nr. 85
VICTORIA, BC,
Październik 2018
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

100 lecie
niepodległości

Dom Polski
zaprasza do
współpracy


ARTYKUŁY

Od Redakcji

D.Wisniewski-
przeciw Dudzie


E.Korzeniowska-
Wiekszy niż życie

Bogdan Majewski

S.Soszyński
Oni sie nas bali

powstanie Warszawskie

W.Widział-
Cichy bohater

Bogusław Linde

F.Przyłubski-
Pierwsza biblioteka

Rzeczypospolitej

E.Kamiński-
W Kraju Rad

Zapiski

Wystawa
Egipt Faraonów

w muzeum RBC

ECK
Chicago 1966
teatru Brawo

Rusycyzmy
w języku polskim

Migawki z
Chicago 1966
fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 40

Rozmaitości

Indeks autorów

Feliks Przyłubski

Pierwsza biblioteka Rzeczypospolitej

Minąwszy hałaśliwe kramy Marywilu (dawna dzielnica Warszawy) Bogumił skręcił z Senatorskiej w ciasną, krętą i cichą uliczkę. Jeszcze kilkanaście kroków i oto stanął przed niewielkim gmachem, dawnym pałacem Daniłowiczów. Czy to tu?
Wszystkie okna były szeroko otwarte. Dolatywały z nich jakieś pokrzykiwania i wesołe głosy, stuk młotków. Pracowano nad czymś gorliwie i z zapałem, ale na pewno nie była to praca naukowa. Czyżby tu właśnie mieściła się owa słynna biblioteka? Ongi Załuskich, dziś Rzeczypospolitej?
Głośniejszy rumor. Jakby ktoś rozrzucił stos cegieł, spotęgował krzyki i bieganinę. Zahuczał donośny głos:
- Wojtek, pokrako! Beczki u piwowara nosić, a nie książki.
Mówiłem, że półka jeszcze nieprzybita i książek na nią nie kłaść.
W oknie pierwszego pietra ukazał się zażywny mężczyzna w jakimś czepku na głowie, który był kiedyś szlafmycą, i w brudnym płóciennym kitlu. Spod kitla wychodziła sutanna, jaką nosili księża pijarzy. Jejmość przyglądał się Lindemu nie przestając besztać niezdarnego Wojtka, co wyglądało tak, jakby ostre słowa kierowane były właśnie do Bogumiła. Po chwili nie robiąc żadnej przerwy, tym samym gniewnym tonem rzucił w stronę Bogumiła:
- Acan, czego tu wyglądasz?
Bogumił dopiero po chwili zorientował się, że to jego pytają.
- Jestem Linde. Kieruje mnie do wielebnego ojca protekcja jaśnie wielmożnego marszałka Ignacego Potockiego…
- A Potockiego, no to właź tu waćpan na górę, tylko żywo, bo nie mam czasu. Jestem Onufry Kupczyński.
„Autor sławnej gramatyki” – przeleciało Bogumiłowi przez głowę zanim zapomniał języka w gębie.
Wszedłszy do budynku Linde uwierzył, że znalazł się w bibliotece, tylko znajdującej się w okresie niebywale gruntownych porządków.
- Ja tu od jedenastu lat porządki robię powiedział ksiądz. Widząc zdziwienie gościa, w krótkich słowach opowiedział smutne dzieje biblioteki Załuskich. Księgozbiór założyli dwaj bracia Andrzej i Józef Załuscy
Około roku 1746 biskup Józef Andrzej Załuski, zapalony miłośnik książek, podjął myśl założenia wielkiej biblioteki, przeznaczonej do użytku publicznego. Niezmierne dochody płynące z godności kościelnych obracał na zakup książek, sam żywiąc się często tylko chlebem i serem. Liczba zgromadzonych dzieł przekroczyła po wielu latach 250 tysięcy. Załuski stracił panowanie nad księgozbiorem: książki stały na półkach w czterech rzędach, zalegały w stosach każdy wolny kątek. Załuski napisał katalog wierszem. Nie był to spis przydatny do praktycznego użytku, bynajmniej nie ułatwiał orientacji w zbiorach, ani nie pozwalał na szybkie odszukanie danego dzieła. Po śmierci Załuskiego w 1774 roku cała biblioteka zgodnie z wolą jej założyciela przeszła na własność narodu. Była to pierwsza publiczna biblioteka w Europie.
Dar był jednak kłopotliwy, bo wymagał opieki i wielkich nakładów pieniężnach. Mało było ludzi w ówczesnej szlacheckiej Polsce, którzy by wartość darowizny dla kultury narodowej umieli ocenić. Biblioteka pozostawała w zaniedbaniu. Księgi i papiery okrywały się kurzem, wilgotniały pleniło się wśród nich robactwo. Budynek chylił się ku ruinie: przez wybite okna i dziurawy dach zaciekało, sypał śnieg. Dopiero w 1783 roku Komisja Edukacji Narodowej delegowała do uporządkowania, a raczej ocalenia, biblioteki Onufrego Kopczyńskiego, który dal się poznać nie tylko, jako językoznawca, ale i bibliotekarz. (…)
- Nie mogę tylko pojąć, jak dawni bibliotekarze do takowej ruiny szacownego księgozbioru dopuścić mogli dziwił się Bogumił.
- Dawni Bibliotekarze? Janocki umarł, a ksiądz Koźmiński…żal wspomnieć. Wystaw sobie waćpan, że pod okiem bibliotekarzów jezuita jeden, ksiądz Wulfer, przez dwa lata różne księgi, a najwięcej sztychy, sprzedawał. Lichą brał cenę, a przecie 36 czerwonych złotych zebrał.
- Kradzież bezcenna…jakże to…
- Dziwujesz się waćpan? To się jeszcze bardziej teraz zdziwisz: to ci powiem, że mnie porządkującemu i ratującemu bibliotekarze dawni szkodzili jak mogli. Straszył ksiądz Koźmiński, że się gruźlicy nabawię z wilgoci, ludzi odmawiał od pracy, skargi wznosił.
- Niepojęte! Chyba złość, jaka, prywatne urazy?
- Pewnie, że złość. Znalazłem ja ukryte dzieła najbardziej krytyczne przeciwko niektórym osobom i zgromadzeniom zakonnym. Te ośmieliłem się wyłożyć na półki, by przystęp do nich dać czytającemu. Nie masz przed nauką sekretów! Hańba temu, co prawdzie drogi tamuje.
- Tuszę, że przecież nie udały się niecne zabiegi żeby światłu bronić przystępu – rzekł Bogumił.
- Pewnie prześwietna Komisja Edukacyjna się wdała i wygraliśmy sprawę z ciemnotą, mości panie…Oj zapomniałem jak godność.
Samuel Bogumił Linde z Lipska…

Fragment powyższy pochodzi z książki: Opowieść o Lindem i jego słowniku autorstwa Feliksa Przyłubskiego. Wiedza Powszechna 1955.


Przypis redakcji Stron:

Po trzecim rozbiorze Polski zbiór został wywieziony do Petersburga. Odzyskano go dopiero w okresie międzywojennym. W czasie drugiej wojny światowej wraz z innymi zbiorami padł ofiarą pożaru, który strawił Bibliotekę Narodową.  

 Następny artykuł:

Napisz do Redakcji