nr. 85
VICTORIA, BC,
Październik 2018
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

100 lecie
niepodległości

Dom Polski
zaprasza do
współpracy


ARTYKUŁY

Od Redakcji

D.Wisniewski-
przeciw Dudzie


E.Korzeniowska-
Wiekszy niż życie

Bogdan Majewski

S.Soszyński
Oni sie nas bali

powstanie Warszawskie

W.Widział-
Cichy bohater

Bogusław Linde

F.Przyłubski-
Pierwsza biblioteka

Rzeczypospolitej

E.Kamiński-
W Kraju Rad

Zapiski

Wystawa
Egipt Faraonów

w muzeum RBC

ECK
Chicago 1966
teatru Brawo

Rusycyzmy
w języku polskim

Migawki z
Chicago 1966
fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 40

Rozmaitości

Indeks autorów

Edward Kaminski

W Kraju Rad trup ścielił się gęsto
zapisków ciag dalszy

Rok 1940 upamiętnił się w historii się Europy Wschodniej, jako czas, w którym nie można było narzekać na stagnację uczuć w stosunkach międzynarodowych. Nagły acz planowany wcześniej atak wojsk niemieckich na pokojowo mnożącą się Armią Czerwoną w celu ataku na Niemcy, przerwał obopólną “przyjaźń. Wkrótce potem ZSRR zapałał nagłą “miłością” do Polaków, których zniewolił uprzednio wkraczając do Polski w 1939 roku bez wypowiedzenia wojny. Tak oto ze śmiertelnych wrogów - wspominał Stanisław - przemianowano nas na przyjaciół, nie prosząc o potwierdzenie tej serdeczności z naszej strony.
Po niemieckiej napaści na ZSRR, Wielka Brytania stała się naturalnym sojusznikiem Stalina. Między innymi wymogła uregulowania stosunków polsko-sowieckich. Pod naciskiem Brytyjczyków pod koniec lipca 1941 roku podpisano w Londynie tak zwany pakt Sikorski - Majewski. Premier emigracyjnego rządu polskiego, generał Władysław Sikorski przystał na układ z ambasadorem radzieckim. Polonia tamtejsza oskarżyła go o zdradę interesów Polski, bo odroczone zostało ustalenie przyszłych granic kraju. Obawiano się, że Stalin nie zrezygnuje z Kresów polskich. Kreml uznał natomiast rząd polski i unieważnił traktaty graniczne z Niemcami. Sikorski uważał, że życie zesłańców było ważniejsze niż granice i wszystkie terytoria. Jednym podpisem układu ocalił od niechybnej śmierci więcej Polaków niż poległo ich na wszystkich frontach II wojny światowej.
Jednym z ustaleń układu była zgoda na utworzenie armii polskiej w ZSRR. Władzom Rzeczypospolitej przyznano prawo prowadzenia poboru, Moskwa zobowiązała się do uzbrojenia, dostaw ekwipunku, umundurowania i kwaterunku w rejonie Buzułuku. Polskie dywizje miały wyruszyć na front po osiągnięciu pełnej gotowości bojowej. Sowieci sami byli na bakier z tą gotowością. Zwłaszcza borykali się z wyposażeniem swoich dywizji w samochody transportowe. Nie nadążali z własną produkcją niezawodnych ciężarówek. W Polsce dzieci wykrzykiwały za sowieckimi ciężarówkami ZIS-5:, ZIS-piać, z góry jedzie, pod górę pchać, albo: Ja mu w gas, a on zgasł. Stalinowi zależało, więc na dostawach dobrych pojazdów brytyjskich, ale wymagało to utrzymanie dobrych stosunków dyplomatycznych z Anglikami. To też nie oponował przeciwko utworzeniu wojska polskiego, dowodzonego niezależnie. Tak oto ze śmiertelnych wrogów staliśmy się “przyjaciółmi”.
W nominacji dowódcy polskiej armii nie było dużego wyboru. W miejsce planowanego, ale nie odnalezionego generała Stanisława Hallera (został zamordowany w Charkowie), za obopólną zgodą został nim Władysław Anders. Sikorski uważał, że jako byłego więźnia NKWD, Polacy zwolnieni z łagrów zaakceptują go bez problemów, sam zaś nie miał żadnych zastrzeżeń do jego lojalności. Sowieci natomiast zakładali, że będzie człowiekiem łatwym do kierowania. Był nie tylko dawnym oficerem armii carskiej, ale “lubił pieniądze i dziewczynki”. Słabostki do płci pięknej obiecywali sobie wykorzystać w odpowiednim czasie.
Generał Anders trzykrotnie ranny w kampanii wrześniowej, dostał się do sowieckiej niewoli w ciężkim stanie. Prawdopodobnie to ocaliło mu życie, trafił, bowiem do szpitala unikając losu kilkunastu tysięcy oficerów polskich, zamordowanych wiosną 1940 roku. Można też było przypuszczać, że NKWD miało wobec niego swoje plany. Już w czasie pobytu w lwowskim szpitalu namawiano go do wstąpienia w szeregi Armii Czerwonej. Bolszewicy wiedzieli jak świetnie się spisywał w armii carskiej podczas I wojny światowej, znał kraj, ludzi i doskonale władał językiem rosyjskim. Sprawdzony, lojalny patriota kategorycznie nie zgadzał się na żadną współpracę. Za odmowę był bity, głodzony, upokarzany częstymi rewizjami osobistymi ciała, nie wyłączając odbytu, trzymany w zimnej celi z wybitymi oknami. Przeniesionego następnie w lutym 1940 roku do Moskwy na Łubiankę - siedzibę i więzienie śledcze KGB i NKWD - podano wielogodzinnym, uciążliwym przesłuchaniom. Po relokacji na Butyrki - do centralnego więzienia w Moskwie i z powrotem na Łubiankę, by zrozumieć fenomen Związku Sowieckiego, studiował wypożyczone z biblioteki więziennej dzieła klasyków marksizmu. Przydało się to wkrótce, gdy Hitler zaatakował ZSRR.
Uprzejme zaproszenie od naczelnego kata
Rytuał poprzedzający nominację generała Andersa na dowódcę armii polskiej przebiegał w iście radzieckim stylu:
Po raz pierwszy od dwudziestu miesięcy został dokładnie ogolony, a nawet spryskany wodą kolońską. Przesłuchujący go oficer NKWD powiadomił o sojuszu ZSRR z Wielą Brytanią i rozmowach z rządem Sikorskiego. Odtąd golenie odbywało się codziennie. Wreszcie 4 sierpnia 1941 roku o szesnastej - wspominał Anders - uprzejmie zaproszono mnie na przesłuchanie. Tym razem bez wykręcania rąk w tył i popychania, dołączył się nawet sam komendant więzienia. Podtrzymywany na schodach, kroczyłem o kulach coraz to piękniejszymi korytarzami aż do gabinetu pełnego dywanów i wyściełanych mebli. Spoza stołu wstali z uszanowaniem (!!!)... Osławiony szef NKWD Ławrientij Beria i jego zastępca, nie mniej znienawidzony w całej Rosji Wsiewołod Mierkułow. Oznajmili mi, że zgodnie z zawartym układem z rządem polskim, zostałem wyznaczony na dowódcę armii polskiej w ZSRR.
[...] “Dowiedziałem się, że przygotowano dla mnie osobne mieszkanie. Władze sowieckie dostarczą wszystko, co mi będzie potrzebne. Zależy im na tym, abym jak najprędzej wrócił do zdrowia. Dano mi dużo pieniędzy na osobiste rzeczy, bo po aresztowaniu we Lwowie wszystko mi zabrali. [...] Opuściłem więzienie bez skarpetek, w koszuli i kalesonach z pieczęcią: “Więzienie wewnętrzne NKWD”, ale za to wyjechałem limuzyną samego szefa NKWD”.
Pomimo zawarcia układu z władzą centralną, polska ambasada przeniesiona z zagrożonej Moskwy do Kujbyszewa miała trudności z uwalnianiem polskich obywateli z łagrów i więzień. Wiele zależało też od dobrej woli władz terenowych. Niektórzy z “ naczalników” lokalnych uważali np., że porozumienie nie dotyczy Polaków narodowości ukraińskiej, białoruskiej czy żydowskiej. Trzeba było wiedzieć jak z nimi rozmawiać. Kiedy miało być swojsko, stanowczo, ale “kulturno”, kiedy urzędowo. W skrajnych wypadkach uciekano się do interwencji generała Andersa. Znał zwyczaje, język, także potoczny. W potrzebie umiał się posłużyć odpowiednim słownictwem władzy i tam gdzie “bez wodki nierazbieriosz”. Dzięki zorganizowanym dwudziestu delegaturom terenowym, zatrudniającym niemal trzy tysiące pracowników, rejestracja uwalnianych przebiegała dość sprawnie. Wyciągano Polaków z najdalszych, zapadłych zakątków ZSRR. Natomiast dotarcie tam przy braku dróg i środków transportu, było nieustannym zmaganiem z olbrzymimi przestrzeniami Rosji.
Po długich, żmudnych staraniach zalążek polskiej armii dostał trzy wysłużone już samoloty. W czasie lotu gubiły jakieś części, a raz odpadło śmigło. Pilot wylądował szczęśliwie, tylko, że generał po tej eskapadzie wracał przez dziesięć dni pieszo, łodzią po Wołdze i przygodnym “furmanko- stopem”. Zbiorowa skala “łotrostwa”
Deportacje do łagrów były w praktyce wyrokiem śmierci. Średni czas życia nie przekraczał roku. To też samych Sowietów zaskoczyła liczba ochotników do wojska polskiego, ciągnących do Buzułuku. Zapewne nie przypuszczali, że aż tylu zesłanych zdoła przetrwać. Każdy z nas byłych więźniów, zbrodnicze metody reżimu sowieckiego doświadczył na własnej skórze. Rzecz jasna, bez dostępu do wolnego świata - wspominał Stanisław - wiedziałem tylko tyle ile sam doznałem i usłyszałem od współwięźniów. Zbiorową skalę “łotrostwa” bolszewickiego mogłem oceniać szerzej dopiero w Buzułuku na podstawie informacji niezależnych od radzieckich rozgłośni i prasy.
Po zajęciu połowy Polski głównym zadaniem bolszewików była eksterminacja polskich elit. Systematyczny plan wyniszczania rozpoczęto od zsyłki tysięcy osób do północnych rejonów Rosji, Republiki Komi do wyrębu lasów, na Ural, osławioną Kołymę czy rolniczych kołchozów w Kazachstanie.
(Obecnie część historyków związanych z polskim Instytutem Pamięci Narodowej ocenia ilość deportowanych od 700 tysięcy do 1 miliona: W lutym 1940 roku -200-250 tysięcy; w kwietniu 240-320 tysięcy; w czerwcu 220-400 tysięcy; w czerwcu 1941 roku - 200-300 tysięcy. Szok wywołało otwarcie archiwów sowieckich. Wynika z nich, że wszystkie cztery deportacje pochłonęły zaledwie 320 tysięcy osób).
Bydlęcym taborem kolejowym wywożono całe rodziny urzędników państwowych powyżej szczebla referenta, prawników, lekarzy, wojskowych, nauczycieli, ziemian, członków różnych partii, działaczy społecznych, przemysłowców, kupców, księży, dziennikarzy, studentów, harcerzy, a nawet znających język esperanto. Wyznaczeni do deportacji mogli ze sobą zabrać odzież, naczynia, żywność, drobny sprzęt o łącznej wadze do 500 kilogramów na rodzinę. Często oficer NKWD dawał kilkanaście minut na zabranie tylko tych rzeczy, które deportowani zdołali unieść.
Zesłańców na miejscu docelowym umieszczano w barakach i ziemiankach kołchozowych, albo wysadzano na środku stepu. Kto chroniąc się przed mrozem, zdążył wyryć jamę w ziemi i przykryć ciasny otwór, ten przetrwał. Ciężkie warunki klimatyczne - w zimie temperatura spadała do minus 50 stopni, w lecie spiekota powyżej 40 stopni. Brak wody, niedożywienie brak podstawowej higieny, wycieńczenie nadmiernym wysiłkiem, wszystko to zbierało śmiertelne żniwo. Najwięcej umierało kobiet i małych dzieci. (Z cząstkowych danych NKWD do połowy roku 1941 zmarło 15 tysięcy zesłańców spośród deportowanych w lutym i czerwcu poprzedniego roku).
Masową deportacje uzupełniano masowymi morderstwami. Prawdopodobnie zbiorowe groby ofiar rozsiane po bezkresnych ziemiach Rosji nigdy nie zostaną policzone. Te zaś, o których wiemy, głównie z relacji napływających przybyszów do Buzułuku świadczą o przerażających egzekucjach i okrucieństwie bolszewickich siepaczy. Dzień i noc mordowano więźniów, których nie zdołano już wywieźć z więzień i aresztów na wschodnich terenach Polski, przed nadejściem hitlerowskiego wermachtu.
By zdemaskować niedawnych jeszcze “przyjaciół”, Niemcy odkrywali zwały trupów, zapędzając do tego zniewolonych Żydów. W Borysławiu wyciągali oni z piwnic aresztu zwłoki pomordowanych, wśród nich tamtejszego starosty Kozłowskiego i jego nieletniej siostry. Miał on spaloną twarz bez jednego oka, usta zszyte drutem kolczastym i zmiażdżone ręce. Siostra miała spaloną twarz i wyrwane sutki. W Oleszycach koło Lubartowa sowiecka straż graniczna spaliła żywcem uwięzionych w zamku Sapiehów.
24 czerwca 1941 roku szew NKWD - Ławrentij Beria kazał rozstrzelać wszystkich więźniów w śledztwie i skazanych za “działalność kontrrewolucyjną”, “sabotaż gospodarczy”, “dywersję”, i “działalność antysowiecką”.
Po rozkazie Berii już w drugim dniu - 26 czerwca zaczęto masowe mordy. Na przykład, w Brzeżanach rozstrzeliwano więźniów wyprowadzanych pojedynczo na dziedziniec. Odgłos strzałów zagłuszano warkotem motoru traktora. Zwłoki początkowo wywożono do uprzednio wykopanych i maskowanych dołów. Po nalocie niemieckich bombowców na miasto, zwłoki nadal mordowanych wrzucano w nocy z mostu do rzeki Złota Lipa. Zginęło wówczas ponad 300 więźniów. Pozostałych, około 80 uratowało się, gdyż straż więzienna uciekła podczas ponownego bombardowania. W Bystrzycy ostatnich ze skazanych w więzieniu Nadwornej zabijano uderzeniem młotka w tył głowy.
W ciągu jednego tygodnia zamordowano co najmniej 14 700 więźniów, a ogółem z 40 tysięcy uwięzionych - około 35 tysięcy. Najwięcej we Lwowie - od 3,5 do 7 tysięcy, w Łucku i Wilnie po około 2 tysięcy. W Złoczowie ofiarami masakry padło około 700, w Złoczowie i Dubnie po około 1000, w Prawieniszkach - 500 więźniów. Kilkadziesiąt tysięcy więźniów zginęło na szlakach ewakuacyjnych.
Nie znana jest dokładna liczba rozstrzelanych żołnierzy i oficerów polskich wkrótce po wzięciu do niewoli sowieckiej. W łapy Armii Czerwonej wpadło w 1939 roku 240 tysięcy polskich jeńców wojennych. 125 tysięcy NKWD skierowało do gułagów, część pochodzących z terenów zagarniętych przez III Rzeszę przekazano sojuszniczym Niemcom. Pozostałych zaś, pomijając jakąś ilość rozstrzelanych, zwolniono. Wiadomo też, że jeńców wziętych pod Grodnem i Wilnem, z rozkazu sowieckiego dowództwa miażdżono gąsienicami czołgów.
Część jeńców, dokładnie 14 587, zamordowano wiosną 1940 roku w obozach: starobielskim, ostaszkowskim i kozielskim.
Wiadomości napływające różnymi drogami do obozu w Buzułuku nieustannie uzupełniały potworny obraz, malowany polską krwią pomordowanych, zagłodzonych, skazanych na śmierć z wycieńczenia.
Obecnie, w 2018 roku, blisko 80 lat od bolszewickiego najazdu na Polskę w 1939 roku, wciąż trudno oszacować straty polskiej ludności, wynikające ze stalinowskiej polityki eksterminacyjnej. Nie ma dokumentów tyczących losu około 150 tysięcy aresztowanych, wcielonych przymusowo do Armii Czerwonej i około 100 tysięcy do “strojbatalionów”(grup budowlanych itp). Nie znana jest liczba zgonów w gułagach i miejscach zesłań. Tam gdzie umierało najwięcej są tylko dane cząstkowe. Np., z pośród 10 tysięcy Polaków na Kołymie przeżyło tylko 171 osób. Na Czukotce spośród 3 tysięcy nie przeżył żaden, a przecież podobnych gułagów gdzie ciemiężono Polaków było około 130.
Stosunkowo łatwiej historykom IPN było obliczanie liczby ocalonych. Tak, więc 115 tysięcy ocalało dzięki armii Andersa. 30 tysięcy uratowało się w służbie armii Berlinga. W latach 1945-1947 powróciło z ZSRR do Polski 266 tysięcy zesłanych i ich rodzin z lat 1939-1941. Ponownie w latach 1955-1959 przesiedlono do Polski 20 tysięcy osób, z tym, że nie wiadomo ilu z nich było potomstwem urodzonym w Rosji. Łącznie szacuje się liczbę ocalonych n 431 tysięcy osób.
Według spisu powszechnego z 1931 roku, w ośmiu kresowych województwach mieszkało 13 021 300 osób, w tym 5 597 600 osób polskojęzycznych. W 1943 roku szacowano liczbę ludności na terenie zagarniętym przez ZSRR na 11 976 000 osób, w tym około 6 milionów Polaków. Po obliczeniach statystycznych przyrostu naturalnego i tych, którzy uratowali się z armią Andersa, brakuje w bilansie około 500 tysięcy, do 1.5 Miliona Polaków.
Czy kiedykolwiek poznamy, jeżeli nie pełną, to znacznie przybliżoną liczbę ofiar? W czasie obecnych rządów Federacji Rosyjskiej wydaje się to wątpliwe. Zmiana ustroju ze socjalistycznego na wolno rynkowy nie zmieniła tam zasadniczych elementów władzy. Pozostają one wciąż w rękach dawnej “socjalistycznej” ekipy. Nieujawnione dokumenty zbrodni strzegą obecnie Federalne Służby Bezpieczeństwa. A wywodzą się one w prostej linii od początkowego WCzK, GPU, NKWD i KGB. Sowiecki zamordyzm ma się w najlepsze, jak za dawnych lat. Sam prezydent Federacji - Władimir Putin przez 25 lat (od 1975 do 1990 roku) był funkcjonariuszem KGB. Po przeszło 25 latach od upadku ZSRR w 1991 roku, 56 procent obywateli Rosji żałuje, że Sojuz upadł, a 12 procent chciałoby powrotu do minionego systemu. >

Cdn.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji