nr. 93
VICTORIA, BC,
Grudzień 2019
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Polskie Delikatesy
w Victorii
zapraszają


ARTYKUŁY

Od Redakcji

E.Nawrotowski-
Pokój ludziom

dobrej woli

T.Celano -
Szopka

sw. Franciszka

E.Caputa-
Szopka

krakowska

W.Widział-
Wigilia


O tym jak
kruk

legenda eskimoska

A.Odyniec.
Wigilie Mickiewicza


J.Nyka-
Giewont


L.Wilczyński-
Gęsiego
na Dhaulagiri

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 46

Rozmaitości

Indeks autorów

Józef Nyka

Giewont

Kiedy znajdziecie się w Zakopanem, Giewontu nie musicie szukać na mapie: jego poludniowa ściana panoszy się na nieboskłonie, widoczna z każdego miejsca.
„O Giewont! Giewont!” wykrzykują dzieci w pociągu do Tatr. Oryginalną sylwetkę grani każdy potrafi narysować z pamięci. Z jej obrazem w oczach wyjeżdżali kiedyś Podhalanie w świat za chlebem – stąd imię Giewontu tak często powtarza się w polonijnych nazwach instytucji i zespołów, zakładów, a nawet gospód i lokali rozrywkowych. Cieszy się sławą dziś i sławny był dawniej. Znają go tu wszyscy od najmłodszego pacholęcia – pisał sto lat temu Juliusz Chodorowicz – imię jego wciąż na ustach gości i miejscowych: rysują go, piszą o nim… Kto tylko na dzionek bodaj wpadł do Zakopanego na czub się wybiera Giewontu…Giewont wreszcie ostatni żegna cię na wyjezdnym z podtatrzańskiego zakątka. („Tygodnik Powszechny 1882).


Przygoda profesora Kuhna
Przeprowadziłem kiedyś błyskawiczną ankietę: proszę wymienić trzy szczyty tatrzańskie. Na 22 odpowiedzi w 14 -stu Giewont był na pierwszym miejscu. A przecież nie jest to wcale najwyższy z tutejszych wierchów, z trudem dałoby się go zaliczyć do średnich wzrostem. Ale przecież wiadomo nie od dziś, że popularność rzadko bywa proporcjonalna do wielkości.
Giewont wznosi się pięć kilometrów od Zakopanego i zbudowany jest głównie ze skał wapiennych. Jego wierzchołek przyozdobiony krzyżem ma 1895 metrów wysokości. Przełęcz zwana Szczerbą (1822m) oddziela go od Długiego Giewontu. Część zachodnią tworzą poszarpane turnie małego Giewontu. Cały masyw liczy trzy kilometry długości i rozciąga się od Kalatówek na wschodzie aż po Małą Łąkę na zachodzie. Ku zielonym pagórom Regli zwraca się efektowną ścianą północną, których ciemne zerwy stanowią powierzchnię warstwowe ławic wapieni kredowych powstałych z raf koralowych w ciepłym płytkim morzu. W najwyższych partiach ściana ma 550 - 600 m wysokości i należy do najpiękniejszych w Tatrach.
Był Giewont zawsze barometrem podtatrzańskiego ludu. ”Wtoczyło się słonko wprost nad Szczerbę Giewontu – pisał w roku 1927 Mieczysław Świerz – „sygnał boży, że południe…Nabliża się jego ściana, jakby na dolinę zwalić się miała, znak to był niechybny, że idzie lejba, że czas wartko pokosy w kopy i klapniaki zgarniać…Zaćmił się jego czub we mgle – ino czekać jak lunie od Czerwonych Wierchów; wyczołgał się na jego krawędzie bakiesisty zwał chmur, wiadomo, że po halach i turniach duje wiatr halny i wnet będzie się nieść po dolinach.”
Przyroda Giewontu jest bogata i oryginalna. Na skałach rosną całe łany szarotek, stale utrzymują się tu stadka kozic złożone z kilku do kilkunastu sztuk. Dla badaczy najbardziej interesująca jest flora urwisk i grani, nieprzeformowana przez człowieka. Wiąże się z nią pewna zabawna historia> otóż jak ogólnie wiadomo ozdobą hal w Alpach są rozległe zarośla rododendronów, który w Tatrach nigdy nie występował. Toteż duża była radość berlińskiego botanika Maxa Kuchna, gdy latem 1864 roku znalazł pod granią Giewontu krzaczek tej rośliny. Zbadał ją dokładnie, po czym stwierdził, że różni się ona od alpejskich odmian, następnie opisał to sensacyjne znalezisko w naukowej gazecie. Nie wiedział biedak, że krzaczek ów parę tygodni wcześniej został posadzony przez innego przyrodnika. Prof. Maksymiliana Nowickiego, który go przywiózł w Tatry z ogrodów w Krakowie.
U podnóża ścian Giewontu wydobywano w dawnych czasach rudę żelaza, w samej zaś ścianie do połowy XIX wieku poszukiwano cennych kruszców. Jeszcze większą ciekawostką będzie dla wielu wiadomość, że w urwisku północnej ściany znajduje się ładna, choć trudno dostępna Jaskinia Juhaska, zbadana w roku 1907 przez Mariusza Zaruskiego. Jej okno widać z Zakopanego. Nazwę wywodzi stąd, że w roku 1886 u jej wyjścia zabił się juhasek ze Strążysk, którego zapędziła tu pasja młodego odkrywcy.


Co oznacza wyraz „gniewy”
W sprawie nazwy Giewontu wysnuto zbyt wiele sprzecznych hipotez, by na ich podstawie można by było dojść do przekonywujących wniosków. W roku 1792 uczony Beslazar Hacquet wyprowadzał ją z niemieckiego Gehe Wand, co miałoby oznaczać stromą ścianę. Pewien profesor w roku 1914 opowiedział się za Gewande- skały, ściany górskie lub za gewand terminem górniczym mającym oznaczać zwarte pokłady skalne. Inny profesor natomiast doszukał się źródła nazwy w słowie gniew, gniewy będącego jakoby określeniem spadzistości, stromości. Jeśli dodamy do tego rozpowszechniony wywód od Jahe Wand i jeszcze powszechniejszy lansowany m.in. przez Zaruskiego – od rodu Giewontów, będziemy mieli kompletny zamęt w głowie i ani odrobiny ochoty do dalszych dociekań. Jedno nie ulega wątpliwości, to mianowicie, że nazwa Giewontu ma dalekie tradycje, sięgające, co najmniej w wiek XVI. Wszak już dokumenty górnicze z tego czasu (rok 1567) mówią o zarzuconej kopalni w miejscu Gyewant. W roku 1605 Zygmund III nadał sołtysom szaflarskim salaasse (…) sub monte Gewont”, a Michał Korybut kilkadziesiąt lat później – „hale GewontStrążyska nazwane”. Dzisiaj imię Giewontu robi karierę niemal taką jak szczyt. Nosiła je III kompania batalionu Zośka. Nosił je jeden z polskich statków, mamy papierosy Giewonty, kino Giewont i hotel Giewont w Zakopanem nie mówiąc już o różnych lokalnych wytwórniach oranżady, spółdzielniach szewsko-cholewkarskich itp., które łącząc pietyzm z brakiem pomysłowość uparcie wpisuje dźwięczną nazwę na swoje szyldy.


Dwie drogi jeden cel
Podręczniki turystyki zalecają przy wycieczkach stopniowanie ich trudności, stąd pierwszym krokiem w Tatry bywa Nosal lub Kopieniec, Giewont jednak, z reguły, stanowi krok następny. Z Zakopanego wiodą na jego szczyty dwa szlaki, jeden ładniejszy od drugiego. Oba nie są trudne, lecz wymagają pewnego wysiłku, jakby nie było pokonać trzeba prawie 1000 m wysokości. Gdyby turysta skupił się tylko na przebyciu drogi, stanąłby na Giewoncie w dwie trzy godziny, ale przecież w drodze tyle jest do obejrzenia.
Na szlaku wiodącym przez Kuźnice i Dolinę Bystrej Wody leży klasztor sióstr Albertynek zbudowany w 1898 roku przez błog. Brata Alberta (Adama Chmielowskiego) i opisany przez Żeromskiego w „Nawracaniu Judasza”. Wyżej są urocze Kalatówki, kolebka polskiego sportu narciarskiego, a jeszcze wyżej miłe schronisko na Konratowej, gdzie Giewontowi turyści wstępują na herbatkę. Nie mniej atrakcyjny jest szlak wiodący przez Strążyską. W wąskiej dolinie pachną lepiężniki i jodłowe lasy, a potok gwarzy to po tej, to po tamtej stronie drogi. Na dłużej zatrzymuje nas widok dolomitowych Trzech Kominów – w roku 1909 z jednego z nich spada podczas samotnej wspinaczki siostrzenica Marii Skłodowskiej - Curie, Helena Dłuska, późniejsza działaczka polonijna, w roku 1922 tragicznie zmarła w Chicago. Na polanie Strążyskiej warto spróbować słynnej szarlotki i popatrzeć prosto w twarz, groźnej stąd, ścianie Giewontu. Im wyżej podchodzimy, tym szersze i wspanialsze stają się widoki. Ponury i niedostępny od północy, Giewont ma swoją słabą stronę: jest nią stok południowy, pokryty trawą i kamieniami, wśród nich pnie się w górę pełna ludzi ścieżka.
Nad upłazami jest kawałek skały, parę klamer, łańcuch – i oto szczyt, zwieńczony krzyżem i tak ciasny, że w sezonie zdarza się parę godzin stać w kolejce, by doczekać się wolnego miejsca. Za to widok z góry wynagradza wszelkie trudy podejścia i oczekiwania – jest jednym z tych, które pozostają w człowieku na całe życie.


Wyczyn anonimowego mnicha
Wspomnieliśmy wcześniej o niedostępliwości północnych urwisk Giewontu, faktem jest jednak, że i one nie są bezludne. Zapuszczają się w nie odważni Taternicy, chodząc po górach w myśl zasady “gdzie wola, tam droga”. To prawda, że północna ściana nie stanowi dogodnego wejścia na wierzchołek. Ale taternicy mają swoją logikę, a raczej brak logiki. Nie jeden z nich nigdy nie odwiedziłby Giewontu, gdyby nie fakt, że można na niego wejść tak okropną drogą.
Nawiasem mówiąc człowiek, który pierwszy przebył północną ścianę nie był wcale taternikiem, lecz skromnym braciszkiem zakonnym. W 1901 roku wszedł on na szczyt normalną drogą od południa, złożył należny hołd panoramie, a potem zakasał habit i ruszył prosto w dół ku północy, gdyż tędy wydało mu się najbliżej do Zakopanego. Jego towarzysz, 17 letni Olgierd Januszkiewicz zabił się po drodze, braciszek jednak pokonał wszystkie trudności i cało doszedł do Strążysk. Właściwe wejście północną ścianą dokonało się trochę później. Tzw. Żlebem Kirkora wdrapał się w roku 1903 skąd inąd stateczny Michał Kirkor. Wprost północną ścianą Giewontu weszli 1 1906 roku Aleksander Znamięcki i przewodnik Jan Gąsienica Ciaptak.
Głośnym echem odbiło się pokonanie w 1930 roku filara głównego wierzchołka. Przebyła go w dwa dni piątka Ślązaków, których obecność w ścianie zdradziły nocne światła podczas biwaku, wzięte z Zakopanego, jako sygnały SOS. A już prawdziwą sensacją w światku ludzi gór stało się w 10 miesięcy później pierwsze zimowe wejście, dokonane samotnie przez znanego taternika zakopiańskiego Jana Sawickiego uznane bezwarunkowo za nowy rekord samotnego chodzenia po górach. Od lat wojny Jano Sawicki mieszkał w Londynie, co roku jednak przyjeżdżał w Tatry, by, chociaż popatrzeć na górę swojej sławy.
Prawdziwy podbój północnej ściany Giewontu zaczął się po wojnie, kiedy to taternicy przechodzili wszystkie ich ważniejsze formacje, tak, że liczba dróg wspinaczkowych przekracza już 20. W ostatnich latach ruch ustał, gdyż Giewont znalazł się na obszarze rezerwatu ścisłego, w którym uprawianie taternictwa jest zabronione.
Tak, więc znamy już historię północnej ściany, ale nie wiemy, kto pierwszy stanął na szczycie Giewontu.
Tu sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, wszystko, bowiem tonie w tzw. pomroce dziejów. O wejściach słychać od roku 1830, kiedy to byli na Giewoncie – czy jednak na samym wierzchołku- przyrodnicy Franciszek Herbich i Aleksander Zawadzki. Herbich zjawił się na Giewoncie ponownie w sierpniu 1832 roku „Wejście nań było dla mnie szczególnie uciążliwe z powodu zimnej pogody, wiatru i mgły.” – zanotował. Nieco później zainteresował się Giewontem Ludwik Zejszner, który kilka razy wdrapywał się na sam czubek, by z pomocą barometru zmierzyć jego wysokość. W roku 1836 szedł z Kalatówek popod grań Długiego Giewontu, sam jednak grzbiet uważał za niedostępny, “ bo człek nie utrzyma się na jego krawędzi…”
Około połowy stulecia Giewont miał już częściej gości, większość z nich jednak ograniczyła się do zdobycia Szczerby. Tylko nieliczny drapali się z narażeniem życia na sam skalny czubek, jak na przykład Hieronim Ciechanowski z towarzyszami w roku 1854. „Droga na Giewont wspomina- to jest już pod sam szczyt jego, najpierw idzie po upłazie, czyli po pochyłości trawą zarosłej, a dopiero ku samemu szczytowi iść trzeba po skale, na której nic więcej, oprócz mchu islandzkiego, który górale zowią płucnikiem, nie rośnie. Tu już laski także nie były użyteczne, trzeba było, bowiem piąć się do góry na czworaka, aby dosięgnąć szczytu – czyli jak górale mówią samego „wirszycka”.


Krzyż nad chmurami.
Na głównym wierzchołku Giewontu stoi krzyż żelazny osadzony w betonowym cokole tak związany z sylwetką szczytu jak Mnich z Morskim Okiem. Opiera on się wichrom halnym, przy mroźnym wietrze porasta w lodowe pióra, w lecie zaś pełni funkcje odgromnika dla całej okolicy. Ufundowali go parafianie zakopiańscy z inicjatywy proboszcza księdza Kazimierza Kaszelewskiego, a wykonała krakowska fabryka Józefa Góreckiego. Przed sporządzeniem ostatecznego projektu dokonano próby widoczności przy pomocy skrzyżowanych żerdzi, a eksperyment obserwowała połowa mieszkańców Zakopanego.
Krzyż składa się z 400 elementów konstrukcyjnych, których łączna waga wynosi 1820 kg. Cały materiał wywieziono na 18 góralskich furkach do tzw. Piekła, skąd 250 parafian wiosło go na plecach na wierzchołek góry. Na siodełku, obecnie zwie się Szczerbą, Ks. Kaszelewski wygłosił podniosłe kazanie. Na umówiony znak danej ze szczytu za pomocą białej chusty, rozdzwoniły się dzwony w zakopiańskich kościołach, obwieszczając Podtatrzu, że krzyż na Giewoncie został odsłonięty. Dla zakopiańskich gości impreza miała charakter turystyczny dla wielu zaś górali była wielkim świętem i jedyną w życiu okazją do pobytu na wierzchołki Giewonta, co potem przez długie lata wspominali.


Sto lat wypadków
Pierwszą zanotowaną ofiarą wypadku był, już wyżej wspomniany, dziesięcioletni juhasek w rejonie Jaskini Juhaskiej. W ciągu stu lat, jakie od tego czasu upłynęły Giewont zdobył sobie uzasadnioną sławę tatrzańskiego rekordzisty pod względem śmiertelnych wypadków. W sumie poniosło tu śmierć 60 osób, przeważnie młodzież, przeważnie pierwszy raz w Tatrach. (Ostatni, tragiczny w skutkach zdarzył się w sierpniu 2019 roku).
Dawniejsze zapiski nie określają z reguły miejsca wypadku. „Zabił się spadając z Giewontu” – to zwykle cała treść wzmianki. Spośród tych, które mają dokumentację niemal 2/3 wypadków przypada na północne ściany, przeważnie Żleb i kocioł Szczerby. Mimo tablic ostrzegawczych i profilaktycznych działań GOPR niemal, co roku znajdują się lekkomyślni młodzi ludzie, którzy tam próbują realizować swoje górskie przygody. Siedem osób zginęło w rejonie szczytu od piorunów, bowiem Giewont i pod tym względem jest bardzo niebezpieczny. Nie brak też w historii naszej góry wypadków osobliwych W latach 1922 i 1934 zanotowano samobójstwa u stóp krzyża. W lecie 1937 piorun zabił trzy osoby, czwarta zaś zmarła po przewiezieniu do szpitala. Jedną z ofiar był młody kelner Kazimierz Bania, który co dnia wchodził na Giewont z tacą pełną ciastek, które sprzedawał na szczycie. Tylko szczęśliwemu trafowi należy przypisać fakt, że nie skończyła się katastrofą wielka lawina kamienna, jaka w 1953 roku zeszła z Długiego Giewontu wprost na schronisko na Hali Konradowej. Jeden z ogromnych głazów – 50 ton wagi – wbił się do połowy w węgieł schroniskowej jadalni. I jeszcze raz szczyt Giewontu. W połowie sierpnia 1981 roku pewien młody lotniarz z Gdańska chciał powtórzyć rekord nowotarżanina Gigonia i dokonać lotu z wierzchołka. W chwilę po starcie obserwowanym przez dziesiątki turystów runął nagle w dół. Miał jednak wyjątkowe szczęście: lotnia zaczepiła się o jedną z półek północnej ściany i utrzymała człowieka: skończyło się na złamaniu obydwu rąk. Dla rozładowania przykrego nastroju dodajmy, ze na Giewoncie miała miejsce najmniej smutna z akcji Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratowniczego. (Później GOPRU): we wrześniu 1948 roku wyciągano na linach ze ściany północnej psa, który zaszedł tam sobie podczas nieuwagi pana.


Sławny jak Kopernik
I tak o Giewoncie można by bez końca. Szczyt to w skali całych Tatr niewysoki i niepokaźny, ale jaka historia, ile problemów i ile sprzecznych emocji. Jedni radzi by widzieli powrót na upłazy Giewontu stad góralskich owiec, inni uważają, że usunięto je sto lat za późno. Jednym marzy się łazęga na dziko po wertepach długiej grani, inni są zdania, że ruch wycieczkowy należy utrzymywać w ryzach turystycznej ścieżki, aby się dalsza ujma nie działa wspaniałej przyrodzie. Dla jednych jest Giewont miejscem zmagania ze skałą na wyznaczonym szlaku, dla innych symbolem góry ceperskiej, na którą wstyd się wybrać rasowemu turyście. Wielu sławnych taterników chwali się tym, że nigdy nie byli i nie będą na Giewoncie. Wdzięcznym tematem pracy doktorskiej byłoby miejsce Giewontu w kulturze polskiej, od, tej od wielkiego dzwonu i tej od dzwonka owczego, ludowej ”Wszak – jak pisał Rafał Malczewski- Giewont to najpopularniejsze wzniesienie na ziemiach polskich, sławne jak Kopernik, obmalowane i obfotografowane po stokroć… Wiąże się z nim chyba z pół kopy góralskich śpiewek i co najmniej tyle ludowych porzekadeł w rodzaju sabałowego „nie przeżyjem Giewontu, on nas wszystkich pochowa.”
A ile ciekawych legend! O jaskini pełnej śpiących wojaków i o innej – mówi o niej Tetmajer – z diamentowym slupem pośrodku i tajemniczym mnichem pilnującym skarbów; o czarodziejskich ziołach w północnej ścianie, przywracających młodość. W oryginalnym konturze grani Giewontu fantazja ludowa dopatrzyła się sylwetki „zwaśnionego rycerza, którego głowę ma utworzyć szczyt główny, tułów- Długi Giewont, zaś husarskie skrzydła – Mały.
Kochali też Giewont zjeżdżający pod Tatry pisarze i poeci. Autor Grubych ryb, Michał Bałucki należał ok. 1860 roku do tych śmiałków, którzy wdzierali się na skalisty szczyt główny, ( choć przewodnik odradzał).”Adam Asnyk w roku 1874 odbył na szczycie taniec pyrrikiczny wraz z Leopoldem Świerzem i ks., Wawrzyńcem Sutorem. Nie ma książki zahaczającej o Tatry, w której nie byłoby o Giewoncie, wierszy poświęconych tej górze nikt by nie zliczył. To samo można powiedzieć o malarskich wizerunkach, malowały go przecież takie sławy jak Kotsis, Gerson, Witkiewicz (wiele wersji), Stanisławski, Masłowski, Wyczółkowski, Ślewiński. Malowali go nawet sławni pisarze; Józef Krasicki i Władysław Orkan.
W Zakopanem leje deszcz. Mgły zasnuły Gubałówkę i Regle na południowym horyzoncie nie ma nic poza szarą płachtą piór. Ludzie kryją się pod parasole, a bloki Łukaszówek i obskurne murowańce przy Krupówkach czynią wrażenie zwykłej nizinnej mieściny. A gdzie Giewont? – pyta dopiero, co przybyły turysta> Nie wiecie? Rozebrali go łońskiego roku, bo zasłaniał całe góry - odpowiadają gazdowie. To stary zakopiański dowcip, powtarzał go Józef Krzeptowski, – ale dowcip ponury. No, bo jakże wyglądałyby Tatry z wielką dziurą po Giewoncie? Nie ma Zakopanego bez Giewontu – pisał wiele lat temu Mieczysław Świerz. Ale i nie ma bez Giewontu Tatr.>

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji