nr. 87
VICTORIA, BC,
Styczeń-Luty 2019
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZACE IMPREZY
I WYDARZENIA

Biesiada Welentynkowa
Dom Polski
sobota, 16 luty

Bridge+Wolak Duo
Dom Polski
niedziela, 10 marca


ARTYKUŁY

Od Redakcji

ECK - Spirala
paranoi


A. Kepiński-
Nastawienia

urojeniowe

W.Widział
Rząd Lubelski

1918 roku

L.Mongard-
Wspaniała Karolina

Lanckorońska

P.Topiński-
Choroba Crohna

Czy będzie Nobel?

E.Kamiński-
Szara eminencja

Zapiski

E.Korzeniowska-
Pan Twardowski

w Bydgoszczy

Z.Kossak-
Kulig
za dawnych lat

ECK
Teatr Brawo-
100lecie niepodlefłości
fotoreportaż

Mniszkówna-
Trendowata
cz. 40

Rozmaitości


Indeks autorów

Lidia Mongard

Wspaniała pani Karolina

Karolina Lanckorońska urodzona w roku 1898 była ostatnią, ale wielce godną przedstawicielką arystokratycznej rodzi-ny, która wydała wielu wybitnych Polaków. Jej ojciec, hrabia Karol Lanckoroński sprawował wysoki urząd na dworze Habsburgów, a matka pochodziła z książęcego rodu niemieckiego. Karla była wychowana i wykształcona w kosmopolitycznym Wiedniu, ale wcześnie zadeklarowała swoją polskość i do końca swego długiego życia dawała dowody poczucia przynależności do narodu polskiego.
Profesor Karolina Lanckorońska napisała książkę wydaną w Polsce pod tytułem “Wspomnienia wojenne”. W przedmowie do swego pamiętnika autorka zaznacza, że ma być on “… sprawozdaniem i tylko sprawozdaniem z tego, czego byłam świadkiem w czasie II wojny światowej.” Sumienne relacje osobistych doświadczeń uważała za swój obowiązek i wypełniając go przekazała czytelnikom wstrząsający obraz okupacyjnych doświadczeń. Jednocześnie, choć nie było to jej celem, pozwoliła nam poznać siebie, jako uczestnika tych wydarzeń i wspaniałego człowieka. Stały motyw, który przewija się przez jej opis tragedii, nieszczęść i małych zwycięstw to wiara w ludzką godność, która w jej osobowości przejawia się w bohaterskim patetyzmie i solidarności ze społecznym środowiskiem.
Wspomnienia wojenne zaczynają się, gdy armia sowiecka wkracza do Lwowa we wrześniu 1939 roku. Pani Lanckorońska była w tym czasie profesorem historii sztuki na Uniwersytecie Jana Kazimierza i dodać należy, iż była pierwszą kobietą w Polsce zajmującą takie stanowisko. Dzięki powiązaniom rodzinnym i towarzyskim oraz możliwościom finansowym mogła wyjechać i działać na rzecz “sprawy polskiej” ze znacznie bezpieczniejszego miejsca, ale zdecydowała się zostać i dzielić losy rodaków w okupowanej Polsce, a także znaleźć jak najprędzej, drogę do oddziałów walczących. Zaprzysiężonym żołnierzem została w roku 1940, ale ówczesna praca konspiracyjna nie dawała jej wiele satysfakcji, bo ”roboty” na tych terenach było jeszcze niewiele. Wkrótce jednak musiała opuścić Lwów, a to z powodu zdrady jednego z człon-ków organizacji. Po osiedleniu się w Krakowie znowu niecierpliwiła się brakiem poważnych zadań, spodziewając się, że rezerwa dowódców wypływa z jej pochodzenia. Gdy tylko znalazła okazję przedstawiła zwierzchnikowi płomienne wyjaśnienie, że nie chce swoim, walecznym przodkom przynieść wstydu, a nazwisko uważa za zwiększenie zobowiązań wobec kraju. Pracując dla Polskiego Czerwonego Krzyża pani Karolina opiekowała się powracającymi z Niemiec jeńcami wojennymi, odesłanymi do Polski z zaawansowaną gruźlicą. Wspominając ten okres wyraziła się, że “na nastroje czasu nie było”, ale gdy otrzymano wyjątkowe pozwolenie na pogrzeb jednego z obrońców Helu napisała: “Nie pamiętam, abym była kiedykolwiek w życiu tak dumna z towarzystwa, w którym się znajdowałam, jak owego dnia, gdy przez Kraków jechałam z tymi biednymi, bezbronnymi gruźlikami.”
Następnym etapem działalności było organizowanie dożywiania więźniów na terenie Generalnej Guberni i pani Lanckorońska przekonała niemieckie władze, aby wydały jej na to oficjalne pozwolenia. Zajęcie to wiązało się podróżowaniem i zbieraniem informacji, co w końcu przyczyniło się do jej aresztowania. Choć zwykle unikała wszelkiej brawury, w czasie przesłuchiwań nie zdobyła się na zaprzeczenie, że jest wrogiem Rzeszy Niemieckiej i uznaje tylko niepodlegle Państwo Polskie. W rezultacie była uwieziona, głodzona i przetrzymywana w wilgotnej ciemnicy, w której, jak wspomina, specjalnie trudna była walka ze wszami. Gdy sytuacja jej zmieniła się na tyle, ze dane jej było zregenerować siły fizyczne i uzyskała możliwość swobodniejszego poruszanie się natychmiast przystąpiła do pracy, jako więzienna sanitariuszka. W pewnym momencie, życzliwy Niemiec pozwolił jej na krótki, samodzielny spacer po Lwowie, bo wiedział, że wróci, będąc trzymana, jak sama to określiła “na łańcuchu honoru”. Rozumiejąc swoją sytuację pani Karolina liczyła się z prawdopodobnym wyrokiem śmierci, więc z ulgą zaakceptowała następny rozdział - wywózkę do Rzeszy. O swojej podroży do Berlina, pod eskortą gestapowców napisała: “Wiedziałam, że u końca tej jazdy czeka znów WALKA, a ta świadomość każdemu sił dodaje.”
W roku 1943 czterdzestopięcioletnia pani profesor została więźniarką obozu Ravensbruk. W jej sprawie interweniowali wpływowi przyjaciele, więc uniknęła egzekucji, a nawet przyznano jej wygodną, ale odizolowaną celę i dobrą żywność. Pani Karolina zdołała utrzymywać kontakty z obozem, dzielić się jedzeniem i lekarstwami a nawet udzielać tajnych lekcji z historii sztuki. Zbierała także informacje o warunkach, torturach, zabójstwach i eksperymentach medycznych przeprowadzanych na młodych kobietach. Wiadomości te udało jej się przesłać “gdzie należało”, bo miała przywilej korespondencji i wymiany książek. Jednak, gdy polepszył się jej stan zdrowia wymusiła strajkiem głodowym zezwolenie na powrót do swoich “sióstr” w obozie. Dzięki funkcjom, jakie sprawowała, a także odwadze i doświadczeniu zdołała uratować życie wielu więźniarkom, lub choćby czasowo ulżyć ich doli. W swoim pamiętniku pisała później: “Z wdzięcznością wspominam, solidarność wielkiej części personelu rewirowego w tej akcji niezbyt bezpiecznej.”
Tu dodać trzeba, że było w tym ciągłym narażaniu się i wiele egoizmu z naszej strony. Był to porostu jedyny sposób, aby przetrzymać i nie zwariować.
Pani Karolina miała bardzo poważny stosunek do swojej pracy. Żegnając się z kolegą, który opuszczał zajęty przez sowietów Lwów, powiedziała, że ona zostaje z Uniwersytetem, do którego… należy. Narzekała, gdy warunki nie pozwala jej należycie przygotować się do zajęć ze studentami, a przecież była specjalistką w dziedzinie, którą wykładała. Gdy wyrzucono ją z pracy na uczelni, zgłosiła swojej organizacji wojskowej gotowość bycia kurierem, na co wyrażono zgodę.
“Ponieważ Dowódca (wspomina autorka pamiętnika) kazał mi się przygotować i trenować na dłuższy marsz przez góry - latałam, więc po Krakowie i bliższej okolicy przez szereg godzin dziennie.” Znajomi, którzy mnie spotykali, mieli wrażenie, że mam widocznie bardzo nadwyrężone pod okupacją bolszewicką nerwy, bo ciągle bardzo szybkim krokiem pędzę “na spacery”.
W działalności konspiracyjnej, chwalebnej i koniecznej, bo będącej “ciągłym źródłem sił do przetrwania”, pani Lanckorońska widziała także niebezpieczne skutki uboczne. Obawiała się, że zwłaszcza ludzie młodzi będą dotknięci brakiem regularnych zajęć i częstym, długim, bezczynnym czekaniem.
“Odpadał obowiązek stałego, zdyscy-plinowanego wysiłku i ciągłości pracy, tej podstawy każdego charakteru, który w jakimkolwiek okresie życia nie chce się wypaczyć”.
Równie ważna jak praca była dla pani profesor nauka. Gdy nie było roboty uczyła się angielskiego oraz starała się poznać literaturę narodu sprzymierzonego.
“Spędzałam najpiękniejsze godziny owych ponurych miesięcy w bibliotece (…) naszego wielkiego anglisty.” Przy innej okazji, dzieli się refleksją:
“…po raz tysięczny w życiu pomyślałam, że udostepnienie nauki wszystkim, którzy jej pragną, bez ob-niżania jej poziomu jest jednym z naj-wyższych ideałów ludzkości”. To same przekonanie kierowało nią, gdy w obozie dawała wykłady współwięźniarkom. Szczególnie chodziło jej o kształcenie kobiet najmłodszych, aby jakoś przy-gotować je do życia po wyzwoleniu. Była głęboko poruszona ilością uczennic i ich zainteresowaniem, ale spisując te wydarzenia wyjaśniła:
“Dziś mogę tylko wyrazić nadzieję, że słuchaczkom moim dawałam, choć w części to, co od nich otrzymywałam - możliwość oderwania się od moralnych i fizycznych brudów, ropy, biegunki, poniżenia, które nas otaczało, i powrotu do owych wartości, które kiedyś stanowiły świat mój, najbardziej własny.”
Po obozowych doświadczeniach, ale już w bardziej normalnych warunkach, pani profesor, pozostając bardzo wymagająca wobec siebie na pewno spodziewała się też wiele od swoich studentów i współpracowników. Mogła, więc wydawać się surowa czy bezwzględna, ale nie była przecież osobą bez ludzkiego ciepła i wrażliwości. Mówiąc o sobie: “podstarzała dziewica orleańska” potrafiła wzruszyć się serdecznie na wiadomość, że znajome małżeństwo spodziewa się upragnionego dziecka. Zachwyt nad przyrodą dawał jej często chwile wytchnienia w wyczerpującym pośpiechu i niebezpieczeństwie. Doceniała budujący i kojący wpływ literatury i poezji, a wspomnienia o odwiedzanych w przeszłości galeriach sztuki pozwolił jej przetrwać wielodniowe odosobnienie w ciemnicy. Zauważała także wartościowych i godnych podziwu ludzi, nawet, gdy nie zgadzała się z ich poglądami politycznymi. Oto jak opisała obozową lekarkę “przekonaną komunistkę”: (…) “to jedna z postaci lagrowych, którą każdą z nas zachowa w pamięci promiennej (…) łączyła w sobie cechy, z których każda z osobna dość jest rzadka. Była bardzo inteligentna, bardzo dobra i bardzo energiczna. Miała poza tym usposobienie wesołe, a pogodny uśmiech rzadko schodził z jej bardzo ładnej twarzy…”
Wiara w Boga i religia były ważną częścią osobowości pani Karoliny. Poza wartościami duchowymi widziała w nich także elementy kultury osobistej i społecznej. W nierzadkich chwilach, gdy liczyła się z nieuchronnym wyrokiem śmierci wyrażała wdzięczność, że dane jej było cieszyć się życiem, dotrzymywać złożonych obietnic i wywiązywać się z obowiązków.
Jak na osobę wychowana wśród służby i w dobrobycie pani hrabina była bardzo zapobiegliwa i przedsiębiorcza. W wspomnieniach swoich przyznaje, że, gdy pałac przyjaciół został zajęty na potrzeby Ukraińskiego Komitetu, w ostatniej chwili “porwała” ze strychu jedenaście suszących się tam frakowych koszul i dostarczyła je do miejsca opiekującego się uchodźcami. Na czarnym rynku zakupywała lekarstwa i materiały opatrunkowe zrabowane z aptek. Składowała je u siebie i znajomych, licząc, że się przydadzą, gdy nadejdą bitwy wyzwoleńcze. Przewidując, co może oznaczać lwowska zima bez opału, musiała zapobiec “upaństwawianiu” węgla wspólnie kupionego przez lokatorów kamienicy, w której zamieszkiwała. “Wiedząc, że nie mamy nic do stracenia (…) zaczęłam stukać pięściami do wszystkich drzwi…”. Wylegające kobiety namówiła, aby podniosły jak największy wrzask, wskutek czego wystraszeni milicjanci zaprzestali rabunku i prędko się wycofali.
Pani Lanckorońska była wysoka, silna i odznaczała się wyjątkowym zdrowiem. Jej praca w Generalnej Guberni wiązała się z ciągłymi podróżami. Pociągami jeździła tak często, że miejscowi przemytnicy zaczęli ją brać za “swoją”. Technikę jazdy stale udoskonalała i w swoim pamiętniku odnotowuje:
“W końcu umiałam cudownie spać wśród grupy 16 paskarzy w jednym przedziale lub klęcząc jednym kolanem na tobołku.“
Niektóre dystanse przemierzała pieszo, korzystała również z przejazdów na furach i saniach. Czasami była całkowicie przemoczona lub zziębnięta, raz wyznała, że czuła się jak “zamarznięty zając”. Przy innej okazji wspomina: “…dostałam się, pomimo wrodzonego braku zdolności gimnastycznych i bokserskich na wehikuł nazwany autobusem…”
Jej zdrowie podupadło dopiero w więzieniach, a to zdaniem obozowego lekarza, między innymi, dlatego, że nigdy nie pozwalała sobie na łzy, czy inne “użalania się nad sobą”. Szczęśliwie po wyjściu na wolność zregenerowała siły, dożyła 104 lat i doczekała się upragnionej, wolnej Polski.
W książce “Wspomnienia wojenne”, będącej opisem uczestnictwa autorki w narodowej tragedii można, mimo wszystko, znaleźć ślady jej poczucia humoru. Ideologię bolszewicką znano na tyle, aby wiedzieć, że szlachetne urodzenie oznacza przynależność do klasy “krwiopijców”, która powinna być wyeliminowana. Gdy nowe, sowieckie władze zarzucały pani Lanckorońskiej, że jest hrabiną, powtarzała, że jest profesorem, a hrabiną być nie może, bo polska konstytucja uznaje tylko tytuły zawodowe. Na pytanie, kim był jej ojciec odpowiadała: mecenasem sztuki. …”Mecenas sztuki bardzo się przydawał, bo nikt nie wiedział, co to za zwierz”… Późniejsi przyjaciele Karli, wspominali, że do końca lubiła dobre żarty, ale niestety mało kto ośmielał się dowcipkować w obecności pani hrabiny. Jej żarty też nie były doceniane, bo podobno wolała przedstawiać je… po łacinie. Zastanawiającym jest, że w swoim pamiętniku pani Karolina nigdy nie wspomina matki. Nawet gestapowska groźba, ze będąc córką Niemki zostanie zesłana do obozu, jako “renegatka”, pozostaje bez komentarza. Prawdopodobny dystans między matką a córką zaczął kształtować się wcześnie. Karolina wspomina wschodni majątek ojca, jako dom rodzinny, w którym spędziła najpiękniejsze chwile swego dzieciństwa. Przy innej okazji pisze, że corocznie, przez siedem miesięcy życia we Wiedniu wyczekiwała wyjazdu do Rozdołu gdzie, pod opieką kochających nianiek, dzieci zażywały natury i pławiły się w polskości. Być może, kosmopolityczna arystokratka niemiecka, hrabina Margarethe Lanckorońska nie dzieliła tych sentymentów. Późniejszym przykładem trudności rodzinnych mogła być niechęć, jakiej Karolina nabrała do języka niemieckiego. Korzystając z chwilowych ulg w życiu obozowym poprosiła o książki, a między innymi Shillera, którego niegdyś uwielbiała. Tym razem lektura ją rozczarowała, a zaporą był język niemiecki, do którego czuła…”odrazę”, bo “przeżycia ostatnich lat go zhańbiły”.
Autorka Karolina Lanckorońska miała trudności z wydaniem swoich wspomnień. Rzeczywiście, niektóre z wyrażanych przez nią opinii bywają ostre i bezwzględne, ale trudno spodziewać się dyplomatycznej powściągliwości i ostrożnego dobierania słów, od kogoś, kto przez ostatnich kilka lat był świadkiem i ofiarą zbrodni przeciwko ludzkości. Poza tym, dla osób wykształconych w początkach XX wieku autorytatywne wyrażanie poglądów często radykalnych i z wielkimi uogólnieniami było pow-szechnie akceptowane, tak w mowie jak i w publikacjach.
Od wybuchu wojny pani Karolina zabiegała o członkostwo w oddziałach zbrojnych, ale poszukiwała organizacji, która podlegała Naczelnemu Dowództwu, “… bo związki tajne wyrastały spod ziemi jak grzyby po deszczu, ale wiele z nich nosiło wyraźne piętno partyjniactwa”.

Było oczywistym, że po wyzwoleniu z obozu nie mogła wrócić do komunistycznej Polski, ale też nic dziwnego, że nie podjęła się działania w skłóconym Rządzie Emigracyjnym. Zrezygnowała też z pracy naukowej i zaczęła “rozdział nowy” organizując w Drugim Korpusie Wojska Polskiego, który stacjonował we Włoszech, studia wyższe dla studentów-żołnierzy. W roku 1945 współdziałała w założeniu Polskiego Instytutu Historycznego w Rzymie, a w 1967 roku Fundacji Lanckorońskich z Brzezia, czym dała wyraz swojemu poczuciu zobowiązań wobec historii i kultury polskiej. Po upadku komunizmu, w roku 1994 przekazała Polsce rodzinną kolekcje obrazów i innych historycznych dokumentów “w hołdzie Rzeczypospolitej Wolnej i Niepodległej”.
Już w roku 1942 pani Karolina Lancko-rońska otrzymała za swoją działalność Krzyż Walecznych, a później nastąpiło wiele innych odznaczeń i wyrazów uznania. Ja pozostaję z wdzięcznością i podziwem dla kobiety, w której widzę prawdziwą polska bohaterkę.>

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji