimo nacisków sponsora, nie chciał z tego zrezygnować. To stało się przyczyną konfliktu. Towarzystwo nie akceptowało jednak projektu autora i zaczęło dyktować Lindemu swoje warunki, na które Linde nie chciał się zgodzić, wobec powyższego odebrano mu finansowanie druku kolejnych tomów. (Wydanie Słownika Lindego było najkosztowniejszym przedsięwzięciem wydawniczym Księstwa Warszawskiego.)
Opuszczony przez sponsorów Linde, kontynuował prace, pokrywając wydatki z własnych funduszy, przez jakiś czas drukarnia słownika znajdowała się w jego prywatnym mieszkaniu. Oszczędzał, na czym mógł i pisał listy do potencjalnych sponsorów. Nie zważając na ich milczenie brnął do przodu. Końcowy 6 tom słownika ukazuje się z wielkim opóźnieniem w 1814 roku, w nakładzie 1200 egzemplarzy.


Pierwszy Słownik Języka Polskiego zyskuje sobie dobra sławę na ziemiach polskich i zagranicą. Jego autor odznaczony zostaje przez naród złotym medalem. Nadano mu też tytuł szlachecki i herb „Słownik”. Opus Magnum Lindego przynosi mu nieśmiertelność. Słownik istnieje już ponad 200 lat i stanowi fundamentalny dokument językowy, skarbnicę wiedzy historycznej, obyczajowej, społecznej, ale również daje świadectwo prawdziwie wymiernego w czynach patriotyzmu. >.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji