nr. 85
VICTORIA, BC,
Październik 2018
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

100 lecie
niepodległości

Dom Polski
zaprasza do
współpracy


ARTYKUŁY

Od Redakcji

D.Wisniewski-
przeciw Dudzie


E.Korzeniowska-
Wiekszy niż życie

Bogdan Majewski

S.Soszyński
Oni sie nas bali

powstanie Warszawskie

W.Widział-
Cichy bohater

Bogusław Linde

F.Przyłubski-
Pierwsza biblioteka

Rzeczypospolitej

E.Kamiński-
W Kraju Rad

Zapiski

Wystawa
Egipt Faraonów

w muzeum RBC

ECK
Chicago 1966
teatru Brawo

Rusycyzmy
w języku polskim

Migawki z
Chicago 1966
fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 40

Rozmaitości

Indeks autorów

z Mniszkówny przepisala ECK

Trendowata
(wersja odkurzona) cz. 40

Stefcia patrzyła na twarz kobiety na portrecie z herbem z podziwem, ale nawet będąc sama w tej wielkiej komnacie nie potrafiła ukryć zdziwienia, gdy przeczytała, że była ona księżną De Bourbon Michorowską. W jej żyłach płynęła błękitna krew koronowych głów Europy.
Ale dlaczego taka bezmiernie smutna? Nawet na portrecie widać, że to nieszczęśliwa kobieta. Stefcia podeszła bliżej wpatrzona w postać na płótnie i jakby te dwie kobiety stanęły przed sobą – jedna malowana w aksamitach, druga żywa w białym muślinie – patrzyły sobie w oczy jakby nie rozumiejąc.
Głębokie czarne źrenice Michorowskiej ogarniały dziewczynę żałosnym spojrzeniem, jakieś westchnienia szły od niej i beznadziejność i pełna goryczy melancholia. Oczy te zdawały się mówić: „Zmęczyło mnie życie, nie zaznałam szczęścia ani odrobiny, tylko wiele bólu i zgryzoty…Nic nie pomogły bogactwa, nic tytuły, nic dostojeństwa…byłam kobietą nieszczęśliwą. „
Stefcia czytała w jej smutnej buzi skargę. Dlaczego ta kobieta cierpiała?... Czego brakowało w jej życiu?...Jaka chmura złożyła w jej oczach tyle posępnych cieni?...
I w tej sali pełnej postaci z portretów przedstawiała osobę najbardziej zbolałą.
Stygmat cichego dramatu piętnował jej czoło, perły rozsypane na jej piersiach świeciły jak łzy spadłe z jej bezbrzeżnie smutnych oczu. Wszystkie kobiety na portretach maja uśmiechnięte twarze, klejnoty i kwiaty w dłoniach. Barwne stroje polskie, kontusiki mieszały się tu z obcisłymi sukniami z początków XIX wieku lub z balonami krynolin. Glowy jedne w staroświeckich kornetach, perukach, inne zdobne w loczki i pukle, w klejnotach, piórach i kwiatach… Ona jedna odbijała od nich nawet strojem: jej ciemna aksamitna suknia, ciężkie koronki, sznury pereł miały ton poważny, pełen majestatu. Ani kwiatka przy niej, nic tchnącego wesołością, życiem. Małą arystokratyczną rękę, ozdobiona kilkoma pierścieniami, opierała o poręcz fotelu, druga zwisała na sukni ruchem apatycznym.
Stefcia spojrzała po sali lęk coraz większy, a niepojęty wypełzał z mrocznych kątów i snuł do niej groźny, nieubłagany. Oczy portretów biczowały ją ostrym wzrokiem. Miała wrażenie, że ją wypędzają z sali, że gniewają się na nią za wtargnięcie do przybytku ich pośmiertnej chwały, że mówią do niej:
- Ruszaj stąd dziewczyno. Tu miejsce nie dla ciebie. To nie twój świat. Idź, bo cię zgnieciemy wielkością!...
Stefcia zadrżała. Działo się z nią coś niezwykłego…
Jakieś niewypowiedziane słowa falowały na jej ustach, niedokończone myśli, tętna zupełnie nowe napełniały jej mózg i serce. Uczuć podobnych nie znała dotąd: była to fala obca, ale silna, dopominająca się o zrozumienie. Czuła, że błądzi w jakiejś abstrakcji, jeszcze przysłoniętej mgłą, ale już powodującą niewytłumaczalny lęk. Szczupła twarz Stefci zbladła, fiołkowe oczy świeciły mocno podniecone wrażeniem i wewnętrzną gorączką. Spojrzała jeszcze na martwe twarze i podnosząc ręce do góry szepnęła:
- Idę stąd. Wyjdę. Nie wrócę…nie!
Ale oczy Michorowskiej spoglądały na nią łagodnie, pełne żalu, goryczy, zdawały się mówić:
- Biedne dziecko…spiesz…żal mi ciebie kwiatku polny…uciekaj do swoich!
Boże! Boże! – jęknęła dziewczyna uniesiona tą wizją.
Każdy nerw w niej dygotał Wrodzona wrażliwość znalazła silną podnietę. Pochłonięta halucynacją zmysłów, wpatrzona w portret, nie słyszała kroków w sąsiednim salonie.
Nagle w obsłonach ciemnej kotary stanęła przed nią wytworna postać Waldemara. W ręku niósł pęk żółtych herbacianych róż.
- Ach! – krzyknęła Stefcia cofając się w tył.
Widok jego w tej sali, przy tym portrecie, sprawił na niej kolejne silne wrażenie.
Co pani? …Co się stało? Co pani jest? – zawołał przybyły porywając jej ręce w swoje gorące dłonie. Róże rzucił na sofę i pochylony nad Stefcią patrzył na nią badawczo.
- Przestraszyłem panią?...Panno Stefanio, czemu pani taka zmieniona? Co się stało?
Dziewczyna odzyskała swobodę. Przy nim nie czuła obawy. Wysuwając ręce z jego dłoni rzekła:
- Będzie się pan ze mnie śmiać, ale istotnie przestraszyło mnie nagle ukazanie się pana.
- Wzięła mnie pani za jakiegoś pradziadka, wyskakującego z ram, czy tak?
Pradziadka?...Nie!..
A ja pani szukałem po całym zamku. Andrzej naprowadził mnie na ślad.
- Ja zbłądziłam. Zaszłam do tej sali przypadkowo.
- I rozmawiała pani z moimi przodkami?
Spojrzała na niego zdziwiona. Pan jest jasnowidzący!
- Więc odgadłem?
- Po części. Ja tylko odpowiadałam. To oni do mnie mówili.
- Co mówili?
- Nakazywali mi stad uciekać – rzekła z przymuszoną swobodą.
_ Panno Stefanio!...
Ten wykrzyk zdziwił Stefcię. Brzmiało w nim pytanie i żal. Prędko powtórzyła:
- Gniewali się na mnie za wkroczenie do ich przybytku.
Tylko ta pani miała dla mnie lepsze spojrzenie.
Wskazała na portret.
Waldemar odwrócił głowę i rzekł poważnie:
- To moja babka. Maciejowa Michorowska, bardzo dobra i bardzo nieszczęśliwa kobieta…może właśnie dlatego nieszczęśliwa, że dobra.
Dlaczego? – Spytała Stefcia.
- Och to smutna historia. Nie chciałbym pani zasmucać.
- Proszę niech mi pan opowie jej dzieje – szepnęła z prośbą.
Waldemar przepalał ją wzrokiem. Postąpił parę kroków i biorąc roże z sofy rzekł stłumionym głosem:
- Rwałem je myśląc o pani i niosłem dla niej.. Mój ulubiony kolor… Proszę.
Podał jej rozkwitły woniejący pęk, ogarniając postać dziewczyny gorącym spojrzeniem.
_ Czy pani lubi smutne historie? – powiedział prędko chcąc przywróci jej swobodę, bo spostrzegł, że biorąc kwiaty, zmieszała się.
- O tak! Lubię…Dziękuję panu za róże. Śliczne!
Więc opowiem pani historię babki, ale uprzedzam, ze smutna, bo babka miała wiele cierpienia w życiu.
- Chodźmy stąd – szepnęła Stefcia.
- O nie, historii mej babki musi pani posłuchać pod jej portretem.
- Ale oni mnie nie chcą. Wypędzają mnie stąd.
- Jak ja zechcę, to i oni muszą się słuchać. A ja chcę!
I nagle Waldemar chwycił ją za ręce powyżej łokcia i przysuwając do siebie szepnął:
- Nie bój się…Przy mnie nic ci nie grozi…
Trzymał ją mocno, spłonioną z silnie bijącym sercem.
- Nie obawiaj się. Jestem przy tobie - powtórzył stłumionym głosem.
Oczy jego piekły, pąsowe usta drżały, w skroniach biły tętna.
Niewidzialny prąd łączył ich ze sobą, zlewając w jeden dreszcz pełen czaru.
Chwila ciszy pierwszego upojenia!
Stefcia wyrywa się z jego objęć.
- Chodźmy już.
- Nie, nie. Niech pani tu spocznie. To na sofie. Zaraz opowiem. Otóż babka moja…

CDN

Przejdź dalej

Napisz do Redakcji