nr. 89
VICTORIA, BC,
KWIECIEŃ 2019
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Polskie Delikatesy
w Victorii
zapraszają

Wybory do
Parlamentu Europy

w
Konsulacie RP
w Vancouver


ARTYKUŁY

Od Redakcji

B.Miś -
Polska szkoła.

matematyczna

H.Dzielińska-
Złoty wiek

architektury
niepodległej Polski

W.Widział
Polskie Groby Pańskie

na Wielkanoc

P.Badde-
Cud ognia

w Jerozolimie

L.Mongard-
Święta Hildegarda

patronka naukowców.

H.Jazłowiecka-
Znad dwóch oceanów
wspomnienia

K.Czajka-
Wspólny Dom
Polonii w Półtusku

ECK-
Grób Pański

w Jerozolimie
fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 42

Rozmaitości

Indeks autorów

z Mniszkówny przepisala ECK

Trendowata
(wersja odkurzona) cz. 42


Całe towarzystwo, rozbawione tenisem, poszło w stronę doliny róż, skąd szły upajające zapachy i śliczny widok uderzał oczy. Wejście do doliny zamykała gotycka brama z żelaznej rzeźbionej kraty; opleciona różami. Taka sama krata, opięta różami, otaczała całą dolinę. Każde przęsło zakończały rzeźbione wazy pełne róż w ten sposób rosnących: W dolinie były altany, tunele, piramidy pnących sztamowych róż, które w festonach spływały powodzią kwiatów. Na trawnikach stały olbrzymie plecione kosze z białego drutu, napełnione różami, całe gaje, zacisza i gąszcze. Wśród nich bielały posągi bóstw mitologicznych, wazony alabastrowe i z marmuru na wysokich słupach. Kaskady róż spływały w marmurowe baseny, wśród tej grzywy kwiatów biły cienkie strumienie wodotrysków. Gdzieniegdzie świeciły białe żelazne ławeczki wyginane w tył i takie same fotele; w jednej kępie róż stały dwa małe foteliki z różowego marmuru, jak bombonierki. Karłowate, niskopienne róże zdobiły obie strony uliczek, tworząc dywany, wiły się w desenie na trawnikach i oplatały posągi. Wszędzie róże i róże, jak wonny, pachnący ocean. Dolina miała urok cudownego snu. Chciało się tarzać w różach.
– Bajeczne! Bajeczne! – mówił zdumiony Baron Weyher, nie wierząc własnym oczom.
Panowie rzucali na panie różami, rozpoczęło się małe corso.
– Do Głębowicz chyba zjeżdża mnóstwo zwiedzających. To Wersal krajowy – rzekł baron Weyher.
– O tak! Dość dużo! – odrzekł Waldemar. – Jest nawet stary lokaj spełniający rolę cicerona.
– Czy to się odbywa tylko w nieobecności pana?
– Nie zawsze. Często spotykam osoby zwiedzające w parku, zwierzyńcu lub w fabrykach. Jedynie zamek jest wówczas wyłączony. Zresztą okolica zna go już dobrze. Raz przyjmowałem owocami kilka pań z sąsiedztwa w różanej altanie i naturalnie oprowadziłem je po zamku, gdyż były ciekawe palmiarni.
– Jak to! Z sąsiedztwa? Któż to taki? – spytała hrabianka Paula.
– Obywatelki z okolicznych dworów.
– Ach tak! – skrzywiła usta ironicznie. – Musiały być piękne?
– I wykształcone, i dystyngowane także.
– Och!
Po tym wykrzykniku hrabianka odeszła w inną stronę.
– Co to za głosy dziecinne? – spytała Stefcia, kiedy mijali żelazną kratę, ogradzającą park.
– To z ochronki – odrzekł Waldemar.
Otworzył żelazną furtkę i Stefcia stanęła zdumiona. Na wielkiej przestrzeni ogrodu, na zielonej murawie, pośród klombów kwitnących krzewów bawiło się około dwustu dzieci, od niemowląt do dwunastu i czternastu lat – dziewczynki w różowych kretonowych sukienkach, chłopcy w granatowych bluzkach. W oddali widniał duży piętrowy budynek, biały z czerwonym dachem, otoczony kwiatami, z tablicą na froncie. Na niej czerniał napis: ,,Ochrona Opieki Świętej Elżbiety”.
Na rozległych trawnikach stały słupy z drabinami do gimnastyki oraz inne podobne przyrządy. Dzieci miały dla siebie ogródki, wózki i małe osiołki; mniejsze bawiły się w piasku. Stefcia i jeszcze kilka osób lubowało się widokiem tej sielanki, gdy wtem pośród dzieci zapanował ruch i krzyk. Wszystkie biegły do furtki, wyciągając rączki i przepychając się jedno przez drugie.
– Pan oldynat! pan oldynat! pan ... pan ...
Maleństwa przy ziemi wrzeszczały:
– Pan dobji, pan dobji!
Dzieci z hałasem opadły ordynata ze wszystkich stron.
Starsze, przywitawszy się, stały na boku, powściągając młodsze.
– Pan dobji! pan oldynat!...
– No! cicho, dzieciaki! – wołał roześmiany Waldemar, nie hałasować, przywitać się z paniami! Cóż tu u was słychać, co?
Zaczęło się powitanie z gośćmi i różne opowieści o wydarzeniach niezwykłych.
– Osiołek lozblikał się Antosiowi i wywrócił wózek! – wołała, śmiejąc się, jakaś dziewczynka.
– Marynia rozdarła sukienkę Zosi i pani ochroniarka kazała jej klęczeć.
– Micio Zielak noś sobie zbił...
– Jak one pana kochają, to jednak coś bajecznego! – mówił Weyher.
– Czy to dzieci służbowe? – spytała Ćwilecka.
– Tak, pani, dzieci służby dworskiej, trochę biedaków ze wsi i bardzo dużo zupełnych sierót, nawet podrzutków. Uczą się tu i bawią do czasu pójścia do szkoły.
Waldemar zwrócił się do dzieci: – Gdzie jest pani ochroniarka?
– W ochronce. Uczy starsze dzieci.
– A Stefcia Gołąbkówna? Nie widzę jej.
– Ot, biegnie Stefcia! – zawołało kilka głosów.
Jakaś mała figurka, toczyła się jak kula. Dziewczynka różowa, z warkoczykiem złotych włosów, dopadła do ordynata i chwytając go za nogi zaczęła się piąć na ręce, wołając przeraźliwie:
– Pan dobli! na lęce, na lęce!
Wszyscy zaczęli się śmiać prócz hrabiny Ćwileckiej i pani Idalii, które wzruszały ramionami.
Waldemar podniósł dziecko do góry, pohuśtał i pocałował w czoło, po czym oddał Stefci. ,
– To pani imienniczka, a moja faworytka. Liczy zaledwo trzy wiosny życia: W ochronce jest od paru miesięcy. Kochamy się bardzo. No! idź do pani – rzekł do dziewczynki.
Dziecko, trzymając za szyję ordynata, spojrzało nachmurzone, ale zaraz wyciągnęło rączki.
– Ladna pani, pani dobla!
– Chrzci panią moim imieniem – rzekł cicho Waldemar. Stefcia pochwyciła dziewczynkę i ucałowała.
Nadeszły dozorczynie z powitaniem. Waldemar pokazał gościom wew-nętrzny gmach ochrony i przedstawił ochroniarkę, starszą już, inteligentną kobietę, której, za przykładem księżnej, wszyscy podawali ręce.
Zwiedzono jeszcze szkołę i kaplicę obok, po czym całe towarzystwo powróciło do parku.
Waldemar zaprojektował przejażdżkę łodzią. Zgodzono się chętnie. Dzień był piękny i do obiadu pozostało jeszcze parę godzin. Poszli w stronę przystani.
Park, oświetlony popołudniowym słońcem, wyglądał jak morze zieloności, jasnych drgających plam, pełen cieni, bujnych traw, żółtych żwirowanych uliczek, wijących się kręto, i szerszych dróg powozowych. Pełno życia, śmiechu w naturze i pomiędzy ludźmi. Wszyscy szli razem i stanęli na marmurowych płytach przystani. Baron Weyher oglądał schody z ciekawością i kręcił głową.
– Bajeczne! – mówił. – Cała góra ujęta w marmur. A dekoracja! ... Coś podobnego widzi się tylko za granicą.
Pan Maciej rozglądał się za czymś i nagle szybko podszedł na brzeg przystani. Stanął przy pąsowej łodzi w kształcie gondoli weneckiej, z nałożonym srebrnym napisem: ,,Stefania”.
– Odświeżona ... Zupełnie nowa! – szepnął zdumiony, patrząc na przepyszne adamaszki baldachimu. >

CDN.

Przejdź dalej

Napisz do Redakcji