nr. 89
VICTORIA, BC,
KWIECIEŃ 2019
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Polskie Delikatesy
w Victorii
zapraszają

Wybory do
Parlamentu Europy

w
Konsulacie RP
w Vancouver


ARTYKUŁY

Od Redakcji

B.Miś -
Polska szkoła.

matematyczna

H.Dzielińska-
Złoty wiek

architektury
niepodległej Polski

W.Widział
Polskie Groby Pańskie

na Wielkanoc

P.Badde-
Cud ognia

w Jerozolimie

L.Mongard-
Święta Hildegarda

patronka naukowców.

H.Jazłowiecka-
Znad dwóch oceanów
wspomnienia

K.Czajka-
Wspólny Dom
Polonii w Półtusku

ECK-
Grób Pański

w Jerozolimie
fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 42

Rozmaitości

Indeks autorów

Hanka Jazłowiecka

Znad dwóch oceanów
(fragment wspomnień)


Adres mojego raju to szara warszawska ulica,
podwórze asfaltowe, wysoka kamienica
i hen-po samo niebo wijące się schody drewniane
wprost do drzwi dzieciństwa otwartych przez ręce kochane!
Adres pozostał bez zmiany, lecz droga doń tak daleka!
Za zamkniętymi drzwiami nikt na mnie już nie czeka.



Dom... Właściwie mieszkanie na trzecim piętrze starej warszawskiej kamienicy. W dalszym ciągu twierdzę, że wtedy oś łącząca centrum ziemi z resztą kosmosu przechodziła przez drewnianą, malowaną na czerwono podłogę naszej kuchni, ściśle mówiąc - w rogu pomiędzy oknem, wychodzącym na podwórze, a stołem, gdzie stało moje krzesło z nieodłącznym stołeczkiem pod nogi. Tam właśnie, kiedy przez niezliczone zimowe wieczory czytałam zapamiętale, odkrywałam świat wirujący dokoła mojej wyobraźni jak zaczarowana karuzela. Oczywiście istniało przedtem moje białe dziecinne łóżeczko ze sznurkową siatką, które z sypialni rodziców podróżowało ze mną przez mętne wody snów, zmor i niepojętych rewelacji, jak i przytulna kanapa w jadalnym pokoju, odziedziczona po babci Karolinie, na której - wtulona w puchową poduchę, pod kołdrą przeświecającą rubinowym atłasem z kwadratu wyciętego w białej, nakrochma¬lonej poszwie śniłam o królewiczu, który zbudzi mnie do pełni życia pocałunkiem ...

Warszawa, ulica Przemysłowa 34, mieszkania 19.

Tak długo, jak mogłam pisać te święte słowa na kopertach listów wysyłanych z rozmaitych adresów mojej tułaczki, żyłam właściwie tylko na szybko obracającym się marginesie “tamtego” świata. Ile razy, ile niekończących się nocy spędziłam na powrotach!
Z twardej jenieckiej pryczy w Niemczech, żołnierskiego łóżka w angielskich barakach czy wreszcie z małżeńskiego łoża w Kanadzie krok po kroku przemierzałam tęsknotą asfaltowe podwórze do ciemnej sieni w prawym zakątku kamienicy, aby z bijącym sercem piąć się na trzecie piętro do jedynych drzwi na świecie, na których miedziana wypolerowana tabliczka głosiła w kunsztownych esach-floresach: ERNEST GURR. Cudem znikała jama po lewej stronie podwórza, gdzie przed wojną stała czteropiętrowa oficyna. Znikała pamięć o gruzach, które znaczyły grobowiec dziesięciorga znanych mi ludzi. Ogródek na środku podwórza raz jeszcze kipiał bzami i jaśminami poza wysoką siatką ogrodzenia, a w ich zielonym cieniu trwała figura Matki Boskiej, wiecznie błogosławiąc białymi dłońmi szmer malutkiej fontanny. Stała również na straży stara akacja, koronką liści sięgająca ponad dachy i sypiąca białe kwiaty, z których wysysało się nektar tak słodki jak wspomnienie dzieciństwa ...
W otwartych oknach powiewały w ciepłym wietrze firanki. “Jestem w niebie, w siódmym niebie” - zalewała nasłonecznione podwórko fala melodii wypływająca z wnętrza starego patefonu, dzieciaki bawiły się w komórki do wynajęcia, a Adam i Ewa - przysięgam, że takie naprawdę były imiona naszych dozorców - pilnowali naszego raju.
Dosyć! Muszę te wspomnia uporządkować bardziej logicznie i chronologicznie, inaczej zgubię się w przestrzeni i czasie. Trzeba po prostu przycupnąć na wąskim gzymsie z gromadką wróbli i słuchać nieskończenie, jak te uskrzydlone grudki warszawskiego cementu wtórują świergotem rytmowi tamtego życia.

* * *

A więc, spróbujmy ... Moje przyjście na świat 23 sierpnia 1923 roku nie zostało uwiecznione tradycyjnym zdjęciem uśmiechniętego golasa na rozłożonym na podłodze białym futrzanym dywanie. Mój brat Olek, starszy ode mnie o pięć lat, miał taką fotografię, ale ja, chuda i wiecznie rozwrzeszczana przedstawicielka rodzaju żeńskiego, nie byłam najwidoczniej obiektem godnym takiego upamiętnienia. Dowiedziałam się po latach, że wszystkie nasze krzesła były zrujnowane przez członków rodziny, próbujących lulać mnie w ramionach dla zachowania jakiej takiej ciszy.
Wyrastałam w niewielkim kręgu rodzinnym i w przekonaniu, że najwyższy autorytet spoczywał w rękach babci Karoliny, matki mojej mamy. Nawet ojciec poddawał się temu autorytetowi bez zastrzeżeń. Jej niska, okrągława postać w dzień ginęła w długiej sukni przepasanej białym fartuszkiem, a wieczorem czarnym ze lśniącej alpaki. Szybko i bezszelestnie przesuwała się po naszych wyfroterowanych podłogach w swoich miękkich puchatych bamboszach. Siwe włosy miała zawsze upięte wysoko na czubku głowy, twarz z wystającymi kośćmi policzkowymi i prosty jak strzała kręgosłup. Pamiętam ją siedzącą wieczorami i robiącą szydełkiem ogromne, ciepłe szale, tak bardzo popularne w tych czasach wśród starszych pań.
Jej ulubionym zajęciem było chodzenie na posiedzenia Sejmu polskiego, którego siedziba mieściła się w pobliżu naszego domu. Jako młoda dziewczyna była zapaloną socjalistką, walczącą o obalenie władzy rosyjskiego cara i przywrócenie wolności w zajętej przez Rosję części Polski.
Pamiętam ją także, jak w czasie największej letniej spiekoty napełnia długoszyje, ogromne gąsiory malinami, wiśniami i jagodami i pokrywa je zwałami cukru. Tygodniami stały potem na parapetach okien, dojrzewając w najsłodszą esencję lata. Piło się potem ten gęsty syrop z herbatą, albo mieszało się z alkoholem, produkując domowe likiery na różne specjalne rodzinne okazje.
Często z ręką uwięzioną w mocnej dłoni babci i z Olkiem ciągnącym się za nami maszerowałam po “świeże powietrze” do pobliskiego Parku Ujazdowskiego.
“Ach! Tylko spójrzcie na Olka oczy! I co za rzęsy!” komentowali znajomi babci spotykani po drodze. “Z jego słodkim usposobieniem i takim wyglądem powinien urodzić się dziewczynką!”. A potem, jakby na marginesie: “Hania, dlaczego się tak chowasz? No, pokaż się, co z tobą jest?”. Co było ze mną? Zawsze świadoma swoich czarnych oczu i szerokiego nosa, jakie dostały mi się od drugiej części rodziny, byłam zazdrosna o szarozielone oczy Olka i jego prosty nos odziedziczony po tacie. “No i czemu ona taka chuda i blada?”. Babcia bezradnie rozkładała ręce. “Bóg jeden wie! To takie uparte dziecko. Nie chce jeść, co Natalia dla niej gotuje. Wiecznie mamy z nią jakieś kłopoty”.
Urodziłam się w czasie, gdy Polska, wolna wreszcie po 128 latach niewoli, kipiała wprost od dawniej zabronionych przedstawień teatrów, oper, operetek, a szczególnie wodewilów, wystawianych nareszcie po polsku. Rodzice wracali czasem w sobotnie wieczory z wycieczek do śródmieścia, nucąc arie z polskich oper, pełne czaru melodie z “Wesołej wdówki” lub ryzykowne piosenki w rodzaju “Czy pani mieszka sama, czy razem z nim, czy w domu czeka mama z humorem złym?”.
Natalia, moja mama (mamusia, mateńka - tyle odmian tego kochanego słowa w naszym języku!). Ciemnowłosa, szczupła, wysoka, poważna. “Ona stąpa jak królowa!” - mawiali o niej sąsiedzi i rzeczywiście, jej postawa pełna była jakiejś królewskiej godności. Egzystowała, wydawało się, jakby na marginesie domeny babci, oddelegowana głównie do sprzątania, podawania, naprawiania pościeli, do nigdy niekończących się prozaicznych obowiązków w naszym domu.
Dorastając w czasie rosyjskiej okupacji, kiedy to kształcenie polskiej młodzieży było zabronione, uczęszczała do szkoły dla dziewcząt, gdzie oficjalnie uczono szycia i haftu, ale tak naprawdę czytania i pisania po polsku, oraz innych przedmiotów w polskim języku. Patriotycznym paniom, uczącym w takich szkołach, groziło więzienie, zsyłka, a nawet śmierć. Wielką przyjemność sprawiało mi słuchanie słodkiego wysokiego sopranu mamy, śpiewającej nam, opartym o ciepły porcelanowy piec w rogu naszej jadalni i patrzącym jak zimowe popołudnie ciemniało za koronkowymi firankami.
“Ewa była piękną damą, gdy ją Adam znał!” - to był ojciec śpiewający swym czystym tenorem, ostrząc równocześnie brzytwę na pasku przyczepionym do klamki kuchennych drzwi. Było to przygotowanie do codziennego rytuału golenia i wszyscy musieli. chodzić na palcach, aby się broń Boże nie zdenerwował i nie skaleczył. “Nóżki zgrabne, biust tak samo, w sercu dziki szał!” - kontynuował nakładając dobrze nakrochmaloną koszulę ze złotymi spinkami do mankietów, krawat i ciemny garnitur. Idealnie zaprasowany dół spodni spoczywał na modnych szarych getrach, pokry¬wających na glanc wypolerowane buty. Potem biały jedwabny szalik, nałożony z lekka na bakier melonik, palto, ręka okryta szarą rękawiczką dzierżąca laskę - i już słychać go, zbiegającego po schodach i pogwizdującego arie z opery “Olaf Tryggwason” o dawnym królu norweskim, który sam przyjął i zaprowadził chrześcijaństwo w Norwegii. Ojciec śpieszył się bardzo, aby zdążyć na czas na koncertowy występ chóru “Harfa”, do którego od lat należał.
Ten sam tatuś, z włosami modnie chronionymi szydełkową czapeczką, niósł mnie, dopiero co wykąpaną przez mamę, do mego łóżeczka i słuchał, jak z przejęciem śpiewałam
“O, gwiazdeczko, coś błyszczała gdym ja ujrzał świat”. Pamiętam go też, jak z żakietem naciągniętym na głowę biegał na czworakach i udawał wilka. Wydając dzikie zwierzęce głosy gonił mnie i Olka po całym mieszkaniu, a my, straszliwie - choć przemiłe - przerażeni, próbowaliśmy się chować po kątach. Moja pierwsza podróż zaczęła się na jego kolanie, gdy, podrzucając mnie, śpiewał: “Patataj, patataj, pojedziemy w obcy kraj!”.
Matka ojca, babcia Wilhelmina, odwiedzała nas raz w roku, aby ratować nasze nadwyrężone używaniem skarpetki. Umiała naprawiać pięty i palce z wielką szybkością, dorabiając na drutach brakujące części, podczas gdy jej bezzębne usta wykonywały mruczandem jakieś melodie. Była malutka, ale ciągle zgrabna w swych wysoko pod szyję zapiętych bluzkach i długich, szerokich spódnicach. Jej małe stopy spoczywały w zasznurowanych ciasno w kostkach czarnych butach na wysokich obcasach. Swymi szybkimi, pełnymi gracji ruchami przypominała mi małego beztroskiego ptaszka. Ona, tak jak mój ojciec, miała ładne niebieskie oczy i wąski, arystokratyczny, godny zazdrości nos.
Po latach pracy na rolnym gospodarstwie i po śmierci męża, również Wilhelma, babcia Wilhelmina dzieliła swoją obecność między czterech synów i dwie córki. Czuła się w ich domach pożyteczna i mile widziana, więc nigdy nie narzekała na brak własnego lokum. Dziadka znałam tylko z oprawionej w duże, ciężkie ramy fotografii, wiszącej na ścianie w sypialni rodziców. Miał siwe włosy i siwe wąsy i wydawał się patrzeć na mnie z wyrazem nieustającego niezadowolenia.
Ledwie pamiętam gospodarstwo tych dziadków na Saskiej Kępie, po prawej stronie Wisły. Tam urodziło się całe rodzeństwo ojca -Aleksander, Julian, Albert, Ernestyna i Emma. Oczywiście, wszyscy mieli wąskie, delikatnie rzeźbione nosy!
Skoro już mówimy o nosach, to rodzina mojej matki miała krótkie, szerokie nosy, za wyjątkiem cioci Hanki z Krakowa. Wysoka, szczupła i ładna blondynka była żoną profesora Uniwer¬sytetu Jagiellońskiego, zjawiała się czasem u nas na krótkie wizyty. Zachowywała się jak wielka dama, bo podobno obracała się w najlepszych sferach towarzyskich. Mama przyjmowała ją obiadem w jadalni, a nie w kuchni przeznaczonej dla ulubieńców i przyjaciół. Nie lubiłam jej, bo zdawało mi się, że się wywyższa i traktuje mamę trochę z góry. Czy dlatego stłukła mi się śliczna porcelanowa krakowianka, którą mi kiedyś przywiozła w prezencie?
Innymi gośćmi u nas w domu bywali - wujek Julian, stary kawaler, łysy jak przysłowiowe kolano, który zabawiał nas swoją cudowną zdolnością poruszania uszami, a miał te uszyska, co się zowie! Uśmiechał się przy tym pod sztywną szczoteczką wąsów. Odwiedzała nas też czasem jedyna siostra mamy, ciocia Karolina, która przywoziła mi wstążki z fabryki, w której od lat pracowała. Słynęła z długich, czarnych włosów uwitych w koronę dokoła głowy.
No i, oczywiście, na zawsze zapamiętana ciocia Andzia, młodsza siostra babci Karoliny. Była moralną podporą w czasie familijnych tragedii. Mimo że jej mąż i najstarszy syn zginęli w pierwszej wojnie światowej i musiała wychować dwoje młodszych dzieci bez żadnej pomocy, była pełna życia, humoru i dobrodusznej radości.
Kiedy Olek skończył siedem lat i zaczął chodzić do szkoły, przywlekał do domu najrozmaitsze choroby - świnkę, wietrzną ospę, koklusz, dyfteryt i najgorszą z nich szkarlatynę, która pozostawiła go z pewną utratą pamięci, a mnie ponoć z niejakim osłabieniem serca. W rezultacie biedne Olczysko musiało „wkuwać” lekcje w asyście rodziców, a ja budziłam się czasem w nocy z uczuciem całkowitego paraliżu, krzycząc bezgłośnie o pomoc. Gdy napadało mnie zaziębienie, zjawiała się ciocia Andzia z rudawymi włosami upiętymi jak zwykle wysoko i czarną, skórzaną torbą na ramieniu, zawierającą bańki i wszelkie parafernalia do ich stawiania.
Spocona i prawie nieprzytomna od gorączki czułam się od razu lepiej, gdy tylko wchodziła do naszego domu. “Połóż. się na brzuszku” - dyrygowała, rozstawiając na stoliku przy łóżku świecę, zapałki, watę i rząd baniek z niebieskawego szkła. Zapalała watę owiniętą dokoła długiego drutu i wkładając ją na ułamek sekundy w każdą bańkę, ustawiała je na moich plecach;’ Czułam jak wciągają one skórę i mięśnie pleców do swoich nagrzanych i pozbawionych powietrza wnętrz. Po iluś tam minutach zdejmowała kolejno te wsysające krew potwory i smarowała plecy jakąś kojącą miksturą. “No” - mówiła - “teraz mamy całkiem nową Hanię. Bańki zabiły wszelkie choróbska!”. Wszystkie te osoby - zwykli, niczym niewyróżniający się ludzie - stanowiły pierwsze gwiazdy na firmamencie mojego wszechświata.

CDN


Hanka Jazłowiecka, uczestniczka powstania warszawskiego, przyjechała do Victorii z obozu dla uchodzców w Niemczech w późnych latach 40. Należała do Stowarzyszenia Polaków w Victorii Biały Orzeł. Uczestniczyła w budowaniu Polskiego Domu i przez cale życie aktywnie pracowala społecznie nad krzewieniem polskiej kultury. Była wspólzalożycielką polskiego choru, ktory dzialał przy Domu Polskim w latach 90-tych. Była aktywna w grupie poetyckiej Poetry Lovers Circle. >

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji